Rozdział 9 Imago Stray dog / Jake1994

publixo.com 2 dni temu

Silnik pick-upa zgasł z nierównym rzężeniem na żwirowym podjeździe rancza, wypluwając z rury wydechowej obłok siwego dymu. Słońce chyliło się już ku zachodowi, oblewając ośnieżone, zębate szczyty pasma Flathead gęstą, krwawą czerwienią. Długie, ostre cienie kładły się na stajniach i drewnianych wybiegach, pochłaniając powoli resztki brudnego, wiosennego śniegu. W kabinie wozu śmierdziało mokrym psem, kurzem i zwietrzałym tytoniem.

Perry bębnił palcami o przetartą kierownicę, wciąż naładowany adrenaliną po zderzeniu z obozowiskiem. Jego gładka twarz wydawała się teraz o kilka lat starsza, jakby z każdym kilometrem uświadamiał sobie, w jak głębokie bagno właśnie wszedł.
– Masz dostęp do bazy – powiedziałem, nie patrząc na niego, tylko w stronę pustego, tonącego w cieniu ganku. – Sprawdź tartaki, składy drewna. Popytaj w barach przy głównej drodze. Szukamy kogoś z tutejszych, kto przez ostatnie dwa, trzy dni nie przyszedł do roboty, wziął nagły urlop, albo zachowywał się tak, jakby zaraz miał mu pęknąć łeb od stresu. Jutro rano widzimy się z wynikami.

Perry skinął głową, zsuwając skórzany kapelusz na kark. – Będę kopał, Adam.
Wysiadłem. Buty od razu zapadły się w gęstym, wiosennym błocie. Trzasnąłem drzwiami, ale zanim zdążył wrzucić bieg, oparłem dłonie o ramę opuszczonej szyby i zniżyłem głos: – I Perry? Nikomu ani słowa. Szeryfowi Reynoldsowi też nie. jeżeli ten facet z tartaku dowie się, iż nie patrzymy w stronę komuny, zdąży uciec albo popełni kolejny błąd, który będzie kogoś kosztował życie. Zrozumiano?
Młody strażnik przełknął ślinę tak głośno, iż usłyszałem to mimo szumu wiatru. Kiwnął głową. Odjechał, zostawiając mnie na pustym podjeździe w opadającej powoli chmurze kurzu.
Wszedłem do środka. Powitała mnie tylko głucha cisza i chłód, który wkradał się przez nieszczelne ramy okien. Zrzuciłem zabłocone buty w przedpokoju, zostawiając je na wytartej wycieraczce. Z kuchennej wyspy zniknęły kubki po porannej kawie, a blat lśnił czystością, ale poza tym nic się nie zmieniło. Paula tu nie było. Wiedziałem, iż facet jego pokroju nie zamknie się w sypialni, żeby rozmyślać w ciemnościach nad zaginionym dzieciakiem. Kiedy stres zaciskał mu się na gardle, szedł zaharować się na śmierć, dopóki mięśnie nie odmówiły mu posłuszeństwa. Otworzyłem lodówkę. Jasne światło żarówki zalało puste półki. Wyciągnąłem dwa zimne piwa i wyszedłem z powrotem na zewnątrz.

Wieczorne powietrze w Montanie cięło już płuca ostrym mrozem, a słońce całkowicie schowało się za linią czarnych sosen, zostawiając na niebie tylko chłodną, fioletową łunę. Błoto na podwórzu zaczynało na nowo twardnieć, chrzęszcząc pod moimi zastępczymi kaloszami. Skierowałem się w stronę głównej stajni. Dobiegało stamtąd miarowe, agresywne uderzanie metalu o drewno.
Zatrzymałem się w progu, skryty w cieniu. Wewnątrz, w słabym, żółtym świetle zakurzonej żarówki zawieszonej pod belkowaniem, zobaczyłem Paula. Miał na sobie tylko ciemne, przetarte dżinsy i wyblakły, flanelowy podkoszulek, który mocno opinał się na jego plecach. Przerzucał widłami ciężkie, mokre siano do pustego boksu. Zęby narzędzia z trzaskiem wbijały się w deski.

Oparłem się ramieniem o szorstki filar i przez dłuższą chwilę po prostu na niego patrzyłem. W L.A. otaczałem się ludźmi, którzy używali słów jak ostrzy, gładkimi cwaniakami ukrywającymi swoje słabości pod drogimi garniturami. Paul był ich całkowitym przeciwieństwem. Był surowy, zrobiony z tej samej gliny i twardego drewna co ta ziemia. Obserwowałem, jak jego masywne ramiona unoszą się i opadają, jak pot lśni na karku, jak grube żyły na jego przedramionach napinają się przy każdym ruchu. Emanowała z niego brutalna siła, ale wczorajszej nocy ta sama siła rozbroiła mnie z nieludzką wręcz łagodnością. Trudno było mi pogodzić w głowie obraz tego twardego, nieustępliwego ranczera z dłonią, która tak ostrożnie badała bliznę na moim boku. Teraz jednak nie było w nim spokoju. Wyładowywał całą bezsilność w czystym, fizycznym wysiłku, zżerany troską o chłopaka, któremu chciał zastąpić ojca. Konie stały niespokojnie w swoich boksach, przestępując z nogi na nogę, wyczuwając jego toksyczne napięcie. Zapach zwierząt, końskiego potu i wilgotnej słomy mieszał się w gęstą, namacalną chmurę.
Pozwoliłem mu pracować. Dopiero gdy zatrzymał się, by ciężko zaczerpnąć powietrza i zetrzeć brudnym przedramieniem pot z czoła, uderzyłem dnem butelki o słupek. Dźwięk szkła rozszedł się echem pod wysokim dachem.
Paul odwrócił się gwałtownie. Jego twarz była usmarowana ziemią, rysy miał ściągnięte, a w wielkich, brązowych oczach czaił się surowy, nieprzepracowany ból.
Rzuciłem mu jedno piwo. Złapał je w locie jedną, wielką dłonią, po czym odstawił widły na bok. Otworzyłem swoje o metalowe okucie boksu. Kapsel upadł miękko w słomę. Pociągnąłem długi łyk, czując, jak zimny, ostry płyn zmywa mi z gardła pył komuny.
– O tym rano... – zacząłem twardo, nie ruszając się z miejsca. Głos miałem matowy. – Kiedy usłyszałem krzyki przed domem i zobaczyłem odznakę...
Paul uniósł dłoń, ucinając temat, zanim zdążyłem na dobre wejść w sferę tłumaczeń. Otworzył piwo o metalowy rygiel bramki zręcznym, wyuczonym ruchem. – Obudziłem detektywa z Los Angeles – rzucił szorstko, głosem pozbawionym jakichkolwiek pretensji. Wpatrywał się w ciemne szkło butelki, jakby czytał z niej wyrok. – Zrozumiałem to, Adam. Zostawmy to.
Jeden krótki rzut oka na jego ostry profil w półmroku wystarczył. Rozumiał doskonale. Nie potrzebował moich gładkich słów ani powrotów do tego, co wydarzyło się zaledwie kilka godzin wcześniej. Wiedział dokładnie, gdzie kończył się dezerter, a zaczynał glina. Potrzebował konkretów.
Oderwałem się od filara, zrzucając z siebie resztki niepotrzebnych usprawiedliwień. Przeszedłem od razu do rzeczy. – Hipisi są czyści. Ktoś z zewnątrz tylko podrzucił im jego wóz.
Ranczer powoli podniósł wzrok. Zmarszczył gęste brwi. Butelka zatrzymała się w połowie drogi do jego ust.
– Znalazłem tam świadka – kontynuowałem równym tonem, robiąc powolny krok w jego stronę. Buty miękko zapadały się w sianie. – Facet, który zaparkował Hondę Jessego w krzakach, płakał, Paul. Kopał w opony, rzucał kurwami z bezsilności. Dziewczyna, która siedziała na drzewie i to widziała, czuła, jak śmierdział starym piwem i kurzem. Trocinami. Z tartaku.
Zauważyłem, jak zrogowaciała dłoń Paula zaciska się na szkle tak mocno, iż przez chwilę myślałem, iż butelka pęknie, tnąc mu palce. Jego umysł sam połączył kropki, brutalniej i szybciej, niż bym tego chciał. Zdał sobie sprawę, iż to nie drapieżnik z ciemnego lasu, ale sąsiad stał za zniknięciem chłopaka.
Zatrzymałem się przy drewnianej barierze, opierając o nią przedramiona. Zmarszczyłem brwi. Mój policyjny instynkt od kilku godzin bił na alarm, domagając się odpowiedzi na jedno, całkowicie nielogiczne zachowanie.
– Zaraz... – zawiesiłem głos, patrząc prosto w jego oczy. – Paul, powiedz mi jedną rzecz. Zaginął dzieciak, znaleźliście jego wóz. Śmierdzi to na kilometr zbrodnią. Dlaczego sprawę dostaje młody, zielony leszcz z leśnictwa? Gdzie jest stanowa policja? Gdzie jest wasz pieprzony szeryf Reynolds?
Paul opuścił butelkę i parsknął gorzko, kręcąc głową. Nie było w tym żadnej głębokiej tajemnicy, tylko zwykła, bezsilna złość człowieka, który od lat patrzy na to samo urzędnicze gówno. – Reynolds wbił w to pieczątkę `ucieczka` i zamknął w szufladzie – rzucił z odrazą. – Stwierdził, iż skoro wóz stał na ziemi stanowej, tuż przy obozowisku, to problem straży leśnej. Umył od tego ręce, Adam. Zresztą... on nigdy nie przejmował się tym dzieciakiem. Zawsze traktował ich rodzinę jak lokalny wrzód.
Zmarszczyłem brwi. Dla Paula to było zwykłe urzędnicze lenistwo. Ale w moim świecie, na betonowych ulicach, mechanizmy władzy i korupcji działały inaczej. Gliny nigdy nie oddawali takich spraw ot tak, z lenistwa.
– Zaginiony nastolatek to nagłówki w gazetach, Paul – powiedziałem powoli, ważąc każde słowo. W stajni zapadła martwa cisza. – Szeryfowie kochają takie sprawy. To darmowy PR i gwarancja reelekcji przy najbliższych wyborach. choćby najgorszy glina rzuciłby tam swoich ludzi, żeby pokazać, iż cokolwiek robi.
Ranczer zmrużył oczy, powoli trawiąc to, co do niego mówiłem. – Do czego zmierzasz?
– Do tego, iż sprawę, która tak cuchnie, oddaje się najbardziej niekompetentnemu żółtodziobowi w hrabstwie tylko w jednym przypadku – spojrzałem na niego z zimnym wyrachowaniem. – Kiedy od samego początku chcesz, żeby została spierdolona.
Twarz Paula stwardniała, gdy docierał do niego ciężar tych słów. Zrozumiał. – Twierdzisz, iż Reynolds celowo to ukrywa? Przecież to oznaczałoby, iż wie, co tam się stało.
– Twierdzę, iż ktoś z waszego miasteczka wpadł wczoraj w panikę w lesie, a potem poszedł do kogoś, kto ma odznakę i władzę, żeby mu ten burdel posprzątał – odpowiedziałem cicho, dopijając piwo. – Reynolds rzucił sprawę Perry`emu na pożarcie, bo był pewien, iż młody niczego nie znajdzie. Mieli w tym genialnym planie tylko jeden problem. Nie przewidzieli, iż młody harcerz zabierze ze sobą glinę z wydziału zabójstw.
W drodze powrotnej ze stajni do domu nie padło już ani jedno słowo. Lodowaty wiatr znad pasma Flathead przybrał na sile, uderzając w naszą dwójkę ze wściekłością, ale żaden z nas nie zwracał na to uwagi. Byliśmy zbyt pochłonięci mrokiem, który właśnie wyciągnęliśmy na powierzchnię.
Kiedy weszliśmy do środka, Paul bez słowa skierował się do łazienki. Stare rury zaszumiały głucho, gdy odkręcił wodę, by zmyć z siebie pot, ziemię i zapach zwierząt.
Ja zostałem w kuchni. Usiadłem na stołku przy wyspie, nie zapalając światła. Wpatrywałem się w ciemność za oknem, obracając w dłoniach pustą butelkę po piwie. Mój umysł gliny, obudzony z letargu, pracował na najwyższych obrotach. Analizowałem każdą zmienną, układałem w głowie listę pytań do Perry`ego, szukałem słabych punktów w tej cichej, prowincjonalnej zmowie milczenia. Adrenalina i policyjna paranoja znów zaczynały przejmować nade mną kontrolę, wciągając mnie w ten sam toksyczny wir, od którego uciekłem z Los Angeles.
Szum wody w łazience ucichł. Chwilę później skrzypnęły deski w korytarzu.
Paul wszedł do kuchni, przynosząc ze sobą zapach taniego, szarego mydła i wilgotnej skóry. Miał na sobie tylko luźne, wyblakłe spodnie dresowe, a po jego nagim, szerokim torsie wciąż spływały pojedyncze krople wody. Mokre włosy przeczesał palcami do tyłu. W półmroku jego sylwetka wydawała się jeszcze potężniejsza.
Zatrzymał się tuż obok mnie. Nie patrzył z litością, nie szukał czułych słówek ani romantycznych deklaracji, które w tym świecie nie miały żadnego prawa bytu. Bezbłędnie wyczuł, iż mój umysł znów odpływa w stronę zepsutego świata morderstw i układów.
Bez słowa wyciągnął wielką, szorstką dłoń i zabrał z moich palców pustą butelkę. Odstawił ją na blat z głuchym stukotem
Zanim zdążyłem zaprotestować lub wrócić do rozgrzebywania sprawy szeryfa Reynoldsa, Paul wsunął dłoń pod mój kark. Jego palce były twarde i stanowcze. Zacisnął je na moich włosach i zmuszając do uniesienia głowy, spojrzał mi prosto w oczy. Było w tym spojrzeniu coś pierwotnego – surowe żądanie, bym zostawił glinę z L.A. w kuchni.
– Wystarczy na dziś – rzucił nisko, chrapliwie.
Zamiast czekać na odpowiedź, pociągnął mnie do pionu. Kiedy zsunąłem się ze stołka, stając z nim twarzą w twarz, przesunął ciężką, wilgotną dłoń z mojego karku na plecy i popchnął mnie lekko w stronę korytarza.
Nie stawiałem oporu. Moje ciało, jeszcze sekundę wcześniej napięte od policyjnej paranoi, po prostu odpuściło. Zostawiłem pustą butelkę i na kuchennym blacie, i bez słowa poszedłem za nim w mrok sypialni.
Idź do oryginalnego materiału