Rozdział 5: Po prostu rock and roll. / MonikaSK

publixo.com 2 godzin temu

Rozdział 5
Po prostu rock and roll.

Jest już późny wieczór. Domownicy i goście zdążyli wrócić do Westend, dzieci poszły spać. W salonie, rozświetlonym ciepłym światłem projektora, wszyscy powoli się zbierają, gotowi na nowy odcinek Liberty Fade Life. Mia i Rami siedzą wtuleni pod jednym kocem, Ville i Rose leżą na podłodze, Robert z Emmą przekomarzają się półgłosem, a Jari krąży z kubkiem herbaty.
Nagle do pokoju wpada Echo – miękko, pewnym krokiem – po czym kładzie się na dywanie przy Rose, jakby dokładnie wiedziała, iż zaraz zacznie się coś ważnego. Do salonu wchodzą jeszcze Thomas, Sandra, Paul oraz Wendy z laptopem. Po chwili Robert sięga po pilota, naciska play i odcinek zatytułowany Problemy językowe się zaczyna.

Ekran zalewa błysk stroboskopów, pulsujących w rytmie utworu i przecinających scenę smugami chłodnego światła. Bas jest tak głęboki, iż przenosi się z nóg do klatki piersiowej – to dźwięk, który nie tylko się słyszy, ale i czuje. Ville i Thomas ruszają równocześnie z podestu, zsuwając się płynnie po wąskim zejściu z boku sceny. Ich ruch jest niemal teatralny – pewny, kontrolowany, pełen energii. Nie ma tu chaosu ani taniej sensacji. Przeciwnie, ich obecność wśród widowni ma w sobie coś ceremonialnego.
Ville zatrzymuje się przy pierwszym rzędzie, uśmiecha się do chłopaka w koszulce z logo zespołu i przybija z nim żółwika, potem przytula dziewczynę obok – delikatnie, z wyczuciem. Thomas robi to samo, z łatwością, jakby znał każdego z nich od lat. Publiczność zaczyna wrzeszczeć, ale to nie dziki pisk – to dźwięk zbiorowej euforii, zaskoczenia i wdzięczności.
Po kilkunastu sekundach tą samą ścieżką schodzą Paul i Emma. Ona zarzuca włosy jak w slow motion, choćby się nie odwracając. Paul spogląda w tłum i bez trudu wyłapuje znajome kratki – flanelowe koszule fanów. Unosi rękę w ich stronę, a oni odpowiadają chórem. Kamera zdąży jeszcze uchwycić drżące palce wyciągnięte w stronę Villego, kropelki potu na jego szyi, rzęsy dziewczyny nie mogącej uwierzyć, iż on naprawdę stoi tuż obok.
Nagle wszystko gaśnie. Na ekranie zostaje ciemność, a w głośnikach słychać tylko oddechy. Kamera przenosi się na backstage. Ville wpada pierwszy. Od razu sięga po wodę z cytryną i pije łapczywie, starając się nie rozlać na rozpiętą koszulę. Twarz lśni mu od potu, ale eyeliner – nie wiadomo jakim cudem – pozostaje nienaruszony. Opiera się na łokciach i przymyka oczy. Po chwili podnosi tablet; brwi idą mu w górę ze zdziwieniem.
– O rany – rzuca do wszystkich w pomieszczeniu. – Statystyki nie kłamią, fani chcą kolejne odcinki. Hmm… jest i hejt, choć spodziewaliśmy się więcej. Zresztą, i tak nie czytam komentarzy.
Emma właśnie wchodzi, z ręcznikiem zarzuconym przez ramię, i bezceremonialnie wyrywa mu urządzenie z ręki.
– Oj, piszą, iż jesteś synkiem bogatego tatusia. O mnie, iż lepiej wyglądam, niż gram… – mówi z uśmiechem. – Ale i tak miłe, co? Też nie czytam komentarzy.
W międzyczasie wchodzi Rob. Porusza się wolno – zmęczony, ale zadowolony. Jednym płynnym ruchem zsuwa pałeczki do plecaka, sięga po telefon i ziewa bezceremonialnie, nie przestając scrollować.
– Wpadło parę ciekawych pytań – rzuca mimochodem. – No, nie czytam komentarzy, ale może mini–Q&A? Ten odcinek i tak będzie chaosem.
Libertyn poprawia włosy przed lustrem.
– Ok – mówi. – Ale dajcie mi chwilę. Muszę wyglądać jak człowiek.
Obraz zamienia się w planszę z zegarem odliczającym kolejne minuty i nerwowo krzątającymi się technicznymi. Po chwili zatrzymuje się na Liberty Fade, którzy siedzą już w półkolu. Światła garderoby są przygaszone, lampki nad lustrami odbijają się w ekranie telefonu Roba, który właśnie zaczyna czytać.
– Pytanie pierwsze: Ville, dlaczego mówią na ciebie Kurdupel?
Chłopak wzrusza ramionami, bez cienia żalu.
– Mam metr sześćdziesiąt pięć. choćby Emma mnie przerasta, o chłopakach nie wspominając.
Paul unosi brew w stronę kamery.
– Przy nas wygląda jak laleczka.
Ville posyła basiście całusa w powietrze. Ten tylko się uśmiecha. Thomas zerka na Libertyna z boku i odruchowo rozsuwa boczną kieszeń swoich szerokich spodni.
– Wskakuj, zmieścisz się – rzuca z udawaną powagą.
Śmiech rozlewa się po garderobie. Kamera lekko drży – choćby operator nie powstrzymuje się od parsknięcia.
– Pytanie drugie – wtrąca Robert. – Do Kurdupla: serio rozważałeś ekonomię albo coś z liczbami?
– Matematyka to moje drugie ja – odpowiada Ville. – Widzę świat w nutach i cyfrach, wtedy wszystko się składa. Tyle iż z innych przedmiotów leżałem. Za to siostra była klasowym kujonem.
Emma prostuje się dumnie i kiwa głową, potwierdzając słowa brata. Reszta przewraca oczami, a Robert wybiera kolejne pytanie.
– Czy kłóciliście się o muzykę? Kto jest najtrudniejszy?
– Przy nagrywaniu albumu chłopcy parę razy skoczyli sobie do gardeł. Od pierwszej awantury nagrywałem już w okularach – okularników się nie bije – wtrąca Ville.
Rob zerka znacząco na Paula.
– Stary, nie powinienem krytykować twojego basu.
– Wybaczam – odpowiada Paul, uśmiechając się i unosząc kubek z herbatą.
– O, mam tu dobre pytanie – wtrąca Thomas. – Czy baliście się hejtu, gdy wyszło na jaw nazwisko „Rian”?
Zapada ciężka cisza. Kamera przesuwa się po twarzach. Trzy sekundy. Nic więcej.
– Jasne, takie rzeczy zawsze budzą kontrowersje. Jak widać po opiniach, niektórzy mają z tym problem – mówi Ville i po chwili zamyślenia dodaje: – Pozdrawiam tu wszystkich hejterów.
Wskazuje palcem na obraz, na którym pojawia się plansza z nickami.
Thomas kręci lekko głową, po czym parska śmiechem.
– A ja wierzyłem w nas. Sci–fi by było, gdyby ludzie, którzy pokochali muzykę, odwrócili się tylko dlatego, iż frontman i jego siostra mają znane nazwisko.
Ville rzuca w kamerę ręcznikiem. Światła garderoby migają raz, drugi. Kamera zaczyna cofać się korytarzem. Jarzeniówki nad głową pulsują, a z oddali przebija się gitarowy riff z finału koncertu.
Klub wypełniają dźwięki głębokiego house’u i syczące światła, ślizgające się po szkłach kieliszków i skórzanych kanapach. Tłum jest gęsty, ale selektywny – piękni i modni ludzie, tacy, którzy wiedzą, jak wyglądać, kiedy nic nie trzeba mówić.
Ville siedzi przy barze z wysoką szklanką whisky, której nie wypija do końca przez cały wieczór. Obraca ją leniwie w dłoni, jakby była częścią występu. Na parkiecie błyskają flesze aparatów – ale to nie on ich szuka. To one znajdują jego. Obok siada pierwsza Włoszka – wysoka, o oliwkowej cerze i śmiejących się oczach. Druga pojawia się chwilę później. Ville rozmawia z nimi półgłosem, po angielsku, z lekkim fińskim akcentem, co sprawia, iż każde słowo brzmi niczym obietnica. Kiedy dotyka biodra jednej z nich, robi to z odpowiednim wyczuciem. Druga obejmuje go za szyję. Ich śmiech zagłusza choćby muzykę. Po chwili znikają w półmroku, a jego dłonie – elegancko, bez pośpiechu – spoczywają na dwóch perfekcyjnie ukształtowanych tyłeczkach.
Gdzieś na drugim końcu parkietu Emma całuje się z Włochem – opalonym, ciemnowłosym typem z tatuażem na obojczyku. Jej włosy opadają w jego dłonie, a usta poruszają się w rytmie basu. Z boku dziewczyna o niebieskich włosach patrzy na nią z zazdrością. Emma tego nie zauważa. Przy jednej z loży Paul i Thomas sączą drinki i z zadowoleniem obserwują resztę świata, jakby oglądali spektakl, którego nie muszą już komentować. Obok nich siedzą dwie dziewczyny – młode, rozbawione, gotowe na wszystko.
– A gdzie Kurdupel? – pyta Paul, łapiąc jedną z nich za rękę, kiedy sięga po jego szklankę.
Thomas opiera głowę o tył fotela i spogląda w kierunku, gdzie zniknął Ville.
– Wygląda na to, iż załączył mu się tryb Libertyna.
Emma, już z kolejną dziewczyną – tym razem szczupłą szatynką w marynarce bez niczego pod spodem – przechodzi tuż obok nich, bujając biodrami.
– Ta… Kurdupel poszedł podbijać świat – rzuca przez ramię z uśmiechem. – Ja też idę.
– I ja – dodaje Paul, zerkając na dziewczynę w czarnej sukience, która właśnie rozpuszcza włosy.
Thomas wstaje bez słowa. Dziewczyna w krótkich szortach łapie go za pasek i prowadzi w stronę tylnego wyjścia.
Zostaje tylko Rob. Siedzi chwilę sam, wpatrując się w szklankę coli, którą barman podaje mu bez pytania. Wypuszcza powietrze przez nos, jakby coś właśnie przemyślał.
– Wszyscy poszli… – mruczy do siebie. – Nie chcę być powodem do żartów. LF to loża szyderców.
Spogląda na parkiet. Kilka dziewczyn wyraźnie go obserwuje. Uśmiechają się, niektóre podchodzą bliżej. Rob unosi jedną brew, ale tylko odchyla się w fotelu i ziewa.
– A mi tak strasznie chce się spać…
Przeciera oczy, rozgląda się jeszcze raz. Wstaje, zarzuca kurtkę na ramię i rusza w stronę wyjścia.
Ekran na chwilę przygasa, by zaraz odsłonić następną scenę – tym razem z drona, rozgrywającą się wysoko nad miastem. Kamera zatacza szeroki łuk nad ceglanymi dachami Mediolanu. Poranne światło ślizga się po fasadach kamienic, odbija w szybach i spływa leniwie po dachówkach. Zbliżenie na katedrę – jej białe, koronkowe wieże kontrastują z jasnym niebem, a złota Madonnina błyszczy niczym punkt odniesienia. Kamera miękko zakręca i opada, jakby przeciągała się po niebie. Ląduje lekko na tarasie Museo del Novecento.
Zespół Liberty Fade stoi przy szklanej balustradzie. W ciemnych ubraniach, z kubkami kawy w dłoniach i okularami przeciwsłonecznymi, przypominają raczej artystyczną wersję kaca – choć to nie alkohol, a zmęczenie po imprezce odcisnęło na nich swój ślad. Miasto rozlewa się przed nimi jak obraz. Cisza jest gęsta, przerywana tylko klikaniem migawki aparatu Paula i szumem klimatyzatorów z niższych pięter.
Emma, w niebieskich okularach, odwraca się do kamery. Reszta ekipy zastyga. Ville wykorzystuje moment i znienacka przytula się do Paula, a ten odwzajemnia uścisk.
– Wiecie, iż ta katedra ma ponad sto trzydzieści iglic, a najwyższa z nich to Madonnina? – mówi z uczuciem, rozmarzona. – Złota figura Maryi… No i to światło! Widzicie to odbicie na marmurze? To nie przypadek – ten efekt był zaplanowany!
Paul wzdycha. Thomas przewraca oczami. Emma nie zwalnia tempa – przez cały czas mówi, wskazując gestem dłoni na salę w muzeum.
– A tu stoi Robert, widać, iż bardzo się wyspał… – dodaje z lekkim uśmiechem. – A teraz popatrzcie tam, za mną – Carlo Carrà, futurysta, ale z duszą romantyka…
W tle rozbrzmiewa delikatna, elektroniczna muzyka z subtelnym beatem. Kamera podąża za Emmą, która opowiada o kolejnych malowidłach. Dźwięk powoli cichnie, a obraz przyspiesza pięciokrotnie. Ekran dzieli się na dwie części: jedna obejmuje Emmę w muzeum, druga pokazuje resztę na zewnątrz. Dziewczyna gestykuluje. Wyciąga szkicownik z torby. Zmienia ton, rysuje coś i prezentuje.
Thomas przysiada na murku i zaczyna obierać banana, jakby była to jego jedyna życiowa misja. Rob przewija coś w telefonie i cicho prycha śmiechem. Ville patrzy prosto w kamerę i bezgłośnie wypowiada jedno słowo: „help”.
Paul robi zdjęcie swojej kawie. Na ekranie jego telefonu pojawia się podpis: „Robert spał sam”.
Dźwięk wraca, a Emma kończy z błyskiem w oku:
– …i to właśnie dlatego zawsze mówię, iż Milano to mój drugi dom!
Libertyn nachyla się do Roberta i mówi półgłosem, z uśmiechem ukrytym w kąciku ust:
– Też tak przynudzała, kiedy ją poznałeś?
Robert bez słowa lekko przymyka oczy i potakuje. Ville trąca go ramieniem i przeciąga się leniwie.
– Zjadłbym coś. W nocy spaliłem trochę kalorii. A ty?
Przyjaciel jednak utrzymuje kamienną twarz i nic nie odpowiada. Kamera łapie moment: dwóch chłopaków w czarnych ubraniach, słońce odbijające się od balustrady, Emma w tle – przez cały czas opowiadająca.
W cieniu, pod rozłożystym parasolem, siedzi grupa dziwnie ubranych kuzynów na rodzinnej uroczystości – tylko iż to nie rodzina, a zespół, i nikt tu nie zamawia lemoniady. Włoska trattoria jest niewielka i przytulna, z czerwonymi obrusami i starymi fotografiami na ścianach. Na zewnątrz zapach ziół miesza się z ruchem ulicznym i aromatem espresso z pobliskiej kawiarni.
Rob chwyta menu i rozpromienia się jak człowiek, który właśnie odzyskał język ojczysty. Mówi po włosku płynnie i pewnie, z miękkim akcentem zaskakującym choćby kelnerkę. Ta zerka na niego z zaciekawieniem, a po chwili z rozbawieniem, gdy dorzuca komplement o jej oczach.
– Robert ma rodzinę we Włoszech, w zeszłym roku ich odwiedziliśmy – mówi Emma półgłosem, jakby przypominała o jakiejś wakacyjnej tajemnicy. – Jego mama jest super. Niestety, teraz mamy zbyt napięty grafik. Trochę szkoda.
Rob posyła jej zawadiacki uśmiech.
Ville z kolei patrzy w kartę z miną człowieka zdradzonego przez los.
– Owoce morza… – skrzywia się teatralnie. – Jest tu coś, co nie pływało w morzu?
– Krewetki – rzuca Emma, choćby nie podnosząc wzroku. – Biorę.
– Spaghetti ai frutti di mare – ogłasza Paul, jakby właśnie odkrywał nowy ląd.
– Ja bym zjadł ośmiornicę – mruczy Thomas i przyciska palec do zdjęcia talerza.
Rob przejmuje zamówienie z pełnym wdziękiem. Mówi szybko, opowiada kelnerce o ich długim wieczorze, wskazuje kolejno na każdego i tłumaczy, kto co chce. Dziewczyna raz po raz się uśmiecha, aż w końcu się rumieni. Emma opiera głowę na dłoni i patrzy na Roberta z nieudawaną czułością.
– Dziś nasz perkusista nadrabia urokiem osobistym, bo wczoraj mu trochę nie wyszło – mruczy cicho, bardziej do siebie niż do reszty.
Rob uśmiecha się niewinnie, po czym – nie przerywając rozmowy z kelnerką – zamawia jeszcze… zestaw dziecięcy. Wskazuje przy tym na Villego z miną zwycięzcy.
Thomas patrzy na Roberta z rozleniwieniem.
– Teraz będzie udowadniał, co to nie on. „Jestem Robert, gorący chłopak, ale śpię sam”.
– Nie wiem, czy nasi widzowie, strażnicy moralności, zrozumieją, iż w zespole mamy pewne zasady… – mówi Paul, bardziej do kamery niż do kogokolwiek przy stole. – A w tym przypadku ofiara jest skazana na milczenie. Żadnych ripost, żadnego tłumaczenia się. Po dwudziestu czterech godzinach – odpuszczamy.
Zamówione dania wyjeżdżają z kuchni w rytmie włoskiej muzyki sączącej się z głośnika nad drzwiami. Kelnerka stawia przed Libertynem talerz makaronu w sosie pomidorowym.
Ciao bella, bellissima, spaghetti, pizza – rzuca Ville z nadętym urokiem w stronę kelnerki i puszcza jej oczko. Potem zwraca się do Roba:
– Dziękuję za dziecięcy makaron, amore mio.
Zanim chłopak zdąży zareagować, Ville całuje go w policzek.
– Nienawidzę cię – stęka Rob, zasłaniając twarz serwetką.
– A ja się tam przyzwyczaiłem – mruczy Thomas. – Daj buziaczka – dodaje i pochyla się do Villego.
Libertyn teatralnie patrzy na niego z dołu, po czym nachyla się i gwałtownie muska jego usta. Kamera łapie ten moment idealnie – krótki, niewinny, ale z pieprzykiem.
– To się nie spodoba widzom – mruczy Robert kręcąc głową.
– Nie będziemy ukrywać naszej miłości tylko dlatego, iż ktoś śpi sam! – oznajmia Thomas z szerokim uśmiechem.
W tym czasie kelnerka stawia przed nim parującą ośmiornicę. Ville rzuca okiem na talerz i od razu się wzdryga.
– Mamma mia, to się rusza! – jęczy. Po chwili sięga po widelec, nabiera trochę swojego makaronu i z teatralnym entuzjazmem rzuca:
– Mniam, mniam!
Emma unosi kieliszek białego wina i patrzy prosto w kamerę.
– Tak właśnie wygląda niedzielny obiad w rodzinie Liberty Fade.
Po sytym posiłku ekipa wybiera się na spotkanie z fanami. Popołudniowe światło przecina ulice Mediolanu, gdy zespół pojawia się przed modnym hotelem w centrum miasta. Kilku ochroniarzy ustawia się przy barierkach, reszta dyskretnie pilnuje przejścia. Kolejka fanów ciągnie się bez końca, a kamery rejestrują wszystko: uściski dłoni, szybkie autografy, zdjęcia robione na kolanie – z telefonów, z uśmiechem i bez.
Ville podaje marker, Thomas robi miny do selfie, Emma wpisuje dedykacje z zawijasem, Rob śmieje się z dziećmi w koszulkach LF, a Paul… po prostu jest, obecny, ciepły. Z cierpliwością godną mistrza zen.
W jednej z przebitek Emma przytula fankę w bluzie „Milano = Libertyn”. Kamera chwyta ten moment – słońce, zespół, dźwięk aparatu i dobre humory, które niczego nie udają.
Ostatni kadr otwiera się na szaro–czarne wnętrze tourbusa. Jest przytulnie, lekko bałaganiarsko – jak zawsze gdy trzeba się pakować i jechać w dalszą drogę. Z głośników sączy się jazz. Ville siedzi na kanapie, z nogami podwiniętymi pod siebie, z miną filozofa bez katedry.
– Zjadłbym pizzę… – zaczyna półgłosem, ale zaraz unosi rękę z kartonem. – adekwatnie jem. Uwielbiam hawajską, ale zaraz będzie, iż jestem wieśniakiem. No w sumie jestem, mieszkam na wsi pod Londynem…
W tle Rob przestawia kubki. Thomas grzebie w lodówce. Ville spogląda na Roberta z błyskiem w oku.
– Rob, co ty na to? Bo nie wiem, co gorsze: ananas na pizzy czy puste łóżko?
Chłopak nie odpowiada. Pokazuje znak wisielca. Jego spojrzenie spod oka mówi wszystko. Ville się nie przestaje uśmiechać. Gryzie pizzę i zagryza… kawałkiem ananasa z puszki.
– Tylko nie pij na noc cappuccino, znowu będziesz świrował do drugiej, a jutro z samego rana wyjeżdżamy – mówi Emma do brata, opierając się leniwie o poduszkę.
Paul unosi rękę z pizzą hawajską niczym flagę wojenną.
– Na Francję!
Robert wzdycha, przeciąga się i mruczy beznamiętnie:
Croissant, Chanel… bonjour.
Ville prostuje się niczym urażony książę.
– Il commence à m’énerver (On zaczyna mnie wkurzać.) – mówi z powagą.
Emma uśmiecha się szeroko i patrzy na Roberta z przesadną czułością.
Mais il est très beau et a un joli sourire. (Ale jest bardzo przystojny i ma ładny uśmiech.)
Ville przekrzywia głowę, patrzy na Roberta jak na eksponat w muzeum.
Pour moi il est trop masculin. Je préfère Thomas. (Dla mnie jest zbyt męski. Wolę Thomasa.)
Thomas, zajęty przeglądaniem wiadomości, podnosi wzrok czując, iż jego imię właśnie padło w jakimś niepokojącym kontekście. Nie pyta, nie komentuje. Mówi po niemiecku:
Ich weiß nicht, was er sagt, aber er ist hübsch. (Nie wiem co on mówi, ale jest ładny)
Chrząszcz brzmi w trzcinie w Szczebrzeszynie – szczerzy się Paul do kamery.
Ville zerka na niego jak na osobliwe zjawisko językowe, krzywi się teatralnie i rzuca po fińsku:
Vesihiisi sihisi hississä. (Wodny demon syczał w windzie.)
– Brzmi podobnie, nie?
Paul przygląda mu się poważnie i z kamienną twarzą pyta:
– To jakieś zaklęcie?
Wszyscy wybuchają śmiechem. Emma klaszcze, Rob chichocze, Thomas prycha pod nosem. Kamera oddala się powoli aż w końcu zostaje tylko odbicie ich sylwetek w oknie i światła Mediolanu za szybą. Ekran ciemnieje. Odcinek dobiega końca.

Sandra przeciąga się z westchnieniem, sięga po paluszka i chrupie go z zadowoleniem.
– Dajcie kolejny, jeszcze nie ma północy – mówi z pełnymi ustami.
– No nie wiem… niektórzy o tej porze chętnie poszliby już spać – mruczy Rami, zerkając znacząco na syna i synową ziewających szeroko.
– Prowadzimy z Vivaanem higieniczny tryb życia… – dodaje Rose z przekąsem. – Przynajmniej jak jesteśmy w domu.
Wszyscy wymieniają porozumiewawcze spojrzenia i zgodnie przytakują z nutką dezaprobaty. Mia, z telefonem w dłoni, przewija coś zamyślona.
– Oho, to będzie ciekawe. Zaraz zaczniecie się tłumaczyć z używek… – rzuca, unosząc brew.
– Pamiętam. To po tym odcinku twoi studenci zaczęli coś podejrzewać, prawda? – dopytuje Paul.
Jari, który w tamtym czasie nie był jeszcze częścią zespołu, spogląda na rozbawioną Mię z zaciekawieniem.
– Zdaje się, iż tak – odpowiada Mia, parskając pod nosem. – No, zapuszczajcie. Zobaczymy, co tam zmalowaliście.
Robert bierze pilota i już po chwili na ekranie pojawia się tytuł kolejnego epizodu: Grupa wsparcia.

Odcinek otwiera szeroki kadr z lotu ptaka: garstka rowerzystów – Liberty Fade – sunie leniwie po amsterdamskich uliczkach. Lipiec pachnie rozgrzanym brukiem, kanałową wodą i syropem karmelowym z pobliskiej budki z ciastkami. Powietrze jest miękkie, wilgotne, ale lekkie. Słońce świeci nisko i ostro; nikt nie zakłada bluzy, za to okulary przeciwsłoneczne to absolutna konieczność.
Zespół mknie ulicami. Prowadzi Emma – skupiona, uśmiechnięta, bardziej modelka niż przewodniczka. Kraciasta sukienka z paskiem odsłania długie nogi, modne okulary dopełniają elegancji.
Za nią jedzie Thomas. Bez czapki i słuchawek, a to rzadkość. Nie żartuje, nie śpiewa, nie filmuje. Chłonie miasto, czekając, aż zrozumie to później. Dłonie trzyma pewnie na kierownicy. Milczy. Zwykle o tej porze ma w płucach kilka spokojnych wdechów, skręconych rano w hotelowej łazience. Dziś – czysto. Sam to zaproponował: „Amsterdam działa mi na głowę, nie potrzebuję filtrów”. Emma tylko przytaknęła. Teraz wygląda na trzeźwego w sposób niepokojący, jakby rzeczywistość była zbyt wyraźna. Chciałby uciec, ale nie zamierza niczego przegapić. Przyspiesza, obecny bardziej, niżby chciał.
Ville jedzie trzeci. W codziennym makijażu – pomalowane oczy, coś błyszczącego na powiekach. W ręce trzyma butelkę z wodą i plasterkiem cytryny. Popija co chwilę, jakby bardziej bał się odwodnienia niż śmierci. Twarz ma spokojną, lekko zdystansowaną, ale zbyt często zerka przed siebie z irytacją. Ta przejażdżka go nudzi. Tempo jazdy – jeszcze bardziej. Ma świetną kondycję, mógłby spokojnie jechać dwa razy szybciej, zostawić ich w tyle, wypruć się gdzieś na szosie albo pod górkę. Cokolwiek, byle się zmęczyć, spocić, poczuć ciało. Ale Amsterdam nie daje mu tej możliwości – tu wszystko się toczy, łagodnie, płasko, uprzejmie.
Ville poprawia fryzurę w odbiciu szyby tramwaju. Czuje, iż ciało domaga się wysiłku, ruchu, większego tętna. A on tkwi na tym miejskim rowerze, w turystycznym tempie, między Paulowym aparatem a Robową frustracją. No cóż. Może odbije sobie później w hotelowej siłowni.
Paul zamyka peleton. Jedzie wolno, aparat zawieszony na szyi, co jakiś czas zatrzymuje się na sekundę, by zrobić zdjęcie. Kamienica, szyld, krzywy rower oparty o hydrant. Detale. Zawsze detale.
Kiedy mijają uliczny targ z kwiatami, spogląda w bok i dostrzega pszczołę uwijającą się między główkami lawendy. Zwalnia, robi zdjęcie w locie. Później zatrzyma się jeszcze przy stojaku z miodami i porówna słoiki wzrokiem człowieka, który wie, ile pracy kosztuje każdy gram.
Dla niego Amsterdam jest jak ul – zatłoczony, precyzyjny, trochę nerwowy. Ale każdy ma tu swoje zadanie, swój kierunek. Paul właśnie na to patrzy – kto gdzie leci, co zbiera, co zostawia po sobie.
A Robert? Rob jęczy. Głośno, dramatycznie, jakby miał zaraz zemdleć.
– Motocykl, błagam. Cokolwiek, byle nie to. Mam skurcz w udzie i nie wiem, czy to fizyczne, czy emocjonalne.
Emma odwraca głowę przez ramię, nie zatrzymując się ani na moment.
– Jako jedyny z nas masz rower elektryczny i jeszcze marudzisz. Weź się w garść, delektuj się ciszą.
W jej głosie słychać lekką frustrację, zmieszaną z opanowaniem. Ton osoby, która nie pozwoli, żeby ktoś rozwalił jej plan dnia.
– Ja nie jestem stworzony do ciszy – mruczy Rob, zerkając na swój cień na asfalcie. – Ja jestem stworzony do hałasu i oktanów.
– A ja do liderowania – rzuca Emma beznamiętnie. – Vondelpark za pięć minut. Postój.
Zjeżdżają z głównej ścieżki i skręcają w zieleń. Vondelpark w pełnym słońcu. Tłumy, ale nie nachalne. Ludzie leżą na trawie, jedzą, czytają, grają na gitarach.
Rob zeskakuje z roweru i w sekundę kładzie się na ziemi. Leży jak rozstrzelany, z rozrzuconymi ramionami. Wzdycha teatralnie.
– jeżeli ktoś mnie zapyta, co to znaczy cierpieć, pokażę mu rower miejski.
Thomas zdejmuje plecak i rozgląda się dookoła.
– Gdzieś tu muszą być lody. Ja czuję te lody. One mnie wzywają.
Ville siada na ławce. Wyciąga z kieszeni małe lusterko, poprawia kreskę pod okiem. Robi to spokojnie, metodycznie, jakby zaraz miał zagrać koncert. Co chwilę sięga po butelkę, wypił już niemal wszystko, ale w plecaku ma zapas. Chwilę później wstaje i znika z kadru.
Kamera przesuwa się na Paula. Zdejmuje aparat z szyi i powoli chodzi między drzewami. Fotografuje: plamy światła na trawie, liście błyszczące po deszczu, krzew z białymi kwiatami, dziewczynę z rudymi włosami, siedzącą w cieniu z książką i wreszcie Libertyna – w objęciach brunetki w długiej sukience w kwiaty. Cicho się śmieją. Ville pochyla się powoli, nachyla do pocałunku, który dziewczyna odwzajemnia – spokojnie, z lekkością, jakby całowali się w innym tempie niż reszta świata. Paul nie komentuje. Po prostu robi zdjęcie – ciche, czułe, szczere.
Zespół przygląda się z daleka. Rob rzuca z półuśmiechem:
– Libertyn po prostu… lubi lato.
Kolejny kadr ukazuje próbę koncertu, gdy słońce powoli tonie za koronami drzew. Scena w plenerze jest gotowa: wysokie ramiona oświetlenia kołyszą się wśród gałęzi, a rzędy reflektorów tylko czekają na zmrok. Na miękkiej trawie widzowie rozkładają koce, przynoszą jedzenie z food–trucków i niespiesznie sączą napoje. Zamiast szczelnych ogrodzeń wyznaczono jedynie umowne strefy – biletowaną i otwartą. W powietrzu unoszą się zapachy frytek, dymu z grilla i wilgotnej ziemi, a atmosfera przypomina wspólne święto bardziej niż tradycyjny koncert.
W tle słychać ostatnie próby. Ktoś stroi gitarę, ktoś śmieje się do mikrofonu. Za kulisami Emma poprawia eyeliner, Ville robi rozgrzewkę głosu – szybkie, krótkie dźwięki. Thomas w słuchawkach na uszach siedzi skupiony. Paul ustawia ostatni obiektyw, a Rob siedzi na rampie i patrzy na ludzi, którzy zaczynają klaskać, choć jeszcze nic się nie dzieje.
Następnie kamery chwytają moment wejścia zespołu na scenę, gdy wybrzmiewa pierwszy dźwięk – nie jest to hit z list przebojów. To utwór z drugiej płyty, spokojniejszy, z rozciągniętym intro, zbudowany na basie i ledwo słyszalnym wokalu. Ville wchodzi na scenę nieobecny, zamyślony, trochę z boku. Ale mikrofon przyciąga go natychmiast. Pierwsze słowa wypowiada półgłosem, niemal szeptem, a potem głos rośnie, zespół rusza pełną parą. Kamera LFL pokazuje jak zazwyczaj, tylko urywki. Migawki. Libertyn dominuje scenę bez wysiłku. Jego ruchy są precyzyjne, spojrzenia długie, gesty miękkie, a głos wbija się w przestrzeń z siłą, której nikt nie uczył. Publiczność reaguje na każdy fragment – wers, spojrzenie, podniesioną dłoń. Nie musi mówić „Amsterdam” – wystarczy, iż zrobi krok w przód, a tłum krzyczy, jakby go znał od zawsze.
Ekran ciemnieje na ułamek sekundy. Gdy obraz wraca, kamera przenosi się do pokoju hotelowego Jest cicho, statycznie, bez migających świateł.
Wszyscy siedzą na wygodnych sofach, rozleniwieni po koncercie. Kilka puszek coli stoi na niskim stoliku, jedna już się poci, zostawiając krąg na drewnie. Thomas coś mieli w dłoniach. Ville czyta książkę. Emma siedzi prosto z podbródkiem lekko uniesionym do góry, coraz lustruje resztę zespołu.
– No, kto pierwszy się spowiada? – rzuca Rob, podciągając nogę na fotel.
– Może ja – mówi Emma z triumfem w głosie. – Ja nie mam sobie nic do zarzucenia.
Ton, w jakim to wypowiada, wywołuje już pierwsze uśmiechy. Jest w tym nuta wyższości, coś z dumnego prymusa na apelu. Ale widać, iż dziewczyna mówi szczerze. I iż naprawdę uważa to za ważne.
– To, iż jesteśmy zespołem rockowym, nie znaczy, iż mamy pić i ćpać na umór. Oczywiście nie jesteśmy święci, ale uważam, iż daleko nam do nałogów – mówi dalej. Wskazuje na siebie teatralnym ruchem dłoni. – Ja na przykład nigdy nie spróbowałam prochów. Ani dopalaczy, ani żadnego zielska. Jestem czysta.
Rob prycha. Paul wyciąga rękę po puszkę, ale nie odrywa wzroku od Emmy. Ville patrzy gdzieś w bok, jakby słuchał tylko jednym uchem.
– jeżeli chodzi o alkohol – kontynuuje Emma z dumą – to nie jestem abstynentką, ale nie piję między koncertami. Nie wyobrażam sobie wejść na scenę z kacem. To jest niewybaczalne. Mam słabą głowę. Znam swoje ograniczenia.
Thomas i Ville parskają prawie jednocześnie. Nie dlatego, iż Emma kłamie – bo to akurat prawda. Ale sposób, w jaki to mówi, przypomina im wszystkie te momenty, w których dziewczyna odpowiada za punktualność i harmonogram.
– Czasem zapalę papierosa. Albo cygaro, dla towarzystwa – dodaje jeszcze. – Ale trudno mówić tu o uzależnieniu.
Rob wywraca oczami, ale kiwa głową. Paul pociąga łyk coli, przymruża oczy, jakby chciał coś dodać, ale się rozmyśla. Libertyn odkłada książkę zaznaczając przeczytaną stronę zakładką w misie. Przez chwilę nikt nic nie mówi. A potem kamera przesuwa się w bok – na Roberta.
On prostuje się, bierze łyk piwa bezalkoholowego i odstawia puszkę na stolik z miękkim stuknięciem.
– Nie jestem święty – mówi tonem, który nie szuka ani poklasku, ani rozgrzeszenia. – Próbowałem tego i owego. Lubię napić się piwa na imprezie, czasem czegoś mocniejszego. Ale w trasie? W trasie rzadko imprezujemy. Kurdupel wymaga perfekcji, więc najczęściej robimy próby gdzie się da. Hotele, garderoby, choćby korytarze. jeżeli się bawimy, to raczej tak jak wyglądało to w Mediolanie – mówi z lekkim uśmiechem, nawiązując do znanego widzom odcinka.
Sięga po puszkę jeszcze raz, obraca ją w dłoniach, nie patrzy w kamerę.
– Między trasami mam inne rzeczy do roboty niż chlanie na umór. Mam swoje motocykle. Klub. I prawdę mówiąc – świeża głowa to podstawa. Czasem, kiedy jest luźniej w trasie, wypożyczam gdzieś motorek i jadę przed siebie. Zdarza się ktoś z zespołu jedzie ze mną. Lubię to. Cisza, asfalt, trochę prędkości. To mnie czyści.
Unosi brew, jakby miał zaraz zakończyć temat, ale jeszcze dorzuca coś półgłosem:
– jeżeli chodzi o prochy – nic mocniejszego poza ziołem. I to też rzadko, niechętnie. Nie jestem fanem odklejania się od rzeczywistości.
Wszyscy słuchają go w ciszy. Paul kiwa lekko głową. Emma się nie odzywa, ale jej twarz zdradza, iż zyskał u niej kilka dodatkowych punktów.
Paul siedzi bokiem, z jedną nogą podciągniętą na sofę. Zdejmuje czapkę, przeczesuje dłonią włosy i mówi spokojnie, bez owijania w bawełnę:
– Zioło ryje mi beret. Próbowałem innych rzeczy, wiadomo, jak każdy w tym środowisku – przystaje na moment, patrzy na Emmę z wysoko zadartym podbródkiem i pośpiesznie się poprawia – jak większość w tym środowisku. Ale gwałtownie się zorientowałem, iż to nie dla mnie. Jestem człowiekiem spokojnym. Kocham naturę, piesze wycieczki, łowienie ryb… Ostatnio pszczoły. Sam robię piwo i wino – dla siebie, dla rodziny, znajomych. Ale to raczej rytuał niż używka.
Wzrusza ramionami.
– W trasie wolę mieć czystą głowę. Jasne, zdarza się wypić ale nie jestem typem rockmana z lat dziewięćdziesiątych. To nie moje klimaty. Wolę rano wstać i mieć ochotę iść do lasu niż szukać apteki z ibuprofenem.
Kamera powoli przesuwa się na Thomasa. W jego uśmiechu i spojrzeniu widać, iż „próbował tego i owego”.
– Zaczynałem jako młody DJ w podziemnych klubach. Taki klimat – dym, stroboskopy, ludzie, którzy nie śpią po trzy noce. Zioło? Leciało na porządku dziennym, serio. Dla mnie to był standard. Po mocniejsze rzeczy sięgałem rzadziej, raczej przy większych imprezach – jak ktoś przyniósł lub samo wpadło pod rękę. Bardziej dla zabawy niż z potrzeby.
Robi pauzę, rozgląda się po pomieszczeniu próbując zebrać myśli.
– To był świat, w którym to się po prostu działo. I wtedy przyszedł lockdown. Wszystko zamknięte, zero imprez, zero grania. Pamiętam, iż siedziałem w domu i miałem wrażenie, iż ktoś nagle zgasił cały klub – i nie tylko światła, ale też sens. I wtedy zadzwonił Libertyn.
DJ zerka w stronę Villego, który siedzi spokojnie z butelką wody.
– Wpadam do domu Rianów w Surrey, myślę: pewnie jakiś luz, może coś zajaram w towarzystwie, może chociaż jakieś piwko… A tam?
Marszczy brwi, lekko kręci głową i rozkłada ręce z bezradności.
– Kurdupel wsuwa marchewki, popija wodą z cytryną, Rob wertuje katalogi motocykli, Paul analizuje mapy szlaków turystycznych, Emma mówi o drewnie i miłości do włoskiego designu. I zero dymu. Zero flaszek. Zero „czegokolwiek”. Po prostu: próby, siłownia, spacery z psem. Kurdupel nie usiedzi pięciu minut – ciągle coś.
Thomas wzdycha z uśmiechem.
– Po takim dniu masz ochotę tylko na zimny prysznic i ciszę. Serio. choćby nie myślisz o tym, żeby coś palić. A iż wszyscy tam żyją, jakby byli ambasadorami trzeźwości, to i mnie przeszło. Tak się odzwyczaiłem, iż dziś… szczerze? Nie tęsknię. choćby rzuciłem palenie. Ville wciągnął mnie najpierw w deskorolki, potem zakochałem się w BMX–ach. Freestyle, skoki, jazda na maksa – to mnie kręci bardziej niż jakiekolwiek używki. I daje większy haj.
DJ opiera się wygodniej na sofie, splata ręce za głową.
– Między koncertami? Nie ma mowy, żebym miał kaca. Kurdupel nas goni, jest perfekcjonistą jak cholera. Każda próba musi być czysta. Jasne, czasem coś się zdarzy – nie jestem święty. Ale jeżeli już impreza, to zawsze kontrolowana.
– A zioło? Zestarzałem się. Serio. Ostatnio w ogóle mnie nie ciągnie. Zwłaszcza w Surrey…
Ville nagle się wtrąca, udając oburzenie, choć śmieje się już w połowie zdania:
– Mama ostatnio wyczuła, iż coś palił. Goniła Thomasa po ogrodzie, zabrała mu skręta i… zdeptała go obcasem.
Thomas kiwa głową z powagą, tylko częściowo udawaną.
– Zwykłe zioło, serio. A czułem się, jakbym próbował przemycić bombę nuklearną przez granicę. Pani Mirayya nie odpuszcza.
– Pani Mirayya daje dwa ostrzeżenia – dorzuca Robert. – Za trzecim razem, jeżeli cię przyłapie ze zwykłym papierosem, dostajesz wiadrem lodowatej wody. Chcesz palić? To poza domem. Znaczy – za bramą.
Wszyscy przytakują z rozbawieniem, bo każdy już kiedyś przerabiał to wiadro.
Teraz kolej na Libertyna. Ville sięga po kawałek jabłka, chrupie głośno i z błyskiem w oku zaczyna:
– Mój organizm nie toleruje alkoholu. Poważnie. Wypiję odrobinę za dużo i przez dwa dni umieram. Dlatego na imprezach kończę na jednej szklance whisky, bez lodu i coli im paskudniejsze, tym lepiej – potakuje z powagą. – W życiu byłem pijany może trzy razy. Raz choćby oświadczyłem się… koledze. Ale to historia na inny odcinek.
Reszta wybucha śmiechem, ale Ville kontynuuje:
– Ojciec, muzyk z krwi i kości, powtarzał nam z Emmą: „Jeśli chcecie spróbować czegoś mocniejszego, róbcie to w domu”. Mama, z bólem serca, też się zgodziła. Spróbowałem zioła – głos mi siadł i to nie było dobre. Potem ekstazy… skończyłem na SOR–ze. Wystarczyło.
Wzrusza ramionami.
– Nigdy mnie to nie kręciło. Sprawdziłem, jak działa, i tyle. Lubię sport, ruch, adrenalinę. Jasne, czasem leżę plackiem i nic nie robię, bo lenistwo to też talent, ale zwykle muszę być w ruchu. Dla towarzystwa potrafię zapalić, ale się nie zaciągam – nikotyna mnie odrzuca… znaczy… wymiotuję.
Zawiesza się na sekundę, po czym uśmiecha się zawadiacko.
– Imprezy? Kocham. – Rzuca porozumiewawcze spojrzenie zespołowi. – Ale serio, do dobrej zabawy wcale nie trzeba być nawalonym.
Thomas kiwa głową, a Paul chichocze pod nosem. Kamera zatrzymuje się na twarzy Villego – pogodnej, lekko ironicznej.
– Jesteśmy bardziej jak grupa wsparcia niż zespół rockowy. Co jest z nami nie tak?
W tle słychać już tylko śmiechy. Obraz powoli ciemnieje. Koniec odcinka.

Jari bierze łyk drinka, poprawia się w fotelu i przeciąga z zadowoleniem.
– No proszę… jacy grzeczni, poukładani – rzuca półżartem, zerkając na Thomasa.
Rob sięga po telefon leżący na oparciu kanapy, odblokowuje ekran i zaczyna scrollować.
– A wiecie, iż po tym odcinku dostaliśmy trochę hejtu? – mówi z lekkim uśmiechem.
Zatrzymuje się na jednym z komentarzy i czyta na głos:
– „Fajnie, iż nie pijecie. Ale trochę to wygląda, jakbyście się bali życia. Gdzie adrenalina, gdzie chaos, gdzie bałagan?”
Paul przeciąga się i ziewa, podciągając nogi pod siebie.
– Tak, ale tego było naprawdę mało. I tak się utopiło w fali dobrych komentarzy. – Wzrusza ramionami. – Ludzie po prostu lubią się czasem przyczepić.
Rami nachyla się w stronę Mii, całuje ją w rękę, po czym kieruje wzrok na zespół.
– Zawsze byłem z was dumny – mówi spokojnie. – A najbardziej z Thomasa. Bardzo się zmienił. I to bez żadnej terapii. Nikt go nie musiał ratować.
– To dawało poczucie luzu – mówi, unosząc wzrok i wzdychając cicho. – I iluzji, iż wszystko mam pod kontrolą, iż jestem ponad tym całym syfem. Ale to było puste.
Odwraca się w stronę Libertyna, uśmiecha się z wdzięcznością.
– I tak szczerze? Nigdy ci nie podziękowałem, iż wyciągnąłeś mnie z mojego towarzystwa.
Ville przybija z nim żółwika, bez słów, bez patosu.
Rose, oparta o poręcz kanapy, unosi brew z udawaną powagą.
– Wy to jesteście dwa ancymony. I uwierzcie mi, kolejny odcinek pokaże to bardzo dobrze.
– Ale nie dziś. Dziś już mam dosyć – mruczy Ville przeciągając się szeroko.
Rob patrzy na niego i ziewa odruchowo. Paul też przymyka oczy, a Emma przykrywa się kocem. Echo przeciąga się jeszcze raz i wzdycha głośno, jakby potwierdzała, iż pora się zbierać.
Wtedy nagle Sandra prostuje się na fotelu, podekscytowana, ewidentnie sobie coś przypomniała:
– Ej, ale zaraz! Ja się nie zgadzam! Co to za teorie spiskowe studentów Mii? O co chodzi?
– Ja też chcę wiedzieć – mówi cicho Jari skulony pod kocem przecierając oczy.
Mia zerka na nich z uśmiechem, ale głos ma już zmęczony:
– Dobrze. Opowiemy wam wszystko. Przynajmniej to, co pamiętamy. Ale… jutro.
Nikt nie protestuje. Wszyscy są już senni. Zaczynają się powoli podnosić, zbierając rzeczy z kanap i foteli. Paul zgarnia koc, Rob gasi lampkę, Thomas jeszcze chwilę smyra Echo za uchem i rusza w stronę korytarza. Pokój powoli pustoszeje. Ostatnie światło odbija się w pustych szklankach. Drzwi zamykają się, a dom zapada w ciszę.


Idź do oryginalnego materiału