Rozdział 9 (część 1) Perfekcyjnie wychowani, idealnie zepsuci / MonikaSK

publixo.com 4 godzin temu

Rozdział 9 (część 1):
Perfekcyjnie wychowani, idealnie zepsuci.




Ville i Rose wchodzą do salonu jako jedni z ostatnich. Na ich policzkach wciąż utrzymuje się lekki rumieniec, a spojrzenia, które sobie wymieniają, są zbyt zawadiackie, by dało się je zignorować. Zgromadzeni przed telewizorem nie komentują tego wprost — ktoś wzdycha, ktoś przewraca oczami, ktoś krzywo się uśmiecha. W końcu ktoś sięga po pilot i naciska play. Na ekranie pojawia się plansza tytułowa odcinka, jednego z tych bardziej osobistych: Niemiecka precyzja.

Silnik czarnego sportowego samochodu cicho pomrukuje, gdy Thomas skręca z głównej drogi do Adendorf. W środku gra techno — mocny, głęboki beat z syntezatorowym tłem i lekko industrialnym brzmieniem. Chłopak w czarnej czapeczce z daszkiem i ciemnych okularach przeciwsłonecznych lekko kołysze głową do rytmu, jakby nie wracał do rodzinnego domu, ale do klubu w Hamburgu. Palce wystukują takt na kierownicy. Kiedy zbliża się do zakrętu przy starym buku, zerka w bok i skręca w prawo, a automatyczna brama z kutego żelaza otwiera się z cichym zgrzytem.
Jest późne popołudnie. Słońce wisi nisko, rozlewając złoto po dachówkach i szkle. Thomas widzi znajome linie — starą fasadę, portyk z kolumnami, rzeźbiony balkon, który kiedyś nazywał „amboną ojca”. Dom wygląda jak połączenie dwóch światów. Centralną część stanowi zabytkowa willa z końca XIX wieku. Góruje nad posiadłością białą elewacją, wysokimi oknami i mansardowym dachem. Jej skrzydła, dobudowane w ostatnich latach, są już zupełnie inne — przeszklone, geometryczne, odważnie nowoczesne, a jednak dziwnie harmonijne. Garaż ukryto w zboczu. Automatyczne drzwi z czarnego, matowego metalu podnoszą się bezszelestnie, gdy Thomas naciska guzik na pilocie. Z tyłu posiadłości widać helipad, oznaczony białą literą H pośród soczystej zieleni. Obok, niczym schowany bunkier, w skarpę wkomponowany jest hangar z zielonym dachem, ledwie widoczny z góry. Wiadomo, iż trzymają tam śmigłowiec, ale nigdy nie jest jasne, kiedy wraca i kiedy odlatuje. Nieco dalej, między linią sadu a ogrodem japońskim, rozciąga się basen o organicznym kształcie, z krawędziami wyłożonymi ciemnym kamieniem.
Thomas parkuje, wysiada z auta i zatrzaskuje drzwi z niemal teatralnym gestem. Potem wychodzi z garażu, gdzie stoją jeszcze trzy nowe samochody klasy premium, i kieruje się w stronę frontowych schodów, przy których na chwilę się zatrzymuje. Odsuwa lekko okulary na czapkę. Kamera nie nagrywa przypadkiem — wszystko jest częścią nowego odcinka.
– Witajcie w pierwszym odcinku Liberty Fade Life, pokazującym nasze życie prywatne, nasze rodziny i domy. Wychowałem się właśnie tutaj, choć szczerze mówiąc, nie pamiętam, kiedy byłem tu ostatni raz.
Dłoń Thomasa dotyka klamki. Wnętrze jest równie eleganckie jak dom z zewnątrz. Trochę klasyki, trochę nowoczesności, nieco eklektyzmu. Jasny salon z dużą sofą w kolorze popiołu łączy się z jadalnią, gdzie idealnie pośrodku ustawiono stół z ciemnego drewna. Z lewej strony rozciąga się otwarta biblioteka — dwupiętrowa, z antresolą i czarną, spiralną klatką schodową z metalu.
W fotelu przy regale z literaturą ekonomiczną siedzi ojciec Thomasa. Elegancki, zadbany mężczyzna po pięćdziesiątce, w okularach i z idealnie przyciętą brodą. Ma na sobie jasny sweter i luźno rozpiętą koszulę, wygląda tak, jakby właśnie wyszedł z sali konferencyjnej. Czyta gazetę, ale gdy dostrzega Thomasa, odkłada ją starannie na stolik obok.
– Witaj, synu. Jak przejażdżka? – pyta po niemiecku.
– Fajna maszyna. Możesz mi ją sprezentować.
Mężczyzna na moment nieruchomieje, nie drga mu choćby brew. Thomas parska cicho i robi minę chłopaka, który nie liczył na odpowiedź, ale musiał rzucić hasło, bo inaczej nie byłby sobą.
Zwraca się do kamery, tym razem po angielsku, bardziej pewnym, scenicznym tonem.
– Henrik Kleinert, mój tata. Prezes Klein Elektronik. Fabryka sterowników, automatyka przemysłowa.
Ojciec przez chwilę przygląda się synowi z wyważonym spokojem. W jego spojrzeniu nie ma ani złości, ani ciepła — jest czysta kalkulacja, jakby mierzył się z nowym projektem wymagającym zimnej głowy.
– Przemyślałem sprawę – mówi powoli. – Możesz sfilmować halę produkcyjną. Ale żadnych szczegółów. Kierownik produkcji dopilnuje reszty.
Potem uśmiecha się krótko i znów sięga po gazetę. Dla niego rozmowa jest zakończona.
– No jasne, tato. Zanim coś pójdzie w eter, dasz mi zielone światło. Obiecuję.
Obraca się wokół własnej osi, jakby szukał odpowiedniego kadru, zatrzymuje się i wreszcie mówi do kamery:
– Super. W takim razie jutro zabiorę was do fabryki. Ale najpierw pokażę wam kuchnię, w której może raz w życiu zrobiłem sobie kanapkę i herbatę.
Kuchnia jest nowoczesna i surowa – czarne fronty bez uchwytów, wyspa z ciemnego granitu, urządzenia w zabudowie tak dyskretne, iż niemal niewidoczne. W tle słychać lekkie bulgotanie. Tu ewidentnie coś się gotuje. Thomas podnosi pokrywkę, uśmiecha się szeroko i kiwa głową z uznaniem. Po chwili podchodzi do lodówki, otwiera ją bez zastanowienia i nalewa sobie coli do szklanego kubka. Robi to machinalnie. Upija łyk, jakby potrzebował więcej czasu w zebranie myśli.
– Nie mam rodzeństwa, mama umarła już dawno temu. Ojciec się znowu ożenił, ale macochy w zasadzie nie znam – rzuca beznamiętnie, przechodząc do kolejnego pomieszczenia. – Tu na dole został jeszcze gabinet ojca. Tam są najciekawsze rzeczy.
Gabinet mieści się na końcu korytarza, za ciężkimi drzwiami z ciemnego drewna. Wnętrze jest klasyczne i uporządkowane, z wyraźnym dystansem. Za ciężkim, dębowym biurkiem wisi czarno-biały portret dziadka Thomasa — mężczyzny z twardym spojrzeniem i wąsem, w kitlu roboczym, z rękami opartymi na modelu sterownika wielkości cegły. Poniżej, w przeszklonej gablocie, stoją stare, nieużywane już patenty i prototypy: aluminiowe skrzynki, płytki drukowane, fragmenty dawnych obudów.
– Dziadek Kleinert. Założył fabrykę Klein Elektronik w latach siedemdziesiątych. Inżynier, wynalazca, człowiek renesansu – mówi cicho i macha do postaci na portrecie. – Teraz chodźcie do mojego pokoju. Nie byłem tam chyba od wieków.
Wnętrze jest nowoczesne, surowe, chłodne — wszystko na swoim miejscu, ale wyglądające tak, jakby zostało wyjęte z katalogu. Łóżko z niską, grafitową ramą, równo zasłane, bez żadnych osobistych śladów. Biurko z czarnego metalu i szkła, puste poza lampką i stacją dokującą do laptopa. W rogu stoi konsoleta DJ-ska. Jedyny przedmiot, który wygląda, jakby ktoś wrócił tu po niego wczoraj. Na jednej ze ścian widać duże, wyblakłe graffiti, zrobione sprayem, kiedy Thomas miał może piętnaście lat. Pokój wygląda jak coś, co kiedyś żyło, ale zostało zatrzymane w czasie. Wszystko tu jest — tylko Thomasa już nie ma.
Chłopak zatrzymuje się na chwilę, bo właśnie coś usłyszał. Przekręca głowę, nasłuchuje, a potem spogląda na zegarek.
– O, wygląda na to, iż czas na wyżerkę. Idziemy – rzuca z półuśmiechem i rusza w stronę schodów.
Zsuwa się po drewnianych stopniach, mija salon bez zatrzymywania się i kieruje prosto do części jadalnianej, gdzie wszystko jest już przygotowane. Ojciec również zasiada do posiłku. Gosposia sprawnym ruchem podaje talerze. W kuchni jej nie było, ale tutaj już jest, sprawna jak automat. Obiad przebiega w ciszy i spokoju. Nikt nie czuje potrzeby, by mówić. Thomas miesza łyżką zupę, próbując sobie przypomnieć, czy kiedyś to miejsce było głośniejsze.
– Jedziesz jutro do pracy? – pyta, nie odrywając wzroku od talerza.
– Nie. Lecę do Berlina, mam kilka spraw na głowie.
Następnie sięga po kromkę chleba. Gdy znów się odzywa, mówi po angielsku – elegancko i poprawnie, choć z wyraźnym niemieckim akcentem, który nadaje jego słowom szorstki rytm.
– Szkoda, iż nie chcesz tutaj bywać częściej. Gdyby nie to, iż koncertujecie w Niemczech, nie widywałbym cię wcale.
– Wiesz przecież, jakie życie prowadzę. Rzadko mam czas. Poza koncertami mam jeszcze inne projekty muzyczne.
Henrik unosi brwi z lekkim niedowierzaniem.
– I imprezy.
– A to też – przyznaje Thomas bez cienia wstydu. – Jadę dziś odwiedzić babcię Klarę. Pozwolisz, iż wezmę jeszcze auto?
– Nie ma problemu – odpowiada, dalej przypatrując się synowi. – Cieszę się, iż już nie chodzisz po domu w czapce z daszkiem. W końcu się nauczyłeś.
Odchyla się lekko na krześle.
– Wiesz co... weź to auto. W Londynie i tak ci się nie przyda, a tutaj będzie twoje. Może częściej będziesz mnie odwiedzał.
– Serio? Dzięki... wow!
Podbiega do ojca i całuje go w policzek. Henrik otwiera szeroko oczy, zupełnie zaskoczony.
– Sorry – rzuca Thomas ze śmiechem, obracając kluczyki do świeżego BMW w dłoni. – To przez Kurdupla. Zrobiłem się ostatnio trochę... wylewny.
Henrik tylko przytakuje, może nieco zbyt sztywno, po czym zerka w stronę kamery – wyraźnie nie czuje się z nią komfortowo. Wreszcie mówi spokojnie, bardziej do siebie niż do obiektywu.
– Thomas zawsze szedł pod prąd. W szkole miał dobre oceny, jakoś sobie radził. Chciałem, żeby został inżynierem. Wysłałem go na studia do Monachium ale uciekł po pół roku. Bez słowa wyjechał do Londynu.
– Zrobiłeś mi wtedy awanturę.
– I co, dziwi cię to? – odpowiada już nieco weselej. – Od zawsze interesował się muzyką elektroniczną. Doprowadzała mnie do szału. A ten jego styl ubierania... nie mogłem na to patrzeć. W Londynie zaczął grać na imprezach, szło mu coraz lepiej... ale podłapał to swoje towarzystwo. Na szczęście opamiętał się, gdy poznał młodego Riana.
Henrik śmieje się szczerze, zupełnie jak nie on.
– Ville Rian... z jednej strony totalny odklejeniec, artysta, ale z drugiej — chłopak trzyma poziom.
– Graliśmy kiedyś koncert w Hamburgu – wtrąca Thomas. – Zabrałem ekipę do fabryki. Libertyn stanął przy automacie montażowym i gapił się na to chyba godzinę. Musieliśmy go siłą wyciągać z hali.
– Mój syn poszedł w muzykę – ciągnie Henrik. – Spełnia się w tym. A zespół, którego jest częścią, osiągnął ogromny sukces. Powiem jedno... jestem z niego dumny.
Na ostatnim zdaniu głos lekko mu się łamie.
Thomas jest wyraźnie poruszony. Podchodzi i obejmuje ojca z całych sił.
Ekran na chwilę ciemnieje, by zaraz rozjaśnić się kolejnym kadrem: odrestaurowaną kamienicą w centrum Lüneburga. Thomas zatrzymuje się na chwilę przed wejściem — drewniane drzwi z mosiężną kołatką pamięta jeszcze z dzieciństwa. Mieszkanie babci znajduje się na drugim piętrze, z widokiem na rynek i kościół. Tu zawsze pachnie świeżo mieloną kawą i ciastem. To miejsce, w którym czas zwalnia, a choćby Thomas — wiecznie w ruchu — czuje się po prostu wnukiem, a nie członkiem zespołu rockowego. Babcia Klara mimo wieku emanuje energią, której mogłaby jej pozazdrościć niejedna czterdziestolatka. Zadbana, wyprostowana, o pewnym kroku, z siwymi włosami ułożonymi w modną fryzurę — gdzieś na granicy paryskiej elegancji i niemieckiego pragmatyzmu — wita Thomasa wylewnie, ściskając go tak mocno, iż aż spada mu czapka.
– Też się cieszę, iż cię widzę, babciu – mówi po niemiecku, próbując odzyskać równowagę.
Ona trzyma go za ramiona i patrzy z uwagą, jakby chciała zapamiętać każdą zmarszczkę i każdy cień na jego twarzy.
– Mój ukochany, jedyny wnuk... Pozwól, iż ci się przyjrzę. – Uśmiecha się, a po chwili dodaje z rozbawieniem: – Dzięki temu waszemu programowi mogę chociaż wiedzieć, co u ciebie słychać. Choć nie wszystko mi się podoba, co ty i ten twój zespół tam wyprawiacie.
Grozi palcem, ale w jej głosie słychać tylko czułość.
Chwilę później przechodzą do salonu, gdzie wzrok od razu przykuwa kredens z porcelaną i rodzinnymi pamiątkami. Na półce obok stoją dwie winylowe płyty Liberty Fade, prezent od Thomasa, oraz kilka zdjęć zespołu oprawionych w ramki.
Chłopak siada w fotelu przy niskiej ławie, na której leży książka położona grzbietem do góry i miseczka z orzechami. Przez chwilę rozgląda się po salonie, po czym spogląda w stronę kamery.
– Babcia często bywa u ojca – mówi cicho. – Ale woli mieszkać sama.
– No bo tu mam koleżanki, klub seniora, wyskoczę na partyjkę kart, pogadam z sąsiadkami... – wtrąca Klara, stawiając przed nim filiżankę herbaty. – A tam? Pusty dom, Henrik z gazetą i szum czajnika co najwyżej. choćby psa nie macie – dodaje z miną, jakby właśnie wygrała kolejną partię życia.
– Babcia jest duszą towarzystwa. W młodości grała na skrzypcach w filharmonii. Po niej mam słuch muzyczny.
– I urodę, którą chowasz pod tą swoją czapką z daszkiem.
– Babciu... to się nagrywa – przypomina Thomas z lekkim skrzywieniem, poprawiając włosy.
– I bardzo dobrze. Niech dziewczyny widzą. Może wreszcie jakąś znajdziesz, a nie skaczesz z kwiatka na kwiatek.
Wstaje z wdziękiem i rusza do kuchni. Gdy jej sylwetka znika za rogiem, Thomas pochyla się lekko do przodu i zerka w kamerę.
– Dobrze, iż jestem tu teraz... zanim rodzina dowie się, iż mam emocjonalnego chłopaka. Wtedy mnie wydziedziczą.
W tym momencie babcia wraca – cicho, ale zdecydowanie. W jednej ręce niesie dodatkowy talerzyk z ciastem, a drugą sięga do kieszeni bluzy wnuczka. Z wprawą, bez zbędnych słów, wsuwa mu do środka białą kopertę.
– Tylko nie wydaj na głupoty – mówi cicho.
Thomas natychmiast się prostuje, zaskoczony. Sięga do kieszeni, wyciąga kopertę i podnosi wzrok na babcię.
– Daję sobie radę. Naprawdę nie trzeba... – broni się, ale Klara już odwraca się z powrotem do stołu, zupełnie niezainteresowana protestami.
– To co tam słychać u ciebie? – pyta, nalewając herbatę z dziwnym spokojem, choć właśnie wręczyła mu zawartość swojej emerytury.
Kadr powoli się ściemnia, zostawiając w tle cichy dźwięk gramofonu, który z każdą sekundą przybiera bardziej techniczne brzmienie, a obraz zmienia się nie do poznania. To fabryka sterowników – niski, nowoczesny budynek ze szkła i stali, którego chłodna elegancja kontrastuje z przemysłowym otoczeniem. Już od progu czuć tu precyzję: wnętrza są uporządkowane, ciche i pełne światła. Wysokie hale produkcyjne skrywają szereg maszyn o nieczytelnych dla laika funkcjach — wszystko działa tu płynnie, jak zaprogramowana symfonia. Pracownicy w białych fartuchach poruszają się w skupieniu, nie zwracając uwagi na odwiedzających. Nad całością czuwa kierownik produkcji, który dyskretnie dopilnowuje, by żadne wrażliwe detale nie znalazły się przed obiektywem kamery. Thomas prowadzi ekipę przez kolejne korytarze i wreszcie zatrzymuje się przy jednym z większych stanowisk, osłoniętym szybą ochronną i opatrzonym ostrzegawczymi piktogramami.
– A tutaj właśnie stał Libertyn – mówi z uśmiechem, wskazując na automatyczne ramię maszyny montażowej. – Patrzył na to tak, jakby odkrył nową planetę.
Za szybą urządzenie przesuwa drobne komponenty z precyzją godną zegarmistrza. Na ekranie migają wykresy i liczby, ale cały proces wydaje się niemal choreograficzne. Mechaniczne ruchy są płynne, niemal hipnotyzujące.
– To jeden z najstarszych automatów do montażu powierzchniowego – tłumaczy, uważnie dobierając słowa, by nie zdradzić niczego konkretnego.
Operator maszyny kiwa głową zza szyby, nie przerywając pracy. W tle słychać ciche buczenie wentylatorów i szelest taśm. Ekran ciemnieje na dobre. Koniec odcinka.

Mia prostuje się na kanapie, przeciąga z gracją ramiona i unosi filiżankę herbaty, jakby celebrowała każdą sekundę. Jej usta rozciągają się w miękkim, pogodnym uśmiechu, a oczy błyszczą znajomym, ciepłym światłem.
– Kochana babcia Klara... – mówi z czułością, niemal szeptem. – Nic się nie postarzała. Widziałam się z nią kilka miesięcy temu. Zresztą Henrik też się nieźle trzyma.
– Od tamtego momentu moje relacje z ojcem bardzo się poprawiły – mówi Thomas. – Bywam w domu kilka razy w roku. A graffiti w mojej sypialni... wymieniłem. Ojciec nie był zachwycony – dodaje, mrugając porozumiewawczo.
Ville leży rozciągnięty na fotelu i niemal natychmiast parska śmiechem, aż poduszka zsuwa mu się spod głowy.
– W zeszłym roku graliśmy w Hamburgu. Pan Kleinert i babcia Klara przyszli na koncert – wspomina. – Babcia była z nami całą sobą. Znała wszystkie teksty, choć ledwo mówi po angielsku.
Rob uśmiecha się pod nosem, poprawiając ułożenie Amidali, która właśnie przysypia mu na kolanach.
– A potem zrobiliśmy najazd na chatę Henrika. Już po godzinie miał migrenę i błagał o ciszę, za to babcia Klara siedziała z nami do końca.
Mia wybucha śmiechem – tym charakterystycznym dźwiękiem, który od razu rozbraja wszystkich wokół.
– Dajcie człowiekowi spokój. Najważniejsze, iż Thomas chętnie odwiedza ojca. To mnie naprawdę cieszy.
Odkłada filiżankę z delikatnym stuknięciem na blat i klaszcze w dłonie, jakby właśnie skończyła odprawę strategiczną.
– No dobrze. To co? Jedziemy z kolejnym odcinkiem?
Odpowiedź nie wymaga słów. Poduszki lądują na kolanach, ktoś podaje miskę z owocami, ktoś dopija swój napój, a na ekranie projektora już pojawia się napis: La Mamma Italiana.

Ekran rozjaśnia się powoli. Dron sunie nad rzędami zadbanych domów, tworzących harmonijną mozaikę czerwonych dachów i zielonych ogrodów, rozciągającą się wzdłuż spokojnych, krętych uliczek. W oddali majaczy panorama Londynu, ale tutaj panuje cisza, przestrzeń i domowe ciepło typowe dla eleganckich przedmieść.
Lot drona stopniowo się obniża, a w kadrze pojawia się urokliwy szeregowiec zachowany w klasycznym, angielskim stylu — ceglana elewacja, białe ramy okienne i starannie przystrzyżony żywopłot tworzą spójną, uporządkowaną całość. Z przodu widać dyskretnie wkomponowany garaż, który nie zaburza tradycyjnego charakteru domu. Przed drzwiami stoją Robert i Emma — on w czarnej skórzanej kurtce z tym swoim zawadiackim uśmiechem, ona w chabrowej sukience z długim rękawem i na wysokich szpilkach.
– Witajcie w Robhause. Nie zabiorę was do domu, w którym się wychowałem bo został sprzedany, kiedy moi rodzice przeszli na emeryturę i przenieśli się z Manchesteru do rodzinnego miasta mojej mamy, czyli Otranto we Włoszech. Za to ten dom – tu gestem wskazuje drzwi za sobą – odziedziczyłem po dziadkach. Zerwałem babcine tapety i zrobiłem po swojemu. Dziś razem z Emmą gościmy moich rodziców, a pewnie za chwilę wpadnie reszta hołoty z Liberty Fade. Zapraszam do środka.
Wnętrze zaskakuje od pierwszego kroku. Głęboko zielone ściany kontrastują z ciepłym drewnem podłogi i ciężkimi, industrialnymi półkami uginającymi się od narzędzi, kasków, modeli motocykli i starych części. W salonie, zamiast klasycznego zestawu wypoczynkowego, stoi rozłożysta skórzana sofa z wysokim oparciem, a nad nią wisi rząd oprawionych zdjęć z tras koncertowych, zlotów motocyklowych i rodzinnych spotkań. W rogu ustawiono perkusję i gitarę, które razem z puszkami oleju i winylami tworzą mieszankę warsztatu, muzeum i domowej bazy wypadowej.
Sercem domu jest jednak kuchnia — przestronna, nowoczesna, w wyraźnej kontrze do reszty wnętrz, jakby Robert oddał tu stery komuś innemu. Przy wyspie krząta się niska, krągła Włoszka o błyszczących oczach i ciemnych włosach spiętych w supeł. Ubrana w pastelowy fartuszek w kwiaty i domowe klapki, porusza się z werwą, jakby gotowanie było choreografią, którą zna na pamięć. Na ogniu bulgocze sos pomidorowy z bazylią, który miesza szczupły, siwy mężczyzna w koszulce polo.
Emma rozkłada sztućce z wprawą kogoś, kto dobrze zna ten dom. Rzuca krótkie spojrzenie w stronę kuchni i zanim zdąży ułożyć serwetki, w drzwiach pojawiają się pozostali.
Libertyn nie zatrzymuje się ani na moment — w trzech krokach podchodzi do kobiety, rozkładając ramiona z teatralnym wdziękiem.
– La mamma italiana! Mniam, mniam!
Kobieta natychmiast obejmuje go z czułością i gładzi po włosach.
– Ah, ten chłopak... Zawsze coraz bardziej magro, ale też coraz bardziej przystojny. Ja cię jeszcze utuczę, tesoro, nie martw się.
Robert patrzy z ukosa, oparty o framugę, ale zanim zdąży coś powiedzieć, Ville wystawia mu język jak nieznośny brat. Robert uśmiecha się krzywo, podchodzi i przytula kobietę mocno.
– Moja mama, Lucia. Prawdziwa Włoszka z krwi i kości. Przez wiele lat pracowała jako inżynier dźwięku dla różnych telewizji. To ona zaraziła mnie muzyką.
– A to mój tata, Robert Walker – emerytowany pilot lotniczy i zapalony wielbiciel starych motocykli. Teraz już wiecie, skąd u mnie to hobby.
Na moment zatrzymuje wzrok na pustym kącie stołu, jakby widział tam coś więcej niż tylko wolne miejsce.
– Mam też dwie starsze siostry, ale mieszkają za granicą.
Matka Roberta zaczyna podawać obiad. Rozmowy płyną wartko, ktoś opowiada anegdotę, ktoś dorzuca żart. Ville prowadzi zażyłą dyskusję z panem Walkerem, gestykulując i układając dłonie w kształt skrzydeł samolotu. Emma dołącza do rozmowy, wyraźnie zainteresowana tematem.
Lucia popija herbatę, patrząc na zespół z czułym podziwem — jakby widziała w nich nie tylko przyjaciół syna, ale też wartości, które sama ceni.
– Ten dom należał do moich teściów – mówi. – Robert mieszkał tu z babcią, kiedy przyjechał na studia prawnicze, ale nigdy nie pracował w zawodzie. Zawsze miał w głowie te bębny i gary… choć co do garów, to do gotowania ma dwie lewe ręce.
Robert całuje ją w rękę i odwraca się do kamery.
– Chodźcie, pokażę wam, co jest dla mnie ważne.
Garaż przypomina męską twierdzę, w której każdy detal ma swoją historię. Czarne ściany stanowią tło dla dwóch motocykli z manualnie malowanymi przez Roberta grafikami — jednego klasycznego, ze złotymi ornamentami, i drugiego nowoczesnego, w ostrych, kontrastowych kolorach. Na ścianach wiszą narzędzia, pistolety lakiernicze, maski i pojemniki z farbami, ułożone w równych rzędach. Wszystko mówi o precyzji, pasji i godzinach spędzonych nad szczegółem.
Kamera jeszcze przez chwilę sunie po chromowanych detalach motocykla, odbijających światło jak tafla wody, aż obraz łagodnie się rozmywa i przechodzi w kolejne ujęcie.
Robert i Emma przemierzają spokojne przedmieścia Londynu. Wrześniowe słońce rozlewa ciepłe światło, a liście zaczynają przybierać złote odcienie. Po chwili wyjeżdżają za miasto, gdzie droga prowadzi przez pola i łagodne wzgórza. Cisza i przestrzeń dają chwilę wytchnienia, a wiatr na twarzy przypomina, jak bardzo cenią te wspólne przejażdżki.
Zatrzymują się na skraju małej polany. Świat jakby zwalnia. Robert przyciąga Emmę do siebie i całuje.
Kadr gaśnie i po chwili pojawia się neonowy napis The Vinyl Den nad wejściem do budynku z białej cegły. Klub, którego współwłaścicielem jest Robert, znajduje się w sercu modnej, artystycznej dzielnicy Londynu. Znany i lubiany, przyciąga ludzi szukających dobrej muzyki i atmosfery. To nie tylko biznes, ale jego przestrzeń.
Zespół Liberty Fade siedzi już przy stoliku. Thomas i Ville obok siebie, blisko, ale bez przesady. Reszta rozproszyła się pod sceną.
Ville uśmiecha się szeroko, ale jego uwagę przyciągają dwie dziewczyny.
– Może coś podziałamy?
– Gadasz jak stary zbereźnik.
Libertyn parska śmiechem i palcem wskazuje miejsce nad górną wargą.
– Patrz, tu mi się wąs sypnął.
Thomas pochyla się bliżej, przygląda mu się uważnie, po czym przecząco kręci głową.
– Przepraszam, co ci się tam sypnęło?
– No, wąs. Muszę się ogolić, nie robiłem tego od wczoraj.
– Jesteś idealnie gładki – odpowiada, muskając go po policzku. – Gdybym ja się nie golił od wczoraj, miałbym tarkę. Albo Rob. Ten to by zarósł. Na amen.
Ville szczerzy się szeroko.
– U mnie to przez hormony.
Do stolika wraca reszta Liberty Fade, a tuż za nimi Emma, prowadząc za rękę wysoką, zjawiskową blondynkę. Dziewczyna ma na sobie obcisłą sukienkę w odcieniu szampańskiego złota, subtelnie połyskującą przy każdym ruchu. Jej krok jest sprężysty, a spojrzenie pewne siebie i lekko rozbawione. Gdy podchodzą bliżej, Ville z uśmiechem unosi wzrok i bez cienia wahania przyciąga ją do siebie jednym ruchem ramienia.
– Poznajcie Viktorię. Vika jest modelką – rzuca do kamery teatralnym, rozbawionym tonem, jakby zapowiadał atrakcję wieczoru.
Dziewczyna odwraca głowę i uśmiecha się uwodzicielsko. Przesuwa palcem po kołnierzu jego koszuli, nachyla się i daje mu namiętnego, ale kontrolowanego buziaka — dokładnie na tyle śmiałego, by kamera uchwyciła każdy szczegół, ale nie na tyle, by wyglądało to nieprzyzwoicie. Kiedy się odsuwa, jej spojrzenie celowo zatrzymuje się na obiektywie.
– Cześć, jestem Vika. A to? – gestem dłoni wskazuje Villego. – To mój ulubiony fotel na dzisiaj. Miękki i stylowy.
W kadrze pojawia się Paul. Prowadzi za rękę szczupłą dziewczynę o klasycznej japońskiej urodzie. Ma na sobie asymetryczną sukienkę w głębokim granacie.
– Poznajcie moją ukochaną – mówi Paul, sadzając dziewczynę sobie na kolanach.
Ona odwraca głowę w stronę kamery i uśmiecha się szeroko, niemal z figlarnym przymrużeniem oka.
– Jestem Wakanae Tanaka, dla przyjaciół Wendy. Pochodzę z Tokio, ale od wielu lat mieszkam w Londynie.
– Znamy Wendy całkiem dobrze – mruczy Ville. – W zeszłym roku towarzyszyła naszemu basiście w trasie. W tydzień trzy razy się z nim rozstawała.
Wendy od razu wybucha śmiechem i opiera czoło na ramieniu Paula. Doskonale wie, iż Ville od dawna żartuje z ich relacji i iż cała ekipa zna ten rytuał: rozstania, powroty, wyjazdy, kwiaty, kolacje i znowu ciche dni. Śmieją się wszyscy, choćby Paul, choć teatralnie potrząsa głową, nieco zrezygnowany.
– Było, minęło – mówi wesoło. – Już się nie mogę doczekać, aż przedstawię widzom moje pszczoły.
– To każda ma imię i nazwisko? – pyta Ville, natychmiast się prostując.
Thomas odstawia szklankę, z powagą poprawia sobie kołnierzyk i zmienia głos na zmysłowo-słodki.
– Jestem Helena Miodzio, lubię lawendę, źle toleruję fiołki.
Rob unosi brew, jakby nagle naszła go poważna refleksja.
– To ile adekwatnie masz tych pszczół?
– Trzy ule. Latem to ponad dwieście tysięcy.
– To ich przedstawianie trochę ci zajmie... – wtrąca Rob.
Emma rozciąga się na krześle i uśmiecha z przekąsem.
– W zasadzie mamy kontent odcinków do końca przyszłego roku. Już nic nie musimy robić!
W tej samej chwili na scenie zapada półmrok. Przez głośniki przepływa miękka gitara, a zaraz potem dołącza wokal – cichy, zmysłowy, niosący ze sobą coś więcej niż słowa. Nowy zespół zaczyna grać balladę, a światło reflektorów przecina ciemność miękkimi smugami. Ville wstaje pierwszy, nie spuszczając wzroku z Viktorii. Wyciąga do niej rękę z teatralnym wdziękiem, jakby zapraszał ją nie tylko do tańca, ale i do wspólnej roli w tym wieczornym spektaklu. Dziewczyna przez chwilę patrzy na niego spod półprzymkniętych powiek, uśmiecha się lekko i przeciągle, a potem z pełną gracji pewnością siebie wstaje i splata z nim palce. Zanim ruszy z Libertynem na parkiet, jeszcze raz poprawia włosy i rzuca spojrzenie przez ramię w stronę kamery. Uśmiech ma kokieteryjny, ale obliczony na efekt. Upewnia się, iż została zauważona.
Klub pulsuje w półcieniach, pełen kobiet w lekkich sukienkach, topach i błyszczących dodatkach. Każda z nich jest inna – uśmiechnięta, obserwująca, jedna nieśmiała, druga śmiała aż do przesady. Thomas zatrzymuje się przy rudowłosej dziewczynie z figlarnym uśmiechem. Ich spojrzenia się spotykają, a on, bez cienia pośpiechu, obejmuje ją w talii. Pochyla się i całuje ją miękko, z czułością, jakby robili to nie pierwszy raz.
Ville z kolei obraca się ku Viktorii, która już stoi przy nim blisko, lekko przechylając głowę i czekając na sygnał. Gdy jej dłoń spoczywa na jego ramieniu, on łagodnie przejmuje prowadzenie — odwraca ją lekko w tańcu i pochyla się ku niej, muskając jej szyję z teatralną czułością. Vika przymyka oczy, wyraźnie zadowolona z tej uwagi, i odgarnia włosy na bok, jakby zachęcała do powtórki. Jej ciało układa się do jego ruchów z naturalną lekkością, a spojrzenie, które co chwila rzuca w stronę kamery, zdradza jedno: doskonale wie, iż jest obserwowana. I właśnie to sprawia, iż błyszczy najjaśniej.
Obraz powoli ciemnieje, dźwięki cichną. Odcinek dobiega końca.
Idź do oryginalnego materiału