Rozdział 7 (part 2/2) Emocjonalny chłopak do przytulania. / MonikaSK

publixo.com 1 dzień temu

Pierwsze ujęcie zaczyna się od hotelowego ogrodu, zielonego, spokojnego, tonącego w zapachu kawy, pieczonego chleba i lawendy z doniczek ustawionych przy kamiennym murku. Na środku patio – wielki drewniany stół, rozsypany w lekkim nieładzie, jak sam zespół. Poranek po nocy. I zupełnie inna historia.
W oddali widać Thomasa – sunie na deskorolce po brukowanej alejce między krzewami róż. Mija kamerę, robi szybki kickflip, potem manual przez niski murek przy fontannie. Słuchawki ma wsunięte na uszy, a koszulkę przerzuconą przez ramię. Na zakończenie zatrzymuje się efektownym powerslidem tuż przy stole, przy którym siedzi zespół.
– Już jestem – oznajmia wesoło, zakładając koszulkę.
Ville spogląda na niego znad okrągłych różowych okularów i uśmiecha się powoli, przeciągle.
– Widziałem te twoje tricki. Bardzo ładnie.
DJ unosi brew i staje przy stole, nie od razu siada.
– A ty zawsze oglądasz mnie z taką uwagą, czy tylko wtedy, gdy mam rozczochrane włosy i pot na karku?
– Tylko wtedy, gdy nie masz na sobie koszulki – odpowiada przegryzając kącik ust.
Thomas siada z wolna, celowo blisko Villego – tak, by ich kolana niemal się stykały.
– Dobrze wiedzieć, iż mogę liczyć na twoją uwagę.
– Daj buziaczka.
Bez słowa muskają się ustami. Naturalnie, spokojnie – jakby to była część rozmowy. Reszta bierze głęboki oddech i wraca do śniadania. Tymczasem Rob, który siedzi wygodnie na leżaku, popija espresso i raz po raz zerka w stronę Emmy z podstępnym uśmiechem. Dziewczyna odwzajemnia spojrzenie, jednak po chwili prostuje się i zwraca do kamery.
– Zaraz ruszamy, wykorzystamy chwilę wolnego.
Ville chrząka cicho, dopija sok i odsuwa krzesło.
– To co dziś w planie? – pyta zerkając na siostrę.
– Oczywiście – uśmiecha się. – Jedziemy na plażę. To tylko piętnaście kilometrów od Kopenhagi. Pogoda piękna. Czas na zabawę. Później skoczymy do klubu – mam wejściówki VIP. Następnie zwraca się do widzów z powagą: – Gramy jeszcze trzy koncerty i wracamy do domu.
Paul wykonuje gest zwycięstwa i sięga po chleb. Rob znów uśmiecha się do Emmy, a ona posyła mu buziaczka w powietrze. Ville wstaje i z wyraźną dezaprobatą przygląda się wymianie spojrzeń między siostrą a perkusistą. Kamera oddala się lekko, pokazując cały stół – ich śniadanie, ich wspólnotę, ich ciszę.
Obraz przechodzi w ujęcie z drona, który zakreśla szeroki łuk nad szmaragdową taflą cieśniny. Poniżej asfaltowa droga przecina wydmy, prowadząc wzdłuż linii brzegu, a na jej tle dwa punkty w ruchu: czarny motocykl z Robertem i Emmą oraz czerwony kabriolet z opuszczonym dachem.
GoPro przy kierownicy łapie każdy wychylony zakręt. Szum wiatru miesza się z gardłowym pomrukiem V–ósemki. Cisza poranka ustępuje przestrzeni – prędkości, światłu, latu. Robert siedzi wyprostowany, pewny siebie, trzyma mocno gaz. Emma obejmuje go w pasie, jej włosy rozwiewa wiatr. Na kasku odbijają się promienie słońca – widać naklejki z tras: Tokio, Austin, Kopenhaga.
W kabriolecie Thomas prowadzi jedną ręką, w drugą rytmicznie uderza o drzwi. Ma na sobie czarne okulary przeciwsłoneczne, czapkę z daszkiem i jaskrawo zieloną luźną koszulkę. Ville siedzi obok, rozpina kolejny guzik swojej granatowej koszuli i rozgląda się dookoła, szukając ujęć do materiału zza kulis. Paul siedzi z tyłu, rozkłada ramiona jak w kinowym fotelu z efektami. Z boku jedzie kamera – stabilnie, równo z samochodem. Obiektyw łapie odbicia światła na chromowanej masce. Silnik warczy głucho, gdy Thomas redukuje bieg. Obraz zwalnia – w powietrzu unoszą się drobne krople morskiej wody, zatrzymane w kadrze jak w zawieszeniu. Samochód zatrzymuje się na parkingu przy plaży. Zespół wysiada, przymrużając oczy od słońca. Idą w stronę wypożyczalni sprzętu wodnego. Emma od razu wybiera kitesurfing, zakłada trapez i odbiera latawiec. Ville i Thomas decydują się na windsurfing – biorą deski i kolorowe żagle. Paul i Rob zostają na plaży, siadają w cieniu parasola i rozkładają ręczniki.
Pierwszy podmuch bryzy uderza od strony wody. Kamera lekko drży, mikrofony rejestrują szelest piasku pod butami. Ville i Thomas niosą sprzęt, mijając kamerzystę, który celuje obiektywem w maszt – na ekranie pojawia się ujęcie fioletowych i turkusowych paneli. Emma biegnie wzdłuż brzegu z rozłożonym latawcem. Widać, jak unosi się lekko, przygotowując do startu. Jej cień przesuwa się po falach.
Rob przeciąga się, zerkając w stronę dziewczyny.
– Emma ma świra na punkcie latania. Szybowce, spadochrony, no i teraz to. Kitesurfing totalnie ją pochłonął. Próbowałem ale ja wolę coś co ma silnik. Latanie i zdawanie się na wiatr? Nie dla mnie.
Paul poprawia kapelusz, udaje znudzenie i wzdycha teatralnie.
– Windsurfing– próbowałem raz. Nie wyszło. Wolę góry i wspinaczkę. Następnie zwraca się do Roba z propozycją. – A może skoczymy na skutery?
Kilka metrów dalej Ville robi krótką rozgrzewkę. Ma na sobie czarne kąpielówki, włosy rozczochrane, w oczach błysk rozbawienia. W końcu wybucha śmiechem.
– Dla was dwóch to chyba rower wodny!
Paul nie zostaje mu dłużny. Naśladuje rozciąganie Villego, choć jego zakres ruchu jest raczej żenujący. W końcu odpala:
– Cicho bądź, Kurduplu. Wskakuj na żagiel. Widzowie chętnie zobaczą perfekcyjnego Libertyna przemokniętego jak kura.
Chłopak tylko się uśmiecha, poprawia trapez i rzuca przez ramię:
– Chyba mnie jednak nie zobaczą przemoczonego. Jestem w tym dobry. A dziś fajnie wieje… To lecę!
Kamera zaczyna śledzić Villego z łodzi – gimbal przycina falę tuż przed jego deską. Nabiera prędkości, niemal leci nad powierzchnią. W tle Thomas wpada do morza już trzeci raz, rzucając soczystą wiązankę w kilku językach. Jednak znowu gramoli się na deskę, ponownie staje i teraz płynie już pewniej, łapiąc prawidłową technikę. Emma wybija się z krawędzi. Latawiec unosi ją wysoko – na dobre trzy metry nad poziomem wody. Ląduje lekko, rozchlapując drobne krople, które w zwolnionym ujęciu zawisają w powietrzu. W tym samym czasie Paul i Robert mkną na skuterach wzdłuż brzegu. Skaczą na grzbietach fal, śmiejąc się i krzycząc do siebie przez szum wiatru. Ville robi zwrot tuż przed bojkami kąpieliska i z premedytacją wpada do wody. Po chwili opiera się o deskę i zagaduje dwie dziewczyny, które leżą na dmuchanych materacach.
Jakiś czas później słońce stoi już wysoko. Piasek parzy stopy jak rozgrzany kamień, więc cała ekipa zbiera się pod dużym, słomianym parasolem. Na środku stoi prowizoryczny stół, zastawiony kartonowymi pudełkami z frytkami i panierowanym kurczakiem. Kilka małych kamer ustawiono wśród napojów i serwetek – rejestrują wszystko z bliska, od rozmów po zbliżenia na ręce sięgające po jedzenie. Po posiłku Thomas wraca z lodami – ledwo zdąży je rozdać, a już wszyscy rzucają się na nie z entuzjazmem, jakby od rana marzyli tylko o tym. Gdy reszta jeszcze chwilę rozmawia przy stole, Emma i Robert rozkładają ręcznik i kładą się obok siebie. Po raz pierwszy w historii programu przytulają się tak otwarcie. Robert gładzi jej ramię, delikatnie przytyka czoło do jej włosów. Nie szukają kamery, po prostu przestali na nie zwracać uwagę.
W tym czasie Paul rozkłada się na leżaku i zaczyna stukać w ekran telefonu. Na twarzy ma szeroki, ewidentnie zadowolony uśmiech.
– Nie mów, iż jakaś laska się kręci – rzuca Rob, zerkając znad okularów przeciwsłonecznych.
– Zobaczymy… – odpowiada Paul przeciągle, nie odrywając wzroku od ekranu. Po chwili dodaje: – A gdzie Kurdupel?
Kamera zaczyna przeszukiwać plażę. W końcu zatrzymuje się na dwóch postaciach pod rozłożystym drzewem. Tam, częściowo ukryty w cieniu, Ville rozmawia z efektowną brunetką w zielonym bikini. Thomas parska śmiechem.
– Nie Kurdupel, tylko Libertyn.
Kamera przybliża obraz. Ville i dziewczyna splatają palce, ich cienie rysują się na piasku. Chłopak pochyla się z lekkim, pewnym uśmiechem i muska jej usta krótkim, spokojnym pocałunkiem – jakby oboje dokładnie wiedzieli, czego chcą. Po chwili para znika za ścieżką prowadzącą w stronę campingu.
Następnie obiektyw chwyta Thomasa flirtującego z roześmianą blondynką stojącą z nim w wodzie po kolana. Najwyraźniej opowiedział jej jakiś żart, bo dziewczyna wybucha śmiechem i całuje go w policzek. Kilka metrów dalej Emma przytula się mocniej do Roberta, a Paul wciąż stuka coś w telefon, z miną człowieka, który właśnie dostał wiadomość, na którą czekał cały dzień.
Libertyn wraca jakiś czas później, spokojnym krokiem, jakby nic się nie stało. Na łydce wciąż ma przyklejony piasek, a w dłoni trzyma małą papierową torebkę. Przez moment jego wzrok omija obiektyw – zerka gdzieś w bok, udaje skupienie na drodze i poprawia włosy.
– Od kiedy lubisz zwiedzać campingi? – rzuca Paul złośliwie, nie podnosząc głowy znad telefonu.
Ville wzdycha teatralnie, siada na ręczniku i z miną całkowicie niewinną unosi do góry torebkę.
– Byłem po żelki – rzuca. – Trzeba mieć energię na… – zastanawia się chwilę i gwałtownie dodaje: – resztę dnia.
Wyciąga jednego żelka i z namaszczeniem wkłada do ust, jakby to była najbardziej autentyczna rzecz, jaką mógł w tej chwili zrobić. Thomas prycha, Rob się śmieje, a Emma tylko unosi brwi, nie komentując niczego. Kamera łapie to wszystko bez słowa, rejestrując drobne gesty, spojrzenia, milczenie. Ekran na sekundę ciemnieje.
Już po chwili pojawia się kolejna scena. Zespół siedzi w apartamencie hotelowym gotowy do wyjścia.
Walizki – niemal wszystkie już zamknięte – stoją przy drzwiach, obok równo ustawionych butów. Pokój wygląda jak chwilę przed opuszczeniem, ale panuje w nim znajomy chaos poranka: porozrzucane bluzy, otwarta torba z kosmetykami, telefon podpięty do ładowarki na stole. Thomas opiera się plecami o ścianę, jedną nogą wsparty na walizce. Krótkie spodenki, luźna, zmięta koszulka i słuchawki zawieszone na szyi – wygląda jakby dopiero co wstał. Na głowie czapka z daszkiem, przekrzywiona lekko na bok. Za oknem – widok na dachy miasta i błękitne niebo. Słońce obiecuje spokojny, przyjemny dzień. Emma przechadza się tam i z powrotem, stukając o drewnianą podłogę. Jej stylowy komplet w mocnych, nasyconych kolorach – fuksja i oberżyna – przyciąga uwagę choćby teraz, gdy wyraźnie ją nosi. Zmarszczone brwi, zaciśnięte usta. Kiedy zbliża się do okna, blask słońca wydobywa złote refleksy z jej ciemnych włosów.
– Cholera, gdzie on się podział? Jestem głodna – mruczy pod nosem, nerwowo poprawiając rękaw marynarki.
Paul, siedzący na kanapie w jasnej flanelowej koszuli i kremowych spodniach, spogląda na zegarek z westchnieniem. Jego ramiona pozostają skrzyżowane, jakby od dawna pogodził się z tym, iż wszystko dziś trwa za długo.
– Zadzwońcie do niego – mówi zniecierpliwionym tonem. – Mieliśmy ogarnąć się wcześniej. Ostatni koncert i wracamy do domu.
Rob nie odrywa wzroku od telefonu, oparty niedbale o walizkę, w czarnej koszulce z wyraźnym logo zespołu.
– No tak – rzuca złośliwie – nie możesz się doczekać spotkania... z koleżanką.
Thomas zaśmiewa się cicho, chrupiąc płatki prosto z pudełka.
– Albo raczej z pszczołami – dorzuca ze śmiechem.
Emma przewraca oczami. Cała ta sytuacja – spóźniony Ville, przeciągające się poranki, głupie żarty chłopaków – ma w sobie coś dziecinnie znajomego, a jednak teraz działa jej na nerwy. Wyciąga telefon i unosi go jak rekwizyt w spektaklu.
– Koniec zabawy. Dzwonię – oznajmia chłodno.
Włącza głośnik. Przez chwilę w pomieszczeniu panuje cisza, przerywana tylko delikatnym szumem wentylacji. Potem w słuchawce rozlega się ciężkie dyszenie i dobrze znany, lekko zachrypnięty głos brata:
– No co tam, sis?
Emma unosi brew, nieco łagodząc ton.
– No idziesz czy nie? Wszyscy już czekamy.
– Potrzebuję jeszcze... pięciu minut – odpowiada, ewidentnie łapiąc oddech po czymś intensywnym.
– Ville, do cholery, noc już dawno minęła!
– Czekaj, nie... Jeszcze cztery minuty i dwadzieścia pięć sekund. Zaraz będę.
Połączenie się urywa.
Rob unosi wzrok znad telefonu i spogląda na Emmę z niedowierzaniem.
– On to serio tak dokładnie odlicza?
DJ mruży oczy i patrzy najpierw na drzwi sypialni Villego, potem na drzwi wyjściowe. Jego mina mówi wszystko. Rob się krzywi, Paul wywraca oczami. Emma mruga i nagle się prostuje.
– Aha – mówi ostro. – Rybki wróciły do morza?
Thomas kiwa głową z dumą.
Paul podrywa się z kanapy. Jego cierpliwość właśnie się kończy.
– Mam dosyć – warczy. – Nie wiem, co on tam odprawia, ale niech się w końcu ruszy.
Podchodzi do drzwi sypialni Villego i puka pięścią, bardziej teatralnie niż groźnie.
– Wyłaź! Nie jesteś pępkiem świata!
Z drugiej strony nie odpowiada nikt. Paul wzrusza ramionami i odwraca się do reszty.
– Ja tam nie wchodzę. Wolę głodować.
Wybuch śmiechu przetacza się przez apartament. Emma w końcu przystaje, opierając dłonie na biodrach. Thomas chrupie kolejnego płatka, Paul wraca na kanapę, a Rob znów chowa się za ekranem telefonu. Słońce, wytrwale rozlewające się po ich bagażach i twarzach, przypomina, iż dzień właśnie się zaczyna – a Ville wciąż jest kilka minut za światem.
Drzwi otwierają się z cichym kliknięciem i do apartamentu wchodzi Libertyn – spocony, z ręcznikiem przewieszonym nonszalancko przez kark, rozpiętą bluzą i mokrymi włosami przylepionymi do skroni. Pachnie świeżym potem, ciepłem, ruchem. Wygląda, jakby właśnie wyszedł z intensywnego treningu – a może z jakiejś innej, równie wymagającej aktywności – ale jego sylwetka jest jak zawsze nienaganna: szczupła, wyprostowana, a każda część ciała idealnie ustawiona pod kamerę.
– Byłem na siłowni – oznajmia z uśmiechem, który mógłby zmiękczyć stal. – Idę się umyć. Kto idzie ze mną? Paul? Thomas? Może Robuś?
Cisza, idealnie wymierzona. Przez ułamek sekundy nikt się nie porusza. Potem – jakby uruchamia się niewidzialny impuls – wszyscy zrywają się równocześnie. Krzesła szurają, telefony wpadają do kieszeni, drzwi trzaskają o futryny. Chłopcy dosłownie wybiegają z pokoju.
Emma, jako ostatnia, rusza za nimi, rzucając przez ramię:
– Kiedy już się wymalujesz, to dołącz. Idziemy na śniadanie. Tylko się nie zgub po drodze!
Ville robi minę jak zbity pies – teatralnie wygina brwi, usta układa w tragiczną podkówkę. Stoi na środku apartamentu z rozchełstanym dekoltem niczym z reklamy bielizny.
– Thomas… potowarzyszysz mi? – pyta z udawaną nadzieją.
Thomas, już w drzwiach, choćby się nie odwraca.
– Nie dzisiaj, Libertynku.
Kamera przenosi się do hotelowej restauracji – jasnej, nowoczesnej, z przeszkloną ścianą, przez którą wpada poranne światło i odbija się od lśniących powierzchni. Ciepły zapach świeżego pieczywa, jajek i kawy miesza się z ledwo wyczuwalną wonią perfum eleganckich gości i przyjemną nutą drewna. Na zewnątrz miasto budzi się do życia, ale tutaj panuje spokój – rozmowy tłumione obiciami foteli, szum ekspresu w tle, okazjonalny szczęk sztućców. Zespół siedzi przy jednym z większych stolików przy oknie – Emma z kubkiem czarnej kawy w dłoni i lekkim grymasem niezadowolenia, Paul sączy espresso i przegląda coś w telefonie, Rob powoli je jajecznicę z kiełbasą, a Thomas, oparty łokciem o stół, grzebie widelcem w talerzu z naleśnikami i ma na twarzy pełen uśmiech.
– Libertyn to dziwak – zaczyna z rozbawieniem, a w jego oczach błyszczy coś złośliwego – ale pozytywny. Wykorzystuje każdą okazję, żeby się przytulić. Na początku mnie i chłopaków z zespołu to strasznie denerwowało, goniliśmy Kurdupla, ale wracał. Jak upierdliwa mucha.
Emma bierze do ust kawałek grzanki, żuje wolno, z namysłem oceniając nie tylko smak, ale i sens wypowiedzianych właśnie słów. Nie komentuje – jej milczenie jest bardziej wymowne niż jakakolwiek riposta.
– No to w końcu – ciągnie Thomas – daliśmy mu zielone światło na te jego przytulaski. I teraz w zespole zrobiło się… trochę gejowato. Ale przynajmniej jest zabawnie.
Rob chichocze, Paul parska cicho i sięga po filiżankę. Słońce przesuwa się dalej po blacie, odbijając światło od talerzy i szklanek.
– Libertyn jak coś sobie wkręci, to koniec – mówi dalej DJ. – Chciałem kiedyś pogadać z nim o koncercie – skończyło się tym, iż rozmawialiśmy w łazience, kiedy się kąpał. Kurduplowi tak się to spodobało, iż od tamtej pory mnie woła. Tak często, że… dla świętego spokoju czasem idę.
Zapada krótka cisza, po czym Thomas dorzuca z udawaną powagą:
– Ostatnio choćby zaczął mnie nagabywać na „mały przyjacielski romans”. A najgorsze? Że się waham…
Śmiech wybucha nagle i głośno. DJ robi dramatyczny gest – ręka na czole, wzrok skierowany w sufit – wzdycha teatralnie.
– Mnie zwabił tekstem, iż ma „ważną sprawę” – dodaje Paul. – Wchodzę do łazienki, a on w pianie jak w reklamie mydła. Nigdy więcej. Teraz kiedy tylko słyszę, iż idzie pod prysznic – uciekam.
Rob kręci głową, nabierając jajecznicy.
– Nigdy z nim nie pójdę. Ville to koleś, który myje się we wrzątku. Jak wchodzisz po nim, to masz wrażenie, iż wlazłeś do sauny. Ale on jest Finem, więc chyba tak musi być.
Emma zaśmiewa się półgębkiem i dopija kawę, nie dodając nic, ale z miną mówiącą: ,,to wszystko brzmi jak mój brat’’.
Ville pojawia się w drzwiach restauracji z takim rozmachem, jakby właśnie wchodził na scenę podczas bisu. Wilgotne włosy zaczesuje do tyłu, zostawiając na skroniach kilka niesfornych pasm. Ubrany jest w ciemną, dopasowaną koszulę z delikatnym połyskiem i spodnie, które wyglądają na zbyt drogie jak na poranek po koncercie. Oczy błyszczą mu niepokojąco – wygrywa coś albo właśnie coś planuje. Idzie pewnym krokiem między stolikami, zatrzymuje się na moment przy młodej kelnerce w granatowym fartuchu. Pochyla się lekko, rzuca jej półuśmiech, a potem coś szepcze – coś zbyt cichego, by usłyszeć, ale wystarczająco czarującego, by dziewczyna zarumieniła się po same uszy i zakryła usta dłonią, próbując stłumić śmiech. Emma obserwuje tę scenę z boku, oparta o oparcie krzesła, z łyżką zawieszoną nad jogurtem. Jej spojrzenie jest nieprzeniknione, ale kiedy Ville rusza dalej w ich stronę, kącik jej ust drga w chłodnym, pełnym ironii uśmiechu.
– Widać, rekin jeszcze poluje – rzuca szyderczo, nie odrywając wzroku od brata.
– Czarna płetwa w brokacie i cekinach – dorzuca Paul bez cienia emocji, jakby komentował stan morza.
Libertyn wraca z tacą jak kelner z pięciogwiazdkowego lokalu – ułożone starannie sałatki, kilka plasterków szynki, ciemne pieczywo.
– Dzień dobry, potworki – mówi łagodnie i przysiada się bez większej ceremonii.

Ville pośpiesznie zatrzymuje film. Obraz na projektorze zastyga w pół ruchu. Teraz w salonie zapada miękka cisza, przerywana tylko cichym szumem wentylacji i odległym tykaniem zegara.
– Po tym odcinku też były teorie spiskowe – mówi wesoło.
Z kąta pokoju dobiega zaspane:
– Nie?
To Jari, który najwyraźniej przysnął w trakcie seansu, teraz podnosi głowę z oparcia kanapy i przeciera oczy próbując złapać punkt zaczepienia w rzeczywistości.
– Były też listy od fanek – rzuca Ville. – Każda deklarowała, iż będzie moją cudowną dziewczyną. Na zawsze. I iż mnie uratuje.
Rose głaszcze go po głowie, jednostajnym, spokojnym ruchem, jakby właśnie nagradzała pupila po udanym występie. Jej palce suną po włosach bez pośpiechu, mechanicznie, z czułością wypracowaną przez lata.
– Opierałeś się strasznie, żeby nie mieć dziewczyny…
W salonie rozchodzą się pomruki, półszepty i ciche chichoty. Ktoś parska śmiechem, ktoś inny przeciąga się na kanapie.
Thomas przysiada się przy Ville, opiera się o jego ramię, ciężarem ciała wpisując się w jego przestrzeń.
– Zaraz obejrzymy początki naszej wielkiej miłości. Daj buziaczka.
Patrzy mu w oczy, a jego dłoń zatrzymuje się na moment na twarzy Villego. Kciuk sunie po jego ustach powoli, z uważnością nie potrzebującą słów ani pośpiechu. Chłopcy zbliżają się do siebie naturalnie, a pocałunek trwa dłużej, niż wymagałby gest – spokojny, osadzony, całkowicie oderwany od faktu, iż ktoś jeszcze jest w pokoju.
Obok Sandra bez wahania siada okrakiem na Rose. Dziewczyny całują się intensywniej, z większą pewnością i widoczną przyjemnością, nie próbując niczego tonować. Ville i Thomas zerkają na nie i unoszą brwi w przesadnym, niemal scenicznym geście dezaprobaty.
Reszta choćby nie podnosi wzroku. Nikt nie przerywa rozmowy, nikt nie komentuje – to jeden z tych obrazów, które dawno przestały być wydarzeniem.
Jedynie Mia załamuje ręce.
– Sodoma i Gomora… i to w moim domu!
Rami odwraca się do niej z bezczelnym uśmieszkiem, jakby tylko czekał na ten komentarz.
– Rianhouse to mój dom – mówi, posyłając jej oczko.
Odpowiada mu zimne, krótkie spojrzenie żony – jedno z tych, które nie potrzebują komentarza.
– Zresztą… co wy wszyscy robicie w moim domu? – ciągnie Rami, tym razem tonem tak przesadnie protekcjonalnym, iż aż trudno brać go serio.
Paul przewraca oczami, przeciągając słowa jak na scenie komedii.
– Mieszkamy, Rami. Mieszkamy.
– Za darmo – dorzuca Wendy.
– I wyżerkę też mamy za darmo. Dobrze mi tu! – śmieje się Thomas, a reszta mu wtóruje, kiwając głowami.
Przez moment robi się gwarno i lekko – rozmowy nachodzą na siebie, ktoś się śmieje, ktoś komentuje pod nosem. I wtedy Rami nagle ucisza atmosferę. Bez gestu, bez podniesionego głosu. Po prostu patrzy na zatrzymany ekran projektora, jakby prowadził rozmowę sam ze sobą, i rzuca sucho, prawie niedbale:
– Wyżerka, dach nad głową, całusy… a na końcu i tak ja liczę zyski. Więc bawcie się, moje inwestycje muszą być zadowolone.
Naciska play z satysfakcją. Obraz znów rusza, a Mia – zamiast się oburzyć – przybija mu żółwika z ironicznym uśmiechem.

Tourbus delikatnie kołysze się na długiej trasie do kolejnego miasta. Słońce przesącza się przez zasłony, rozlewając złotawe smugi na ciemnych fotelach i podłodze wyłożonej miękkim, dźwiękochłonnym materiałem. W środku panuje spokojny półmrok, przerywany cichą muzyką sączącą się z głośników – ustawioną na tyle nisko, by nie przeszkadzała rozmowom ani myślom. Wbrew pozorom rockowego nightlinera panuje tu zaskakujący porządek.
Każda rzecz ma swoje miejsce. Butelki z wodą stoją w uchwytach przy siedzeniach, kable od ładowarek są starannie poprowadzone wzdłuż boków, zwinięte i spięte rzepami. Na blacie leżą zamknięte etui ze sprzętem i notes, ułożone równolegle do krawędzi.
Emma i Rob, wtuleni na kanapie pod oknem, sprawiają wrażenie, iż świat poza nimi przestał istnieć – czoła przyciśnięte do siebie, półprzymknięte oczy, spokojne, miękkie uśmiechy. Ich dłonie splatają się co chwilę, odkrywając na nowo, iż mogą robić to bez lęku.
Paul siedzi naprzeciwko, z telefonem w dłoni, rytmicznie przebierając nogami. Wzrok ma utkwiony gdzieś poza ekranem, jakby liczył sekundy do końca jazdy.
Ville i Thomas rozkładają się obok siebie na jednej z koi i obserwują resztę towarzystwa. Między nimi stoi butelka coli, leży opakowanie nerkowców i zapas suchych żartów.
Libertyn, z uniesionym palcem i teatralną miną, zaczyna parodiować Emmę z przesadnym dramatyzmem:
– Oh Rob, jakie ty masz mięśnie… Czy to w ogóle legalne?
Thomas nie pozostaje dłużny, obniża głos i włącza tryb Roba z warsztatu:
– Patrz, mała, na te ręce mechanika… Dokręcić ci śrubkę?
Emma odrywa się od Roberta i spogląda na nich z rezygnacją. Kręci głową z rozbawieniem, po czym znów wtula się w ramię swojego chłopaka.
Ville jednak nie śmieje się długo. Jego twarz poważnieje, głos robi się cichy, rzeczowy. Patrzy przed siebie, ale mówi wyraźnie do nich:
– Ogólnie fajnie, iż po tylu latach jesteście oficjalnie razem. Ale... mi się to średnio widzi. Chodzi o zespół. Prędzej czy później się pokłócicie – będą problemy, fochy, napięcia.
– Daj nam szansę. Akurat do strojenia fochów jestem ostatnia.
Libertyn spogląda w kamerę zawieszoną nad ich głowami i mówi już zupełnie poważnie:
– Z jednej strony jestem wkurzony, bo może się to odbić na zespole. Ale z drugiej... – urywa na moment i patrzy znów w kierunku pary. – Kręcą się wokół siebie tyle lat, iż aż żal było patrzeć. On – ciapowaty alfa. Ona – magister sztuki. Pasują do siebie.
Para nie słucha już dalej tego wywodu. Zrywają się i ruszają na koniec busa, przemykając między kolejnymi kojami jak dzieci uciekające z lekcji. Ville wychyla się za nimi i krzyczy:
– Znowu idziecie się lizać?!
Nie doczekuje się odpowiedzi, więc po chwili, już spokojniej i z półżartem, dodaje:
– Taki początek związku. Trzeba wszystko wylizać.
Thomas przewraca oczami i mruczy:
– Zajadów można dostać… ale to chyba najlepsza część.
Paul odkłada telefon na podłokietnik, przeciąga się szeroko, aż chrupią mu plecy, i przysiada do chłopaków z przodu. Przez chwilę patrzy w okno, potem zerka na Villego:
– A ty jak uważasz, Libertynie? Która część związku jest najlepsza?
Ville się krzywi, teatralnie rozgląda, jakby szukał wyjścia awaryjnego, po czym wzdycha i wskazuje coś palcem za szybą:
– Culumbimusy za oknem – oznajmia z powagą, co niby miałoby wyjaśniać wszystko.
Obaj spoglądają na Villego. Thomas unosi brwi z typowym dla siebie cwaniackim uśmieszkiem:
– Pogadajmy o związkach. To ciekawsze niż chmury, hmm?
Ville wzdycha i robi poważną minę, jakby właśnie stanął przed trybunałem:
– Czego chcecie?
– Ile miałeś poważnych związków z dziewczynami? – pyta Thomas. – Nie przygód na jedną noc – związków.
Libertyn patrzy na niego spode łba:
– O, odezwał się specjalista. Ty ile najdłużej byłeś z jedną? Miesiąc? Dwa?
Rozgląda się po nich:
– Śmiejecie się, ale Paul tak samo. Od razu się zakochuje, planuje życie, domek z białym płotkiem... a potem wszystko się sypie.
Basista wzrusza ramionami, bez złości:
– No dobra, ale trzeba szukać. Skąd masz wiedzieć, iż to ta jedna, jeżeli skaczesz z kwiatka na kwiatek?
– A ty niby wiesz? – burczy Ville, coraz bardziej zirytowany.
Thomas unosi ręce pojednawczo:
– Doświadczenie w związkach to ważna sprawa. Żeby później nie popełniać tych samych błędów.
– Wiecie co? Ja przynajmniej jestem uczciwy wobec dziewczyn. Nikomu nic nie obiecuję. Jest impreza, jest fajnie – to wszystko. A wy? Thomas – chłopak na miesiąc, a potem dziewczyny przeżywają rozstania, bo pan Kleinert już podłapał inną. Paul? Wielka miłość, ale ciągle wracasz do kilku dziewczyn, z którymi kiedyś się spotykałeś. Z którą się teraz widujesz? A może znowu jesteście w separacji? Czy może choćby nie wiesz?
Thomas kręci głową z lekkim uśmiechem, ale nie przerywa.
– Nie oburzaj się tak. Po prostu nie chcesz o tym gadać. Czemu?
– Bo nie potrzebuję dziewczyny.
– Przecież nigdy choćby nie miałeś… – wtrąca Paul rzeczowo.
– Miałem narzeczonego. To była poważna relacja.
– Trwająca miesiąc. Spałeś pod fortepianem!
– Ale mamy dzięki temu kilka dobrych kawałków na drugiej płycie – odpowiada Ville bez złości.
– To akurat się ceni – przyznaje Thomas z uznaniem. – Ale... dlaczego nie chcesz dziewczyny?
– Bo nie mam czasu. Wiecie, jak żyję. Poza trasą – praca, obowiązki, spotkania. Nie mam czasu w fochy, na pisanie SMS–ów co pięć sekund. Sorry, to nie dla mnie.
– A masz zamiar kiedyś zmienić zdanie? – pyta DJ, cicho, bez napierania.
– Nie wiem. Może kiedyś – odpowiada znudzonym głosem.
Paul waha się, ale zadaje pytanie z pewną ostrożną ciekawością:
– To jaka by miała być? Dziewczyna… albo może chłopak?
– Wolałbym chłopaka – odpowiada uśmiechając się lekko. – Ale pod warunkiem, iż kupilibyśmy deskę do prasowania, która oddziela połowy łóżka. Mam swoje granice.
– A z dziewczyną dzieliłbyś łóżko? – pyta Thomas konspiracyjnie.
– No tak. Oczywiście!
– To jaka by miała być? – dopytuje DJ.
Ville bierze oddech i zaczyna mówić z większą swobodą:
– Serio? Nie wiem. Najgorsze jest to, iż najpierw poznajesz fajną dziewczynę, a potem zadajesz to głupkowate pytanie: „Będziesz ze mną chodzić?” Laska się zgadza – i nagle dzieje się jakieś hokus–pokus. Z fajnej dziewczyny robi się tylko dziewczyna. Zaczynają się fochy, dramy i krzyki. Po co mi to?
– Nie chciałbyś zostać filozofem? – rzuca Paul.
– Problem w tym – ciągnie – iż dziewczyny, które spotykam, chcą poznać Libertyna. A nie mnie.
Nastaje cisza – nie niezręczna, raczej pełna zrozumienia. Thomas i Paul robią słodkie miny, po czym odpuszczają temat. Ville przeciąga się, opiera głowę o szybę i patrzy w przesuwające się powoli pola i dachy.
Paul już wraca na swoje miejsce i znów pisze na telefonie, rozmowa nie kończy się napięciem, tylko jakąś małą, wspólną zgodą.
Ville przesuwa wzrok na Thomasa, uśmiecha się pod nosem i mówi tonem konfesyjnym dzieląc się nowym odkryciem:
– Na pokładzie mamy dwie pary: jedną normalną, drugą wirtualną. Poza tobą nie mam już z kim rozmawiać.
Ich spojrzenia się spotykają. W przestrzeni między nimi nie ma ani ironii, ani napięcia. Tylko dobrze znana intymność – ta, którą ma się z kimś, kto nie zadaje pytań, tylko jest.
Ville mruży oczy i rzuca:
– Daj buziaczka.
Chłopcy pochylają się do siebie. Usta ledwie się muskają, zupełnie naturalnie – gest, który powtarzali już wiele razy. Thomas bierze go za rękę. Cicho, nieśpiesznie, jakby to było najoczywistsze na świecie.
– Wiesz, gdybyś był laską, to bym się z tobą ożenił.
Libertyn unosi brwi, ale jego oczy miękną.
– Ze wzajemnością.
Milknie na moment, potem dodaje, spokojnie, prawie szeptem, jakby to była propozycja między snem a jawą:
– Skoro zostaliśmy tylko we dwóch, to co powiesz na to, żeby być moim emocjonalnym chłopakiem do przytulania?
– Emocjonalne przytulaski na wyłączność?... Czemu nie?
Ville cieszy się naprawdę – całą twarzą. Przez chwilę wygląda jak ktoś zupełnie inny – lekki, bezbronny, wolny od tej roli, którą gra przed światem.
– Super. Będę teraz mówił, iż mam chłopaka i już nikt nie będzie mi dziamgolił, iż jestem sam.
– Ty wybierasz deskę do prasowania – rzuca Thomas z udawaną powagą.
– Liczyłem jednak na jakieś nocne przytulaski.
Przyjaciel patrzy na niego z boku, podejrzliwie kalkulując, czy warto się pakować w ten układ.
– Dobra, ale trochę – mówi w końcu. – A później łapska przy sobie, zboczeńcu.
– Mam chłopaka! – oznajmia Ville z triumfem, po czym na moment cichnie, uświadamiając sobie konsekwencje właśnie w tej chwili. – Ale komentarze nas zmasakrują – dodaje już poważniejszym tonem.
Thomas również się uśmiecha, choć w jego oczach pojawia się cień niepewności – jakby nie był do końca pewien, w co się właśnie wplątał.
– Jestem hetero, a mam chłopaka. To chyba mój największy upadek... – rzuca z przekąsem chowając się za poduszką.
Ville wybucha śmiechem.
– Ja mam lekkie odchyły. Ale to chyba po mnie widać, co? – puszcza oko z rozbrajającą szczerością.
Ekran ciemnieje na chwilę by kamera zaraz przeniosła widzów do wąskiego korytarza rozświetlonego ciepłym, scenicznym światłem i drżącego lekko od dudnienia basów dochodzących zza grubych kotar. Wszędzie krzątają się techniczni, szeleszczą kable, unosi się zapach potu, lakieru do włosów i rozgrzanych reflektorów. Paul siedzi na niskim stołku z gitarą na kolanach, porusza palcami z precyzją zegarmistrza. Jego twarz jest skupiona, ale oczy błyszczą ekscytacją. Przed nim, na podłodze, stoi kubek z zimną już kawą. Rob i Emma stoją z boku, wtuleni w siebie, każde z nich ma słuchawki na uszach. Ona opiera czoło o jego ramię, on delikatnie trzyma ją za biodro. Oboje wyglądają na spokojnych – jakby oddychali tym samym rytmem. Na miękkim, rozłożystym fotelu przy ścianie siedzą Ville i Thomas. Libertyn wtula się w niego bokiem, jego dłoń oparta jest o klatkę piersiową DJ–a. Ma perfekcyjny makijaż sceniczny – mocny, graficzny, z połyskiem na powiekach i konturowanym spojrzeniem. Ubrany w czarną, błyszczącą koszulę i jasne dżinsy wygląda na gwiazdę z lat 2000., ale z nowoczesną precyzją.
Thomas, jak zawsze wyluzowany – w czapce z daszkiem, luźnych skaterskich spodniach i dresowej bluzie – obejmuje Villego ramieniem.
DJ przesuwa wzrokiem po nadgarstku przyjaciela, potem podnosi jego dłoń i lekko nią obraca.
– Nigdy wcześniej nie przyglądałem się twoim paciorkom – mruczy z rozbawieniem. – Dużo tego masz. Ja bym oszalał, gdybym nosił tyle bransoletek.
Libertyn szczerzy się jak dziecko przyłapane na psikusie, nie zabiera ręki, tylko pozwala Thomasowi oglądać swoją kolekcję. Chłopak przekręca palce, jakby szukał czegoś konkretnego, aż jego wzrok zatrzymuje się na pierścieniu z czarnym kamieniem.
– interesujący wzór – zauważa spokojnie. – Skąd go masz?
Ville unosi brwi, ale odpowiada bez zbędnej teatralności:
– Pierścionek po pradziadku.
W jego głosie pojawia się cień powagi. Choć mówi to mimochodem, coś w jego spojrzeniu zdradza, iż nie chodzi o zwykłą ozdobę.
– Tym pradziadku? – dopytuje DJ z uniesioną brwią.
Libertyn tylko kiwa głową. Spokojnie, ale z pewnym napięciem, jakby nie chciał rozwijać tematu.
– Pewnie wartościowy – mruczy Thomas, przez cały czas obracając pierścień między palcami. – Nie boisz się, iż go zgubisz?
– To replika – mówi Ville cicho, ale z uśmiechem. – Oryginał jest schowany.
Thomas kiwa głową z uznaniem, a potem z zamyśleniem czochra mu włosy.
– Hej! Moja fryzura! Układałem godzinę! – wybucha nagle.
Emma, wciąż przy Robie, odwraca głowę i komentuje z nieskrywaną ironią:
– No proszę was... Serio? Musicie aż tak wylewać te swoje uczucia?
– Tak, serio – odpowiada Ville odwracając się w jej stronę.
Potem znów patrzy na przyjaciela, a jego twarz łagodnieje.
– Kocham cię, wariacie, tak na swój sposób.
Thomas parska cicho, ale jego uśmiech jest ciepły. Składa dłonie w serduszko i posyła mu całusa.
– Szkoda, iż nie pojedziesz do Niemiec ze mną – mówi spokojnie.
– Wiesz, iż nie mogę – odpowiada z cichym westchnieniem. – Zresztą strasznie za nią tęsknię… a teraz będę też tęsknić za tobą. A co dokładnie będziesz tam robił?
– Mam spotkanie z ojcem – mówi DJ znudzonym głosem. – Nagram coś przy okazji do programu. I ja też cię kocham, tak po swojemu.
Libertyn nie odpowiada od razu – tylko patrzy. W jego oczach miesza się ulga, wdzięczność i coś bardzo miękkiego, niewypowiedzianego. Po chwili odwraca wzrok, spogląda na zegar nad nimi odliczający minuty do występu, po czym prostuje się dynamicznie.
– Już czas. Zróbmy rozpierduchę. Mam fazę!
Potężna energia roznosi się po arenie. Flesze pulsują w rytmie muzyki, basy rozrywają powietrze. Na gigantycznych ekranach suną hipnotyzujące animacje, laserowe światła przecinają przestrzeń nad głowami widzów. Zespół daje z siebie wszystko – widać to w każdym ruchu, w każdym uderzeniu, w każdej kropli potu.
Gdy zaczyna się By The Way, eksplozja światła przecina halę. Ville zeskakuje ze sceny, nie zatrzymując się choćby na chwilę. Przebija żółwiki, robi selfie z fanami, chwyta ich dłonie, uśmiecha się, rzuca spojrzenia, które każdy z nich zapamięta na całe życie. Tłum pulsuje wokół niego jak jedno ciało. W drugim refrenie podchodzi do lewej strony barierki. Tam, na ramionach postawnego mężczyzny, siedzi kilkuletnia dziewczynka ze słuchawkami tłumiącymi hałas. Ma skórzaną kurtkę, kolczyki, pierścionki i różowe okulary w kształcie serc – wygląda jak miniaturowa rockowa księżniczka. Śpiewa każdy wers z takim zaangażowaniem, iż Ville nie może przejść obojętnie. Zatrzymuje się i nachyla do jej ucha. Dziewczynka wybucha śmiechem, jakby właśnie usłyszała największy sekret świata. Przybijają piątkę.
Światła gasną powoli, dźwięk cichnie. To ostatnia przebitka z koncertu w Manchesterze – pełna energii, ale już przesiąknięta ciszą nadchodzącego końca.
Kadr odcinka przenosi widzów do hotelowego pokoju. Ville i Thomas zostali sami – reszta ekipy poszła na afterparty. Za drzwiami wciąż dobiega stłumione echo śmiechów i urwane fragmenty muzyki, niosące się po korytarzu niczym wspomnienie kończącego się wieczoru. W środku panuje cisza – ciepła, miękka, spokojna. Ville i Thomas leżą razem w łóżku, przykryci niedbale narzuconym kocem, z rozrzuconymi poduszkami wokół. Ich rozmowa przetacza się spokojnym rytmem, jakby nic poza tą chwilą nie istniało.
– To co, śliczny? – pyta DJ z półuśmiechem patrząc mu w oczy.
Libertyn podnosi się lekko na łokciu, nie spuszczając z niego wzroku.
– jeżeli chcesz, to idź do nich. Zabaw się z jakąś fajną dziewczyną. Ja zostaję.
Przyjaciel przeciąga się i opiera głowę o zagłówek.
– Ta trasa mnie wykończyła. Również fizycznie. Nie chce mi się iść. Chętnie ci potowarzyszę.
– To co, partyjka?
Thomas sięga do walizki i wyciąga talię kart.
– Tylko nie płacz jak ostatnio.
– Idę zobaczyć, co i jak, zaraz wracam.
Libertyn wstaje z łóżka z gracją i znika w drugim pokoju. Po chwili wraca, zamykając drzwi niemal bezgłośnie. Na jego twarzy rozbłyska znajomy, filuterny uśmiech – ciepły, trochę zmęczony, ale pełen satysfakcji – bo wszystko jest na swoim miejscu.
Thomas, bez podnoszenia wzroku, rozkłada karty na stole. Ville przystaje w półkroku.
– Wchodzę za tysiąc – rzuca wesoło.
Kamera cofa się powoli. Zatrzymuje na nich – dwóch chłopakach, śmiejących się cicho nad kartami, w blasku ciepłego światła lampki nocnej. Ekran gaśnie. Koniec odcinka.

W salonie na chwilę zapada cisza – taka, jaka pojawia się po dobrym filmie, gdy nikt jeszcze nie wie, co powiedzieć. Jari podnosi się z fotela, przeciąga i prostuje nagle. Echo, leżąca u jego stóp, ziewa cicho i przewraca się na bok.
– Z tego, co wiem, ten odcinek powstał jeszcze długo przed tym, jak pokazaliście w programie rodzinę Rianów – zaczyna Jari, przechadzając się wolno po pomieszczeniu. – A jednak już wtedy było dość jasno zasugerowane, iż Libertyn najprawdopodobniej ma córkę. Przejrzałem pobieżnie komentarze i… nic. Zero podejrzeń.
Emma, oparta o ramię Roberta, unosi brwi. Zakłada nogę na nogę i odgarnia włosy z twarzy.
– Były jakieś sugestie, iż to ktoś z rodziny albo kuzynka. Pojawiła się choćby hipoteza, iż to może córka, ale te głosy kompletnie się nie przebiły.
Rob nie odrywa wzroku od telefonu, przewija ekran szybkim ruchem kciuka. Mruczy coś pod nosem, po czym podnosi głos:
– Mam tu. Była fala odpowiedzi na sugestię, iż ta tajemnicza dziewczynka to córka Libertyna, ale większość ludzi uznała, iż to mało prawdopodobne. Bo Ville musiałby być bardzo młody.
Ville chowa twarz w poduszce, mrucząc spod niej:
– Nie miałem jeszcze siedemnastu lat, kiedy Amidala się urodziła.
Paul błyskawicznie wyrywa mu poduszkę i unosi ją triumfalnie w górę.
– Kamera i tak cię widzi. Proszę państwa – oto zawstydzony Libertyn!
Śmiech przetacza się przez pokój jak burza. Sandra parska, Wendy klepie się dłonią po kolanie, a Echo szczeka krótko, jakby chciała dołączyć do gwaru. Mia przewraca oczami, sięga po szklankę i upija łyk, a Rami pochyla się i całuje ją w czoło. Ville unosi się nieco, spoglądając ponad kolana.
– Czasem boję się, iż w drzwiach stanie grupka dzieciaków w wieku Ami – mówi półżartem. – To mi się śni po nocach.
– Błagam was, skończcie ten temat – muczy Mia składając ręce do modlitwy.
Jari krąży dalej po salonie z rękami splecionymi za plecami, jego kroki miękko tłumi dywan. Przechyla głowę jak sędzia wygłaszający uzasadnienie wyroku.
– Ludzie patrzą, ale nie widzą. Słuchają, ale nie słyszą. W tym odcinku wyraźnie mówisz: „tęsknię za nią”. Potem jest tajemnicza dziewczynka na koncercie, a na końcu – zamiast iść na imprezę – zostajesz i sprawdzasz, co dzieje się w drugim pokoju. Nietrudno się domyślić, iż Ami tam spała. Szczerze mówiąc, jestem zawiedziony, iż tak mało osób to połączyło.
Mia wzdycha ciężko.
– Bo wszyscy skupili się na związku Thomasa i Villego. Tym żyli. I to pokazuje, co naprawdę ludzi interesuje. Tylko show. Nic więcej.
Kilka osób kiwa głowami w milczeniu. Sandra przesuwa się wygodniej na poduszce, prostuje plecy i przeciąga się leniwie, po czym mówi:
– Za to dużo więcej osób zwróciło uwagę na pierścień pradziadka. Powstał choćby fanpage poświęcony temu sygnetowi.
Paul pochyla się nad telefonem, przewija coś gwałtownie i unosi palec, jakby właśnie trafił na złoty cytat.
– „Pierścień wygląda na inspirowany indyjskimi sygnetami z połowy XIX wieku, najpewniej w stylu Radżastanu. Czarny kamień to prawdopodobnie onyks, oprawiony w srebro. Tego typu pierścienie nie były zwykłą biżuterią – pełniły funkcję znaków tożsamości rodowej, przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Noszono je wyłącznie w rodzinach arystokratycznych lub książęcych.”
Rose przeciąga się z błogim westchnieniem i opiera głowę na ramieniu Villego. Spogląda na niego zawadiacko.
– Pomyśleć, iż byłam pierwszą dziewczyną Libertyna…
Mia odzywa się cicho, z uśmiechem zawieszonym gdzieś między wzruszeniem a wspomnieniem:
– Nigdy nie zapomnę chwili, gdy dowiedziałam się, iż wreszcie jesteście razem. Płakałam chyba całą noc.
– Mnie kamień spadł z serca – wtrąca Rami. – Po jego narzeczeństwie z Adrianem, emocjonalnym związku z Thomasem i tabunie dziewczyn przewijających się przez nasz dom, to była naprawdę miła odmiana.
– Tabun? Raczej cała armia – poprawia go teatralnie Mia.
Śmiech znów wypełnia salon. Echo szczeka krótko, zaniepokojona hałasem. Ville nie bardzo wie, czy powinien być z siebie dumny, czy raczej schować się w kącie.
Idź do oryginalnego materiału