Rozdział 4
Jesień 2024: Rose traci pracę marzeń.
Już od rana mała Amidala przestępuje z nogi na nogę. Dziś jest Diwali. Pałac w Surrey tego wieczoru wygląda inaczej niż zwykle. Na balustradach i framugach połyskują rzędy drobnych światełek, tworząc miękką poświatę odbijającą się w szybach i na lśniącej posadzce holu. Między nimi stoją małe gliniane lampki diya. W powietrzu unosi się zapach kadzidła i słodkich przypraw – kardamonu, wanilii i cynamonu. Delikatna muzyka indyjska sączy się z głośników, łącząc się z odgłosami rozmów i śmiechu, budując atmosferę spokoju i przytulności.
To ich własne, zachodnie Diwali – bez rytuałów, bez modlitw, bez ceremonii. Od kilku lat Rianowie obchodzą je po prostu jako święto światła, rodziny i przyjaciół. Chwilę, by zatrzymać się w biegu i spotkać z tymi, którzy naprawdę coś znaczą.
Dla Amidali to coś więcej. Jej urodziny przypadają w lipcu, kiedy Ville i Emma są zwykle w trasie, a dzieci ze szkoły i sąsiedztwa wyjeżdżają na wakacje. To właśnie Diwali stało się więc jej dniem – małą, listopadową uroczystością, w której wszyscy mogą być razem.
Nie będzie tu ludzi przypadkowych. Każdy, kto się pojawi, coś znaczy. Rose została zaproszona, by robić zdjęcia z tego rodzinnego spotkania. I tylko dlatego – nie liczy choćby na to, iż ktoś posadzi ją przy stole. Od rana krąży po holu głównym i pokoju kominkowym, sprawdzając światło, kadry, kąty, z których będzie mogła uchwycić emocje.
Kiedy natrafia na Amidalę, nie waha się ani chwili. Podchodzi, pochyla się lekko i wręcza różową torebkę z kokardką.
– Wszystkiego najlepszego, Ami. Mam coś dla ciebie.
Dziewczynka otwiera ją natychmiast, bez chwili wahania. Wyciąga granatowy francuski berecik i pasujący do niego szalik – miękki, ciepły, z drobną nitką połyskującą w świetle.
– Ooo! – piszczy z zachwytu. – Jest idealny! Pasuje do mojej sukienki!
Ale to nie wszystko. W torebce leży jeszcze małe różowe pudełeczko z eleganckim pendrive i breloczkiem w kształcie klawisza z literką A. Amidala przygląda się urządzeniu z ciekawością.
– Co na nim jest?
Rose uśmiecha się szeroko. Tym razem naprawdę.
– Chodź. Tu mam komputer. Pokażę ci.
Uruchamia nośnik. Na ekranie pojawiają się foldery, a w nich filmiki, które nagrywały razem. Czytają ulubione książki i wierszyki Ami – z podziałem na role, z akcentami, z udawanym francuskim. Wygłupiają się, robią miny, komentują ilustracje. Jeden z plików to kukiełkowe przedstawienie znanego wiersza o kabaczku.
Ami nie mówi ani słowa. Po prostu rzuca się Rose na szyję – mocno, serdecznie.
– Dziękuję! To najlepszy prezent!
Potem z wielką pieczołowitością odkłada wszystko na mały stolik, który niedługo będzie uginał się pod ciężarem drogich i wymyślnych podarunków. Różowe pudełko z pendrivem stoi jednak na samym środku – jak mały skarb.
Rose oddycha z ulgą. Jako studentka na utrzymaniu ojca nie może pozwolić sobie na ekstrawagancję. A iż u Villego nie przepracowała jeszcze miesiąca, nie widziała choćby zaliczki. Ale Ami nie zwraca uwagi na cenę. Po prostu się cieszy.
Nagle dźwięk wirników rozcina powietrze nad ogrodem niczym ostrze. Rose unosi głowę znad statywu i w tej samej chwili już wie. To oni.
Nie może być pierwsza. Nie wypada. I nie chce. Z aparatem w ręku chowa się w saloniku kominkowym. Stąd ma widok na hol, ale sama pozostaje niewidoczna. To jej wystarcza.
Amidala już czeka pod drzwiami, podskakując z ekscytacją tak silną, iż nie potrafi ustać w miejscu. Ville i Emma schodzą razem – on z rękami w kieszeniach, nonszalancki jak zawsze, ona elegancka i skupiona. Oboje wyglądają na spokojnych, ale w powietrzu czuć napięcie.
Drzwi się otwierają. Kamerdyner staje z boku. Wchodzą Mia i Rami.
Amidala rzuca się do przodu z piskiem radości.
– Babciu! Dziadku!
Mia, mimo powściągliwego wyrazu twarzy, klęka, otwiera ramiona i całuje wnuczkę w policzek i w czoło. Rami podnosi Amidalę z łatwością, śmiejąc się nisko, miękko. Kamerdyner odbiera ich płaszcze.
Ville obejmuje ojca krótko, mocno, bez słów. Z matką wita się inaczej – przytula ją z szacunkiem i całuje w dłoń, teatralnie, z wyraźną nutą czułości. Mia tylko kiwa głową, jakby nie potrzebowała słów, by wszystko wiedzieć.
Emma całuje mamę w policzek, potem ojca. Ich ruchy są płynne, oswojone. Nie ma między nimi lodu – tylko subtelna granica i świadomość, iż każde z nich żyje już własnym, dorosłym życiem, choć rodzina wciąż trzyma się razem.
Powoli zaczynają schodzić się pozostali: Wendy, Robert, Paul, Thomas. Wszyscy witają się serdecznie, z uśmiechami – jak z bliskimi przyjaciółmi domu. Mia odpowiada uprzejmością dystyngowanej, ale obecnej gospodyni. Rami rzuca żartem, przybija żółwika z Thomasem. Luz rozlewa się po pałacu niczym zapach świątecznego ciasta.
Wtedy Ville odwraca się i wskazuje dłonią Rose, która właśnie wychodzi z pokoju kominkowego.
– Poznajcie Rose Mayer. Naszą panią informatyk. Dzisiaj fotografuje imprezę.
Cisza trwa zaledwie ułamek sekundy, ale Rose czuje ją do szpiku kości. To jej moment – nieprzygotowany, niechciany. Idzie prosto, w czarnej, dopasowanej sukience i pantoflach na niskim obcasie, z aparatem na pasku. Uśmiecha się lekko, bez kokieterii.
– Dzień dobry. Bardzo mi miło państwa poznać.
Mia patrzy na nią, potem na Villego, który uśmiecha się, ale nie do końca szczerze jakby próbował coś ukryć. Następnie podchodzi do dziewczyny, kładzie dłonie na jej ramionach i mówi z nutą teatralnej powagi:
– Niech ci się przyjrzę.
Uśmiecha się, a Rose na moment zawiesza wzrok na jej zielonych oczach. Dokładnie tym samym kolorze co oczy Villego. Mia bez ostrzeżenia pochyla się i całuje ją w policzek, potem klepie po ramieniu z matczyną pewnością.
– Mam nadzieję, iż masz jeszcze cierpliwość do tej bandy i ich bałaganiarstwa.
Rose rozluźnia się po raz pierwszy. Kącik jej ust unosi się lekko.
– Tak, pani Rathore. Daję sobie radę.
Mia jeszcze raz zerka na syna. Tym razem Ville teatralnie przewraca oczami.
– Mów mi Mia. Błagam, żadna pani – mówi ciepło. – Wystarczy, iż jestem babcią.
Wszyscy wybuchają śmiechem. Ville wznosi oczy do nieba z miną męczennika.
Wtedy podchodzi Rami. Spogląda to na Rose, to na syna, zachowując pełną powagę.
– A do mnie zwracaj się „pan Rian”… – zawiesza głos, obserwując jej reakcję. – Żartuję. Rami jestem.
Niedługo potem zaczynają schodzić się goście. Najpierw pojedynczo, potem coraz śmielej, aż w końcu drzwi niemal się nie zamykają. Nie ma tu nikogo przypadkowego. To bliscy przyjaciele rodziny, partnerzy sceniczni, kilku sąsiadów.
Dzieci – roześmiane, odświętnie ubrane – biegną korytarzami z Amidalą na czele. Znają ten dom, wiedzą, gdzie można się schować, a gdzie wolno krzyczeć. Oficjalna impreza dla dzieci zaplanowana jest dopiero na jutro. Wtedy będą klauni, animatorzy, wata cukrowa, brokatowa fontanna i dmuchany labirynt.
W salonie kominkowym, wśród dyskretnych rozmów i kieliszków szampana, łatwo dostrzec twarze znane z okładek magazynów muzycznych. Jest para aktorów – znajomi Emmy z uczelni, którzy pojawiają się na każdym większym przyjęciu, choć sami nie mają dzieci. Nie brakuje też starszych członków rodziny, zwłaszcza ciotki-babci Juliett z mężem oraz dziadka Lauriego ze swoją przyjaciółką.
Rose nie próżnuje. Przez obiektyw wychwytuje gesty, uśmiechy, światło na policzkach i detale misternie wykonanych dekoracji. Pracuje cicho, sprawnie, niemal niezauważalnie – chyba iż ktoś ją zagada. A zdarza się to częściej, niż się spodziewa. Goście są ciekawi, kim jest nowa dziewczyna z aparatem. Pytają z uśmiechem, a Juliett nie potrafi powstrzymać się, by choć na chwilę nie zamienić z nią słowa.
Rose odpowiada spokojnie, rzeczowo. Wie, iż jest tu gościem tylko warunkowo. Ale jej opanowanie i naturalny sposób bycia gwałtownie zaskarbiają jej dyskretne sympatie. Nikt nie patrzy na nią z góry – przynajmniej nie dziś.
Zza obiektywu widzi, jak Ami, w nowym bereciku, biega między stołem a sofą, trzymając za rękę starszą koleżankę. Jak Ville, z wymuszonym uśmiechem, rozmawia z producentem z Berlina. Jak Rami, gestykulując, opowiada nową anegdotę, kończąc ją pytaniem filozoficznym. Emma podaje ciasto. A Mia stoi przy oknie, z kieliszkiem w dłoni, obserwując wszystko z dystansu. Na jej twarzy pojawia się coś, co mogłoby być uśmiechem. Ale niekoniecznie musi.
Od momentu przyjazdu rodziców Ville ani razu nie spojrzał na Rose – poza krótką chwilą, gdy pozował z Amidalą. choćby wtedy, mimo rozjaśnionego uśmiechu, w jego spojrzeniu było coś nieobecnego. Jakby był tu wyłącznie dla córki. I dla nikogo więcej.
Impreza przenosi się do holu głównego. Stół, nakryty kremowym obrusem z delikatnym haftem, ozdobiono rzędami małych lampek diya, misami z płatkami róż i świecami unoszącymi się na wodzie. Między półmiskami z potrawami błyszczą złote sztućce, a na porcelanie odbija się ciepłe światło.
Ku zaskoczeniu Rose Emma sadza ją tuż obok siebie i Roberta – w samym centrum gwaru. Po kolacji każdy znów zajmuje się sobą. Dzieci biegają, dorośli wdają się w rozmowy, a z różnych stron sali co chwilę słychać głośny, szczery śmiech. Rose stoi z Emmą i Paulem w pobliżu stołu, lekko pochylona w ich stronę. Rozmowa toczy się swobodnie, prawdopodobnie o programie.
Wtedy podchodzi Mia. Zatrzymuje się obok nich, krzyżuje ręce i przez moment tylko słucha, unosząc lekko brew. Na jej twarzy błąka się delikatny, rozbawiony uśmiech.
– To czarne cacko na podjeździe to twoje? – pyta tonem pozornie lekkim, ale z tym charakterystycznym błyskiem, który zdradza, iż zna temat.
Rose prostuje się i przytakuje.
– Tak. Uwielbiam je.
– Wcale się nie dziwię – mówi miękko przechylając głowę jakby widziała samochód oczami wyobraźni. – Małe, zwinne, V8, sześć i pół litra… przypomnij mi, ile koni?
– Podobno czterysta pięćdziesiąt pięć – odpowiada z lekkim uśmiechem. – Choć po Londynie i tak wystarczyłaby jedna czwarta tej mocy. Ale czasem lubię wyskoczyć na autostradę.
Mia kiwa głową ze zrozumieniem. Zapada chwila ciszy, którą postanawia wykorzystać Rose:
– Emma wspomniała, iż ścigałaś się w rallycrossie. Sprawdziłam w internecie. Pełen szacunek. Tyle sukcesów w męskiej dyscyplinie.
– Dawno i nieprawda. Ale dzięki.
– Słyszałam też– ciągnie Rose. – Że ekipa Liberty Fade Life czasem ściga się na torze i iż kiedy przyjeżdżasz, psujesz zabawę.
Emma i Paul wybuchają śmiechem. Od strony salonu podchodzą Rami i Ville – ten drugi już z miną człowieka, który spodziewa się kąśliwego komentarza. Mia odgarnia synowi grzywkę i przyciąga go do siebie.
– Oni się nie ścigają, tylko popisują przed znajomymi – przewraca oczami. – A ten co chwilę się obraca… talent po tatusiu.
Rami i Ville unoszą podbródki w przesadnym geście urażonej dumy, po czym obaj wybuchają śmiechem. Reszta dołącza, atmosfera robi się lekka, ciepła.
Rose wykorzystuje moment i robi im kilka rodzinnych zdjęć.
– Może warto zrobić materiał o twojej karierze sportowej – rzuca w stronę Mii.
– To genialne – reaguje Emma, aż prostując się z ekscytacji. – Historia sportowa Mii, pokażemy twoją wyścigówkę…
– …i pojedziemy na tor – dopowiada Ville.
– A może też żeglarstwo – wtrąca Rami.
– Regaty, Liberty Fade kontra reszta – Ville klepie go po plecach. – Nie macie szans.
– Ile razy wywaliłeś łódkę? Talent po mamusi – Rami puszcza żonie oczko.
Tym razem Mia i Ville w tej samej chwili pokazują mu język, a Rose nie ma pojęcia jak zareagować na tą dziwną wymianę zdań i gestów między Rianami. Gdy reszta ostatecznie parska śmiechem, Rose robi to samo.
– Regaty też mogą być świetnym tematem na odcinek – wtrąca Paul – Widzowie prosili właśnie o więcej takich rzeczy.
– Dawno nie żeglowałam – przyznaje Rose z nutką tęsknoty. – Jestem totalną amatorką, ale lubię. Tata jest pasjonatem, wysyłał mnie na obozy żeglarskie.
Reszta kiwa głowami z aprobatą. Mia patrzy na Villego i uśmiecha się w taki sposób jak by mówiła: ta dziewczyna mi się podoba.
– Kiedy dzieciaki były młodsze – wspomina Rami – często szliśmy się pobawić na wodzie, żagielki, motorówki, fajnie było.
Do rozmowy dołączają Thomas, Robert i Wendy, a dyskusja płynnie przechodzi w luźne ustalanie scenariusza kolejnych odcinków, które rodzą się mimochodem, wśród żartów i półszeptów. Jednak entuzjazm wobec sportowych epizodów stopniowo przygasa. Powód jest prosty: brak czasu. Przed zespołem wyjątkowo napięty rok – intensywna trasa koncertowa, prace nad trzecim albumem, a do tego jeszcze egzaminy Villego. Realizacja sportowych materiałów wymagałaby większej ekipy i dodatkowych przygotowań, na które zwyczajnie nie ma przestrzeni. Rozmowy cichną dopiero wtedy, gdy obsługa wnosi tort w kształcie konika morskiego. Ville siada do fortepianu i zaczyna akompaniować do Happy Birthday, co po chwili podchwytują pozostali.
Amidala zdmuchuje świeczki. Ktoś gwiżdże, ktoś klaszcze, dzieciaki wykrzykują życzenia. Rose wykorzystuje ostatnie dobre światło: płomień świeczki odbity w oczach dziewczynki, dłonie Villego na jej ramionach, konfetti unoszące się w powietrzu. Potem odkłada aparat. Wyłącza go. Prostuje plecy. To koniec.
– Czas już na mnie – mówi podchodząc do Mii i Ramiego. – Dziś wracam do domu. Postaram się jak najszybciej obrobić zdjęcia.
– Rose, może jednak zostaniesz? – Mia próbuje zaprotestować, miękko, bez nacisku.
– Bardzo dziękuję za propozycję, ale Ville dał mi wolne. Chcę to wykorzystać. Dawno nie byłam u siebie, a jeszcze dziś mam wizytę u lekarza. Wrócę za kilka dni.
Rianowie potakują ze zrozumieniem. Oboje przytulają ją na pożegnanie.
– Miło było cię poznać. Pewnie niedługo znowu się zobaczymy – rzuca Rami wesoło.
Goście jeszcze długo bawią się w pałacu. Słychać śmiech dzieci, brzęk szklanek, cichą muzykę sączącą się spod sufitu. W kominku wciąż pali się drewno, rzucając ciepłe światło na twarze zebranych.
Ville siedzi sam, z kieliszkiem soku w dłoni, zapatrzony w płomienie. Ma posępną minę, jakby ten dzień był cięższy niż wszystkie koncerty razem wzięte. Rami, obserwujący go z drugiego końca holu, zbliża się powoli.
– Chodź do gabinetu – mówi cicho, nie czekając na opór.
Ville podnosi się niechętnie, ale nie protestuje. Idzie za ojcem pustym korytarzem, milcząco, z rękami w kieszeniach. W gabinecie Rami otwiera małą lodówkę, grzebie w niej przez chwilę i wyciąga dwie butelki: colę dietetyczną dla syna, klasyczną dla siebie.
– To co, opowiadaj – rzuca od niechcenia.
Ville wzrusza ramionami, odkręca butelkę i od razu upija niemal połowę, unikając spojrzenia i odpowiedzi.
– Rose. Mądre i ładne dziewczę – Rami nie daje za wygraną. – Słyszeliśmy z mamą, iż jest wyjątkowo odporna na twój urok osobisty, ale za to mało odporna na uśmiech Amidali.
Ville siada w fotelu naprzeciwko, zakłada nogę na nogę. Przyjmuje pozę nonszalanckiego dystansu.
– Cóż… – mówi chłodno. – Tu wszyscy wszystko wiedzą.
– Chowasz się za filarem, opowiadasz coś o zwierzętach, trzymasz się kurczowo Thomasa, jakby od tego zależało twoje życie. Martwię się.
– Nie masz o co – odpowiada bez emocji. – Miałem na nią fazę. Nie chciała mnie. Zatrudniłem ją z jasną deklaracją, iż będzie mogła czuć się tu swobodnie. Unikam jej, bo jestem jej szefem. Poza tym… opatrzyła mi się. Jeszcze tydzień i będzie mi obojętna. Jak każda inna.
– Rose to nie jest dziewczyna na raz. Więc dobrze, iż trzymasz się od niej z daleka. Mądra decyzja.
Ville wzdycha, przyznając ojcu rację, choć z wyraźną niechęcią.
– Tylko że… – ciągnie Rami, przyglądając się synowi spod uniesionych brwi – gdyby po tygodniu… albo po dwóch… dalej nie była ci obojętna – zawiesza głos. – To może się z nią zaprzyjaźnij. Może wtedy zobaczy Villego, a nie tylko Libertyna.
– Nic z tych rzeczy. Trzymam formę. Zaraz trasa, odbiję sobie – mówi, krzywiąc się i rozkładając teatralnie ręce. Po chwili wskazuje palcem ojca i dodaje: – A stary, dobry Libertyn wróci na adekwatne tory.
Rami bierze głęboki oddech. W jego oczach widać więcej zrozumienia, niż Ville chciałby przyjąć. Klepie syna po plecach i bez słowa wychodzi z gabinetu, zostawiając go samego – z butelką coli, z ogniem w kominku i z myślami, które same nie wiedzą, o czym mają myśleć.
Po powrocie do pałacu Rose rzuca się w wir pracy, jakby tylko ona mogła ochronić ją przed wszystkim, co niewypowiedziane. Spędza długie godziny w serwerowni, zamknięta między ścianami z metalu i kabli, w towarzystwie nieustannego buczenia maszyn i chłodnego powietrza z klimatyzatora, którego nigdy nie daje się całkiem wyłączyć. Oświetlenie co jakiś czas przygasa, kontrolki mrugają, ekrany się zawieszają, dźwięk przycina, a ona trwa. Wciągnięta w niekończący się proces archiwizacji, czyszczenia, selekcjonowania plików, aktualizacji, kodowania, analizy surowych danych.
Tylko czasem na moment przymyka oczy i pozwala sobie na krótkie „pustki” – jak je nazywa – bezmyślne trwanie, zanim znów wróci do działania.
Ville ponownie jej unika. Wychodzi szybciej z jadalni, nie pojawia się w tych samych pomieszczeniach. Czasem tylko mignie gdzieś na drugim końcu korytarza, wyprostowany, z aktorskim gestem zakładając płaszcz, znikający za drzwiami niczym duch. Zdarza się, iż wymieniają uprzejme „cześć” i nic więcej.
Próby zespołu realizowane są regularnie. Ville tonie w papierach, terminarzach i analizach, a koniec roku oznacza dla niego spiętrzenie projektów w fundacji. Emma bywa w RRstudio albo znika z Robertem. Czasem nocują w pałacu, czasem zatrzymują się w apartamencie Emmy w Londynie. Rose dawno przestała śledzić, gdzie kto dziś śpi i z kim.
Sama, zmęczona pracą i wyraźnie osłabiona fizycznie wieczorami zasypia niemal natychmiast. Czasem choćby w ubraniu, z laptopem na kolanach. Codzienność przypomina puste tory tramwajowe: coś się przesuwa, coś cicho dzwoni, ale nic nie przyjeżdża.
Rozmowy z zespołem, jeżeli ktoś z nich się pojawi, są krótkie i uprzejme, ale stanowią miłą odmianę od rutyny. Jedyną osobą, z którą Rose spędza więcej czasu, jest Amidala. Dziewczynka przychodzi wieczorami z książką albo z pytaniem: „Zagramy coś?” – i wtedy czytają albo brzdąkają razem na fortepianie. Ten rytuał jest prosty, cichy, powtarzalny i może właśnie dlatego bezcenny. Daje jej poczucie ciągłości i logiki.
Gdy zespół siedzi w pałacu, czasem pojawia się Viktoria. Rose nie ma wątpliwości, iż to „znajoma modelka”, choć do końca nie wie, co to adekwatnie znaczy. Viktoria kręci się wokół Liberty Fade od kilku miesięcy – zbyt często, by była tylko przechodniem.
Dla niej jest osobą bez treści. Skupioną na własnym wyglądzie, na ujęciach, na świetle padającym pod odpowiednim kątem. Jej profil w social mediach eksplodował po tym, jak pojawiła się w pierwszym sezonie Liberty Fade Life i całowała się z Libertynem. To wystarczyło, by powstał fanowski #teamViki. Internet już wie: Ville i Viktoria to para. Tyle iż „w tajemnicy”.
Rose tego nie komentuje. Nie rozmawia o tej dziewczynie. Nie obgaduje, nie zadaje pytań. Nie wie, jaka jest jej rola. Może ozdoba. Może układ. Może stary nawyk z czasów, gdy wszystko wokół było jeszcze tymczasowe. Na pewno nie przyjaciel. Nie ktoś użyteczny. Nie osoba, która wnosiłaby cokolwiek poza zasięgami.
Pewnego popołudnia, podczas obiadu, tego samego, w trakcie którego Viktoria celebruje swoje pół pomidora i z pełnym przekonaniem oznajmia, iż jest już najedzona, Rose czuje, iż dłużej tego nie wytrzyma. Modelka śmieje się z żartów Roberta, przeciąga głoski i robi miny jak z reklamy błyszczyka.
Dlatego, gdy tylko kończy jeść, odkłada sztućce i wychodzi z jadalni szybciej niż zwykle.
W Pokoju Strachu panuje półmrok. Serwerownia buczy jak zawsze: stabilnie, rytmicznie, kojąco. Rose siada przy biurku i otwiera materiał dźwiękowy z prób, które jeszcze wczoraj porządkowała. Palce same trafiają w skróty klawiszowe, a dźwięk kliknięć miesza się z cichym tłem elektronicznych tonów.
Nie mija wiele czasu. W drzwiach pojawia się Viktoria. Bez pukania. Bez słowa. Siada na fotelu obok, zakłada nogę na nogę i przygląda się Rose jak egzotycznemu zjawisku.
– Ty to zawsze tak na czarno, nie? – mówi w końcu. – Chcesz się przypodobać Rianom czy wracasz z pogrzebu?
Rose prycha, choćby nie odwraca głowy. Głos ma chłodny, wyważony.
– Nie mam potrzeby ubierania się w modne ciuszki. Nie jestem gwiazdą social mediów.
Viktoria uśmiecha się, jakby właśnie dostała prezent.
– choćby profilu nie masz – przeciąga samogłoski. – Jedno marne zdjęcie i same komputerowe sprawy. Siedzisz tu ciągle, zamknięta, otoczona kablami. Zaprosili cię chociaż na jakąś imprezę? Ville niedługo ma urodziny. To impreza zamknięta. Nie dla ekipy technicznej. Tylko dla wybranych.
To jedno słowo wybranych osiada w Rose jak grudka lodu. Wie, co oznacza. W tym domu „wybrani” to ci, których widać w kadrze. Którzy mają wejściówkę. Którzy są częścią narracji. A ona, choć mieszka w pałacu i pracuje jak maszyna najwyraźniej do nich nie należy.
– Jestem informatykiem, nie laską do imprezowania – odpowiada spokojnie, nie patrząc na rozmówczynię. – Jestem tu, żeby zarobić. Nic więcej mnie nie interesuje.
Vika przygląda się swoim paznokciom z miną „dzióbka”.
– Jesteś ładna. Pasowałabyś do imprez.
– Byłam na deskorolkach – rzuca beznamiętnie. – Wystarczy. Nie bawi mnie to i nie interesuje. A teraz – jeżeli nie masz nic interesującego do powiedzenia, idź sobie. Przeszkadzasz mi.
Viktoria przeciąga palcami po włosach i pochyla się ku niej.
– Jesteś nadęta. Nie wiem, jak ten twój chłopak z tobą wytrzymuje. Ale wiesz co, nie podskakuj tak. Znam zespół dłużej niż ty. Coś tu znaczę. A ty jesteś człowiekiem od porządków – zwykłą sprzątaczką – akcentuje ostatnie słowo.
Rose nie reaguje. Przez chwilę. Potem odchyla się powoli na krześle, odwraca do Viktori i mówi cicho. Bez emocji:
– Spierdalaj.
Viktoria zastyga. Marszczy brwi.
– Coś ty powiedziała?
Dziewczyna dalej mierzy ją wzrokiem, jakby prześwietlała jej wnętrzności.
– To, co słyszałaś. A jeżeli masz problemy z uszami to idź do lekarza.
Modelka wstaje. Trzaska drzwiami. Rose nie porusza się ani o centymetr, ale w środku już wie: właśnie przekroczyła cienką granicę, po której nie ma powrotu. I nie żałuje. W duchu ma tylko jedną nadzieję – iż Viktoria nic nie powie. Że choć raz zachowa się z godnością.
Nie mija jednak kwadrans, gdy drzwi otwierają się ponownie. To Ville. Jego spojrzenie nie pozostawia złudzeń.
– Słyszałem… no wiesz. Wszystko ma swoje granice.
– Zgadzam się – odpowiada nie odrywając wzroku od monitora.
Ville prostuje się, rozkłada ręce z niedowierzaniem.
– Słucham? Zgadzasz się? Czyli potwierdzasz, iż ją obraziłaś, zwyzywałaś od najgorszych i kazałaś spierdalać?
– A co, poskarżyła się?
– Była smutna. Przygnębiona. Jest częścią naszego programu i nie pozwolę, żeby ktokolwiek ją tak traktował.
W tym momencie wszystko staje się jasne. Viktoria musiała pójść na skargę i to nie z suchym raportem, tylko z dramatyczną opowieścią pełną wyolbrzymień. Pewnie dorzuciła łzy, kilka efektownych westchnień i własną wersję wydarzeń, w której Rose zwyzywała ją od najgorszych. A to już kłamstwo.
Rose nie zamierza się tłumaczyć. Zbyt długo pracowała na swoją godność. Zbyt dobrze zna takie zagrywki. Wie, jak to działa: kobieta bez mediów społecznościowych zawsze przegra z kobietą, która potrafi rozkleić się we adekwatnym momencie.
– Posłuchaj, sułtanie – mówi spokojnie. – Ja nie jestem w żadnym pieprzonym haremie. Nie będę walczyć o wpływy jak jakaś kotka w reality show. Albo robię tu robotę, którą mi dałeś, albo pakuję manatki i znikam. Ale nie licz, iż kiedykolwiek będę się płaszczyć przed twoją dekoracją.
– To ja prowadzę ten projekt, nie ty – odpowiada twardo. – Możesz być mistrzynią klawiatury, ale tu obowiązuje szacunek. Dla wszystkich. choćby dla maskotek. Nie chcesz się podporządkować to drzwi są tam – dodaje oschle, wskazując podbródkiem wyjście.
– Oczywiście, panie Rian. Jeszcze dziś zniknę z twojego życia. Ale zapłać mi za moją pracę. choćby sprzątaczka zasługuje na godne wynagrodzenie.
Wyłącza system i wychodzi, zostawiając Villego samego z urządzeniami, których nazw choćby nie zna.
Pakuje się w pośpiechu. Nie płacze. Nie może pokazać słabości. Na szczęście nie ma zbyt wielu rzeczy, więc zwinięcie wszystkiego zajmuje kilka czasu. Prosi pokojówkę o pomoc – kobieta bez słowa znosi walizki do samochodu.
Nie ma pożegnania. Emma gdzieś w terenie. Thomas znów w klubie. Robert pewnie grzebie przy motocyklu. Paul i Wendy wrócili do domu na wieś. Nie ma z kim się żegnać. Może to lepiej.
Rose schodzi głównymi schodami powoli, z wysoko uniesioną głową. Po drodze mija Viktorię. Z twarzy modelki nie schodzi uśmiech. Dziewczyna zerka w górę i zawadiacko posyła Villemu całusa. On stoi oparty o marmurową barierkę, z założonymi rękami. Viktoria przekazuje torebkę szoferowi, macha kokieteryjnie do Libertyna i wychodzi z domu, jakby właśnie zakończyła sesję dla poczytnego magazynu o urodzie.
Rose zatrzymuje się na dole, w holu głównym. Spogląda w górę, prosto na Villego. Kłania się lekko, z politowaniem. W jej oczach nie ma skruchy ani prośby o powrót.
Ville odchodzi od balustrady… ale w tym momencie do Rose przybiega Amidala z książką w rękach.
– O, Rose! Pogramy czy poczytamy?
Dziewczyna uśmiecha się ciepło. Ville wraca do barierki i znów opiera się o marmurową balustradę.
– Dobrze, poczytamy. Ale niedługo. Muszę już jechać do domu.
– Jak to jechać? Gdzie jechać? Nie rozumiem – Ami wyrzuca słowa jak z karabinu.
– Kochanie, moja praca się skończyła – mówi starając się brzmieć rzeczowo, choć głos lekko jej drży.
– Ale jak to… to już koniec? Ale będziesz nas odwiedzać, prawda?
– Skarbie, muszę wrócić do swojego życia. Do swoich obowiązków. Dorośli mają dużo na głowie. Nie bierz tego do siebie.
Sadza Amidalę obok siebie i zaczyna czytać. Kończy rozdział, przytula dziewczynkę mocno – jakby chciała zapamiętać ją dotykiem.
– To kto mi teraz będzie czytał? – Ami nie potrafi powstrzymać łez.
Rose z trudem przełyka ślinę, bierze głęboki oddech.
– Tatuś i ciocia Emma. Kochanie… czas na mnie.
Dziewczynka wtula się w nią najmocniej, jak potrafi. Niania podchodzi i delikatnie bierze ją za rękę. Rose zostaje sama. Patrzy w górę, na kopułę z freskami, potem na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał Ville. Jego już tam nie ma.
Kilka minut później odpala silnik. Miłe buczenie V8 Camaro wypełnia wnętrze samochodu. Rusza powoli. Gdy dojeżdża do bramy, widzi Villego opierającego się o nią z założonymi rękami.
– Rusz ten swój chudy tyłek! – krzyczy Rose, wysiadając z auta. Z oczu kipi jej złość.
Libertyn otwiera usta ze zdumienia.
– Ale żeś się nakręciła… Myślałem, iż jesteś damą, a tu takie słownictwo…
Rose opiera się o maskę. Ville drapie się po głowie, próbując zebrać myśli.
– Słuchaj, bo… montażysta czeka na materiały. Miałaś mu je dziś wysłać. Nic nie dostał.
– Aha – przerywa mu chłodno. – Więc zanim kogoś zwolnisz, upewnij się, iż ten ktoś skończył swoją pracę. Albo chociaż miał szansę ją skończyć.
Ville krzywi się, ale milczy. Rose patrzy na niego bez litości.
– Powiedz mi, Libertynie, kogo trudniej znaleźć? Gwiazdkę social mediów cykającą sobie selfiki, czy sprzątaczkę do twojego pieprznika w plikach?
– Czekaj… chcesz mi powiedzieć, iż Viktoria nazwała cię sprzątaczką?
– Zawód jak zawód. Każdy jest potrzebny.
Ville wyciąga telefon, klika coś szybko.
– Nikt nie będzie mojej informatyczki wyzywał od sprzątaczek. Ona nie przekroczy już bramy tego pałacu. Co ty na to?
Rose parska śmiechem, gładzi maskę swojego samochodu.
– A ja na to: wypuść mnie, wasza książęca mość. Nasza kooperacja właśnie się zakończyła.
Ville wzdycha. Wie, iż dalsza sprzeczka nie ma sensu. Z Rose nie wygra się emocjonalnego przeciągania liny. Cofnie się albo przegra.
Odsuwa się. Brama otwiera się z cichym sykiem. Camaro rusza. Rose, mijając marmurowe słupy wjazdu, wie jedno: wygrała.
Wraca do domu późnym wieczorem. Po drodze zahacza o sklep. Robi zakupy. Mimo listopadowej zawieruchy zjada pucharek lodów w cukierni. W domu dojada tabliczkę czekolady, a resztę wieczoru spędza na oglądaniu jakiejś głupiej komedii romantycznej. Umiera z przejedzenia. Z przesłodzenia. I tylko tyle może zrobić z tym, co czuje.
Tymczasem w pałacu atmosfera jest ciężka. Cicha, podszyta irytacją i niedowierzaniem. Zespół wraca po próbie. Wiedzą już, iż pani informatyk odeszła, a Viktoria została usunięta z Grupy Cieni. Kolacja przebiega w milczeniu. Mimo wszystko Ville wygląda na zadowolonego z siebie i wcina kanapkę z pomidorem.
Emma nie wytrzymuje. Siedzi przy stole z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Twarz ma napiętą, a głos niesie się przez całą jadalnię.
– Masz świetne wyczucie czasu. Montażysta zaraz znika na miesiąc, nie mamy wyselekcjonowanego materiału na kolejny odcinek, zero treści na socjale, żadnych spójnych nagrań z prób i nowych brzmień. Przed premierą drugiego sezonu. Przed trasą. Brawo.
Bije brawo. Najpierw Emma – teatralnie, powoli, z przesadą. Potem reszta dołącza, jak w absurdalnym chórze rozczarowania. Libertyn unika ich wzroku, jakby chciał zapaść się pod ziemię albo teleportować do innego wymiaru.
Thomas stoi oparty o ścianę, ręce trzyma w kieszeniach. Odzywa się spokojnie, ale nie ma w nim ani grama pobłażania.
– Promocja jak się patrzy. Rose siedziała ostatnio nocami, żeby zdążyć przed urlopem montażysty. A ty ją wywaliłeś kilka godzin przed tym, jak miała mu to wysłać.
Znowu brawa. Thomas prowadzi je z godnością, jak dyrygent opery ironii. Reszta wchodzi w rytm.
Robert rzuca cicho, ale z takim ciężarem, iż uderza jak cegła:
– Tylko ona wie, gdzie są te cholerne pliki. To ona to poukładała. Bez niej będziemy się w tym babrać co najmniej tydzień.
Robert bije brawo. Thomas gwiżdże. Paul, który już wcześniej zrobił chorągiewkę ze słomki i serwetki, macha nią jak na wielkim finale. Emma wiwatuje, jakby właśnie zagrali zwycięski koncert.
Paul bierze głęboki oddech, patrzy po kolei na wszystkich, a potem dorzuca z teatralnym westchnieniem:
– Ale przynajmniej pozbyliśmy się Viktori…
Przez sekundę zapada cisza. A potem wybuchają jednocześnie: brawa, wiwaty, śmiechy. Ville też klaszcze – nieco zbyt entuzjastycznie. Ten moment nosił w sobie od dawna.
– Działała mi na nerwy. Tolerowałam ją, bo… no wiadomo – mówi Emma ze śmiechem, mrugając porozumiewawczo do Roberta.
Ville uśmiecha się zawadiacko, jakby właśnie wygrał zakład. Robert oblizuje usta z miną pozornie niewinną. Paul puszcza oczko do Wendy, a ona tylko kręci głową z rozbawieniem.
Thomas odchyla się do tyłu i parska śmiechem.
– Do niczego więcej się nie nadawała. Z takim pustakiem dawno nie miałem do czynienia.
Zapada krótka konsternacja. Potem wszyscy wracają do jedzenia. Talerze szurają o obrus, ktoś nalewa soku, ktoś poprawia serwetkę, ktoś nuci pod nosem.
– A co z Amidalą? – pyta Wendy, przecinając tę chwilową „sielankę”.
Ville wzdycha. Obraca szklankę z herbatą w dłoniach.
– Córka mnie nienawidzi. Rose nic jej nie powiedziała. Niczego, co by sugerowało, iż to moja wina. Zachowała się z klasą. Pełne opanowanie. Nie wiem, czy jest taką aktorką, czy po prostu miała wywalone… Ale Ami twierdzi, iż ją okłamałem. Powiedziałem jej przecież, iż Rose zostanie z nami na dłużej.
– Rose powinna być traktowana jak ktoś więcej niż tylko pracownik – stwierdza Emma stanowczo. – Nie tylko przez wzgląd na Ami. Po prostu… ją lubię. Zresztą wzbudziła też sympatię rodziców.
Reszta przytakuje. Dla wszystkich to jasny sygnał: Dziewczyna należała już do Grupy ludzi użytecznych – tylko nie było okazji powiedzieć jej tego oficjalnie.
Wszyscy patrzą na Villego. Ten przewraca oczami i unosi ręce w geście kapitulacji.
– Dobrze, już dobrze. Jutro pojadę do niej. Pogadam z nią, poproszę, żeby wróciła do pracy. A na pewno zaproszę do naszej paczki.
Ledwie kończy to mówić, jak telefon Emmy wysyła powiadomienie. Dziewczyna zerka na ekran otwierając szerzej oczy z niedowierzania.
– Rose właśnie udostępniła posegregowane materiały – mówi w końcu. – Harry pisze, iż bierze się do roboty.
– Ta laska doprowadzi mnie do szału – stwierdza Ville stanowczo.
Wszyscy niemal równocześnie wypuszczają powietrze, bo właśnie zeszło z nich ciśnienie. Thomas klaszcze w dłonie z teatralnym rozmachem, aż echo odbija się od ścian jadalni. Paul unosi pięść w górę w geście zwycięstwa, jakby wygrał niewidzialny zakład. Emma patrzy w sufit, jakby szukała tam odpowiedzi na pytanie, skąd ta dziewczyna ma tyle klasy i chłodnej precyzji.
Robert mruczy pod nosem, z autentycznym szacunkiem:
– Porządna. Ja bym na jej miejscu zażądał ze sto tysięcy funtów za coś takiego.
Zapada chwila ciszy, po której wszyscy wybuchają śmiechem. Krótkim, nerwowym, ale szczerym. Robert klepie Libertyna po plecach jak kumpla, który właśnie przeżył bliskie spotkanie z huraganem. Ville się szczerzy. Ma ten swój bezczelny uśmiech – tarczę. Ale w środku już wie: jutro nie będzie miał lekko. Bo są sytuacje, kiedy nie wystarczy urok. Trzeba będzie powiedzieć coś prawdziwego. Może choćby przeprosić.








