Rozdział 4
Przysięga Rodowa.
Nad ranem, Rianhouse niemal całkowicie pustoszeje. Robert, Paul i Thomas rozjeżdżają się za swoimi sprawami. Sandra zabiera laptopa i rusza do RRstudio – czekają tam na nią nowe projekty zlecone przez jej firmę. Wendy zamyka się w sypialni, pochylona nad dokumentami i ekranem komputera. Amidala jest w szkole, mały Rob i bliźniaki Paula gdzieś ze swoimi nianiami, pewnie na spacerze. Cisza ogarnia przestrzeń, jakby sama willa brała głęboki wdech – idealny moment, by zająć się sprawami rodzinnymi, których nie załatwia się w hałasie codzienności.
Po wczorajszym wieczorze, kiedy Rose wymusiła na Ville prawdę o powstaniu Liberty Fade, napięcie między nimi nie znika, ale zamienia się w coś konstruktywnego. Chłopak jest gotowy na konfrontację, a Rose – gotowa podpisać dokument i zabrać tajemnicę do grobu. Ruszają razem w stronę gabinetu. Nie pada ani jedno słowo. Nie trzeba – wszystko już zostało powiedziane.
Gabinet wypełnia niemal święta cisza. Przez panoramiczne okno wpada mleczne światło grudniowego dnia. Za szkłem – pokryty szronem ogród, w którym rysuje się zaledwie zarys kamiennych schodów prowadzących do altany. Ściany w chłodnych odcieniach szarości kontrastują z betonowym biurkiem, surowym przypominającym architekturę nowoczesnych elektrowni. W rogu stoi industrialna lampa na chromowanym statywie. Pod ścianą – minimalistyczna witryna z katalogami, dokumentami i kilkoma obiektami sztuki użytkowej, zaprojektowanymi przez Ramiego. W powietrzu unosi się niemal niewyczuwalny zapach cyprysa i kadzidła. Subtelny. Mia nie toleruje ciężkich perfum.
Emma siedzi na kanapie w czarnym kombinezonie, przegląda coś na tablecie. Rami krąży przy regale, układając książki według swojego dziwacznego systemu tematyczno–rozmiarowego. Wygląda, jakby robił to tylko po to, by nie musieć siadać – ruch koi jego nerwy. Wtedy otwierają się drzwi. Ville i Rose wchodzą niemal jednocześnie – jak na niewidzialny znak. On z nonszalanckim uśmiechem, choć jego ramiona są delikatnie spięte. Rose – skupiona, z lekko podkreślonymi oczami i ustami, w ciemnej koszuli i prostych spodniach.
Mia nie podnosi głowy, doskonale wie, kto właśnie przekroczył próg. Bez słowa przesuwa dłonią, wskazując fotel naprzeciwko siebie. Rose podchodzi i siada powoli.
Dłonie trzyma splecione na kolanach. Oddycha spokojnie, ale palce lekko jej drżą. Na stole przed nią leży gruba księga w czarnej, matowej skórze. Na okładce wytłoczony herb Rathore – tygrys i lotos przecięte pionową linią. Bez tytułu. Bez nazwisk. Tylko znak rodu.
Mia otwiera księgę na pierwszej stronie. Papier jest gruby, kremowy, pachnie archiwum i zamkniętymi sejfami. Na górze widnieje tekst przysięgi.
Rose pochyla się i czyta w ciszy. Nie ma tu patosu. Nie ma wzniosłych słów o honorze. Jest lojalność wobec rodu. Obowiązek milczenia. Odpowiedzialność za wiedzę, którą otrzyma. Konsekwencje zdrady. I jedno zdanie zapisane twardo, bez emocji: od tej chwili jej decyzje nie należą już tylko do niej.
Gdy kończy, podnosi wzrok.
– Zapoznałam się.
Ville podchodzi do bocznej szafki. Wyciąga niewielką butelkę z czarnym atramentem i przelewa płyn do ozdobnego naczynka z ciemnego szkła. Stawia je na środku stołu.
Rami bierze dłoń Rose w swoją. Jego dotyk jest rzeczowy, spokojny, pozbawiony czułości. Przemywa opuszek palca chłodnym, bezwonnym płynem. Potem rozrywa sterylne opakowanie. W środku jest cienka chirurgiczna igła. Nakłucie jest szybkie i precyzyjne. Rose wciąga powietrze, ale nie cofa ręki. Na skórze pojawia się pierwsza kropla. Druga. Trzecia.
Rami przechyla jej palec nad naczynkiem. Trzy krople spadają do atramentu. Po wszystkim, Ville natychmiast przykleja jej mały cielisty plaster i delikatnie całuje jej dłoń.
Mia kartkuje księgę powoli, strona po stronie. Pod palcami przesuwają się podpisy zaufanych ludzi Indivar i RRstudio, nazwiska członków The R. Requiem i Liberty Fade. Atrament wsiąknięty w papier wygląda jak ślad po dawnych decyzjach — nie tylko o lojalności, ale też o pieniądzach, wpływach i granicach, których nie wolno przekraczać.
Nie wszyscy znają te same sekrety. To Rianowie decydują, kto wie, co i w jakim zakresie. Jedno jednak łączy wszystkich, którzy złożyli tu podpis: zgodzili się grać według zasad dynastii.
To rejestr ludzi dopuszczonych do pilnie strzeżonych tajemnic albo obdarzonych udziałami, dostępem i pozycją — w zamian za coś więcej niż dyskrecję. Za lojalność. Za uczciwość wobec układu. Za rezygnację z pokusy sięgania po więcej.
Gdy wreszcie trafia na pustą kartę, przesuwa w stronę Rose pióro – ciężkie, z czarnego metalu, z herbem rodu na stalówce.
Dziewczyna bierze je w palce. Zanurza końcówkę w atramencie. Na dole strony zapisuje swoje imię i nazwisko, miejsce i datę. Na moment zawiesza rękę, po czym dopisuje jedno słowo: Przyrzekam.
Mia zamyka księgę powoli, jakby pieczętowała nie dokument, ale czyjś los. Nagle wstaje. Jej ruch jest szybki, zdecydowany, niemal wojskowy.
– Wszyscy poza Rose. Na zewnątrz.
Ville reaguje natychmiast, jakby ktoś nacisnął przycisk.
– Co? Mamo, serio?
Wystarcza jedno spojrzenie. Lodowate. Spokojne. Bez cienia wahania.
– Sio.
I to wystarczy. Emma wzdycha teatralnie. Rami jeszcze przez moment poprawia coś na półce, uśmiechając się pod nosem, ale w końcu też rusza do drzwi. Ville wychodzi ostatni. Zatrzymuje się w progu, patrzy na żonę z wyczuwalną troską. Ona tylko lekko kiwa głową – da sobie radę.
Gdy zostają same, Mia wraca powoli na swoje miejsce. Siada z gracją, poprawia włosy ruchem, w którym jest jednocześnie elegancja i władza.
– Przeszłość zostawmy na chwilę. Za godzinę spotkamy się w naszej sypialni. Z dala od służby i ciekawskich spojrzeń. Teraz porozmawiajmy o przyszłości.
Rose pochyla się lekko chcąc lepiej słyszeć każde słowo.
– Nie jestem już najmłodsza – mówi Mia bez cienia dramatyzmu. – Nie wybieram się nigdzie, ale nie mam gwarancji, iż któregoś dnia szlag mnie nie trafi. A Imperium… wprawdzie ma następcę, ale ja chcę się dodatkowo zabezpieczyć.
Na chwilę zapada cisza. Jedynie szum ogrzewania przypomina, iż czas płynie.
– Chciałabym wdrożyć kogoś. Może nie teraz, nie w tej chwili… ale w niedalekiej przyszłości. I pomyślałam o tobie. Ville wie o firmie więcej, niż mu się wydaje. Jego praca w radzie nadzorczej RRstudio to świetna praktyka. Uczy się i widać, iż go to kręci. Zresztą pewnie słyszałaś – ostatnio dałam mu plik dokumentów finansowych Indivar Group do przejrzenia.
Rose parska cicho.
– Zarwał kilka nocy i przeklinał wszystko, co się dało.
– Bardzo dobrze – kiwa głową Mia. – Ale myślałam też o tobie. O tym, żebyś – jeżeli coś by mi się stało – była wsparciem dla Villego. Żebyście razem weszli do mojego gabinetu i pociągnęli to dalej.
Wstaje od biurka i podchodzi bliżej.
– Nie chcę cię odciągać od twojej pracy. Wiem, iż cenisz niezależność, wspierasz Villego, jesteś świetną mamą dla Ami. Ale chciałabym wprowadzić cię w struktury Imperium. Tak, byś wiedziała, jak to działa od środka. A wierz mi – jest się czego uczyć.
– Domyślam się.
– Potrzebuję kogoś zaufanego – mówi, nachylając się lekko. – Kogoś, kto będzie przy Ville, ale też ma własną głowę na karku. A ty, Rose, jesteś bystra i rozumiesz zasady, jakie tu obowiązują. To naprawdę dużo.
Dziewczyna milczy przez moment. Bierze głęboki oddech, spogląda niepewnie na teściową.
– To ogromny zaszczyt.
– Raczej zwykły biznes – kwituje Mia, rozkładając dłonie.
Obie parskają śmiechem. Rose czuje, jak napięcie opada.
– Zakres twojego zaangażowania zależałby od ciebie – ciągnie Mia rzeczowo. – Może to być tylko podstawowa orientacja, a może… dużo więcej.
– Miłe, iż mi ufasz. Ale… nie jestem fizykiem.
– Indivar to nie jednoosobowa działalność gospodarcza. To globalny koncern. Nie musisz znać się na wszystkim – od tego są sztaby inżynierów, analityków i prawników. Oczywiście dobrze, jeżeli złapiesz podstawy. Nie tylko z energetyki jądrowej, ale też z innych filarów naszej działalności. Masz ścisły umysł. Poradzisz sobie.
Siada z powrotem w fotelu, zaczyna się lekko bujać. Bierze pióro z herbem dynastii i celuje nim w Rose.
– Zastanów się. Czy chcesz dalej być w cieniu Riana juniora… czy tworzyć coś naprawdę własnego. Coś wielkiego. Nie śpiesz się. Pogadaj z Ville. Wiem, iż teraz macie ręce pełne roboty – trasa, program. Jednak jeżeli się zdecydujesz… przyjdź. Mój gabinet jest dla ciebie zawsze otwarty.
Włącza wygaszony ekran z pasjansem. Uśmiecha się lekko.
– Do zobaczenia za chwilę.
Sypialnia państwa Rian to przestronny apartament – miejsce, do którego nikt nie ma dostępu. Rose była tu może raz. Tak jak w pałacu w Surrey, tak i tutaj pokój mamusi i tatusia pozostaje zamknięty. Zawsze. Tym razem jednak odbywa się tu bardzo poufna rozmowa – i nigdzie indziej nie byłoby to tak adekwatne.
Wnętrze urządzone jest w chłodnym, luksusowym stylu: szklane tafle, ciemne drewno, jedwabie w odcieniach zieleni. Nie ma tu sentymentalnych zdjęć ani osobistych pamiątek. Jedynie ściana z kilkoma najważniejszymi platynami Ramiego – dyskretny znak, iż ta sypialnia należy także do legendy muzyki. Ville twierdzi, iż powieszono je dopiero kilka lat temu. Wcześniej leżały w prywatnym sejfie Mii.
Mia siada na szerokim, niskim szezlongu. Libertyn staje pod oknem. Emma opiera się o ścianę z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Rami cicho zamyka drzwi.
Rose siada ostrożnie. Po raz pierwszy w życiu naprawdę czuje, iż została zaproszona do środka – dosłownie i symbolicznie.
– No dobrze… od czego by tu zacząć? – mówi Ville, a jego oczy zdradzają niepewność.
Mia przesuwa wzrokiem po twarzach zgromadzonych, po czym lekko wzrusza ramionami.
– A może od niczego. Może niech Rose zacznie?
Dziewczyna zerka na nich z półuśmiechem, jakby wciąż próbowała rozpoznać teren. Jej głos jest spokojny, ale napięcie słychać w każdym słowie.
– Po tej dawce emocji nie wiem, czego mam się spodziewać. Znam oficjalną wersję – tę dla najbliższych przyjaciół. Ale skoro sprawa ma kolejne dno… to zapytam wprost. Wytwórnia Aurora Drive należała wcześniej do RRstudio, tylko bez żadnej wzmianki w dokumentach?
– Nie – wtrąca Mia spokojnie. – Ale to dobry trop.
Libertyn opiera się biodrem o parapet. Mówi swobodnie, choć w jego tonie słychać, iż dobrze wie, co nadchodzi.
– Mama kupiła wytwórnię, zanim w ogóle tam weszliśmy. Umowa była dla nas wyjątkowo korzystna. A Aurora była wtedy na skraju bankructwa.
Rose mruży oczy, obserwując go uważnie.
– Jak znam rodzinę Rathore Rian, to i tak nie wszystko. A Mia musiała trochę pokombinować, żeby świat uwierzył w bajkę o młodym artyście, który zaczynał od zera.
Libertyn wybucha śmiechem. Emma tylko kręci głową z politowaniem. Rami patrzy na żonę z miną, która mówi wszystko – jakby zaraz miał ją udusić… albo wręcz przeciwnie.
– Kiedy Ville był jeszcze w szkole – wtrąca Rami przez zaciśnięte zęby, rzucając spojrzenie w stronę żony – i zaczął komponować własną muzykę przewidzieliśmy, iż prędzej czy później będzie chciał wydać swój album. Ustaliliśmy z Mią, iż znajdziemy bankrutującą wytwórnię w której on dostanie odpowiednie warunki finansowe i wolność artystyczną.
Emma wzdycha i rzuca tonem znudzonym, ale w punkt:
– Ojciec miał na oku kilka wytwórni, w końcu padło na Aurorę. Plan był prosty: kupić ją po debiucie Villego. Wszyscy wiedzieliśmy, iż jego muzyka jest dobra i iż ma szansę wypłynąć.
Rami mruczy bardziej do siebie niż do innych:
– Chciałem kupić tę wytwórnię nie tylko po to, by mieć prawa do Liberty Fade. Chciałem też w coś zainwestować, poszerzyć działalność. Oczywiście Mia o wszystkim wiedziała.
Jego spojrzenie znowu pada na żonę – tym razem przenikliwe, nieprzyjemnie uważne.
Libertyn wzrusza ramionami, jakby ten temat był już dawno zamknięty.
– Wiedziałem, iż wchodząc do Aurory, wchodzę w rodzinny biznes. Dokumenty były dostępne, ale tylko ktoś, kto naprawdę umie szukać, mógł dotrzeć do informacji o prawdziwym udziałowcu. I to też było dobrze zamaskowane.
Mia odzywa się spokojnie, niemal obojętnym tonem:
– Wytwórnię Aurora Drive kupiła spółka–widmo Violet Ventures, zarejestrowana w Wielkiej Brytanii. Firma była jedną z wielu spółek–córek pewnego holdingu należącego do funduszu inwestycyjnego Orchid Crest Global z Dubaju. W żadnej strukturze – ani zarządczej, ani właścicielskiej – nie istnieje nazwisko Miraaya Rathore.
Wzrusza ramionami z chłodnym spokojem.
– Nasz fundusz z Dubaju prowadzi różne inwestycje wysokiego ryzyka. To normalne.
Rose czuje, jak coś pulsuje jej w skroniach. Myśli zaczynają się plątać, ale teściowa nie daje jej czasu w refleksję.
– A mimo to mój syn się domyślił.
– To nie było trudne. Wiedziałem, iż nie pozwolicie, by ktoś inny czerpał zyski z mojego debiutu. Wystarczyła drobna wzmianka o firmie, która na początku 2021 roku kupiła Aurorę. Potem pogrzebałem w sieci i kiedy dotarłem do funduszu z ZEA, wszystko stało się jasne.
– Nie dla wszystkich… – mruczy Rami pod nosem
Mia wzdycha cicho, patrząc w przestrzeń.
– Po premierze albumu przyszedł do mnie mój syneczek…
Mia siedziała w gabinecie pałacu w Surrey przed gigantycznym ekranem; wykresy pulsowały na nim niczym linie życia jej Imperium. Jedną ręką przesuwała dane na touchpadzie, drugą trzymała filiżankę espresso, którego choćby nie piła – zapach miał jedynie utrzymywać ją w trybie bojowym.
Drzwi otworzyły się bez pukania. Ville wpadł do gabinetu na sprężystym kroku, niby pewny siebie, a jednak czujny jak kot na cudzym terytorium. Odbił się od kantów mebli, zdjął marynarkę i zarzucił ją nonszalancko na oparcie fotela, zanim w ogóle usiadł.
– Dziękuję za prezent, mamusiu – rzucił, kiwając palcami w powietrzu w stronę wykresów.
Mia choćby nie podniosła wzroku. Wymruczała ciche „hmmm…”, jakby kontemplowała kształt kolejnego słupa na diagramie.
Chłopak przesunął się na skraj fotela, pochylił do przodu i oparł łokcie na kolanach.
– Ta umowa, wynegocjowana przez ciebie i ojca, dała mi wolność i całkiem przyjemną perspektywę finansową.
– Nie wiem, o czym mówisz – powiedziała niespiesznie, nie odrywając wzroku od klawiatury.
Ville parsknął śmiechem, odchylił się i założył nogę na nogę, rytmicznie bujając stopą.
– No chyba iż ojciec to wszystko załatwił. Genialny ruch – bankrutująca wytwórnia łapie się czegokolwiek, żeby spłacić długi, a on haruje, żeby mnie przekonać do Aurory. Z moim materiałem mogłem pójść gdziekolwiek.
Mia wreszcie oderwała wzrok od ekranu i zwęziła oczy.
– Spostrzegawczy jesteś.
– Czyli przyznajesz mi rację?
– Tak. O tym wie tylko nasza trójka. A wypłynięcie tej informacji… – przesunęła palcem w dół ekranu i wykres przygasł – mogłoby zakończyć twoją karierę. – Daliśmy ci z ojcem pomoc, wiem, iż tego nie chciałeś, ale…
– Och, nie przejmuj się. To było miłe. Wolność twórcza jest ponad wszystko.
– Cieszę się, iż tak do tego podchodzisz.
Chłopak zerknął na ekran. Na bokach przesuwały grafiki spółek; na jednym z nich mignęło dubajskie logo funduszu. Uśmiechnął się jak lis.
– Muszę podziękować jeszcze jednej osobie z zagranicy.
– Komu? – zapytała mrużąc oczy.
Ville wstał, przeciągnął się, przeszedł dwa kroki i wziął do ręki kryształowy przycisk z logo IG. Obracał go przez chwilę w palcach.
– Chyba osobiście pojadę do… Dubaju.
Odstawił przycisk z cichym stuknięciem i posłał matce całusa z powietrza. Mia lekko napięła szczękę. Palce zacisnęły się jej na krawędzi biurka.
– Skąd wiesz? – zapytała, a jej głos stał się nagle suchy jak papier.
Chłopak wrócił na fotel powoli, niemal z czułością wygładził nogawkę spodni.
– Spokojnie. Skoro ja nie doszukałem się twojego nazwiska, nikt tego nie zrobi. A gdy ojciec dokończy transakcje i oficjalnie kupi Aurorę włączy ją do RRstudio, sprawa zniknie pod dywanem na dobre.
– jeżeli ktoś się dowie, to koniec. Zaszkodzisz i sobie, i mnie. Wiesz o tym.
Ville westchnął jak nauczyciel tłumaczący tabliczkę mnożenia.
– Ale się nie dowie. Zadbałaś o wszystko. Ja mam wolność, wy – zarobek, fani piękną bajkę o chłopaku znikąd. Cudownie, prawda?
Kobieta odchyliła się w fotelu, splotła ręce na piersi. W jej oczach błyszczał gniew zmieszany z dumą.
– Podpuściłeś mnie, gnojku. Udawałeś, iż chcesz wszystko sam.
On tylko zaśmiał się nisko i poprawił mankiet koszuli.
– Mam nadzieję, iż w Indivar kamienna twarz wychodzi ci lepiej niż tutaj.
Mia zamknęła oczy, wzięła głęboki wdech i wydech. Łuk jej brwi opadł.
– Tylko ojcu nie mów o naszej rozmowie.
– Bo?
– Natrudził się nad planem wprowadzenia was do Aurory. Teraz ma dużo na głowie. Niepotrzebne mu emocje – stwierdziła bez wahania.
Ville zmarszczył brwi i oderwał wzrok od ekranu.
– Nie powiedziałaś mu?
Mia wzruszyła ramionami, jakby chodziło o jedną z setek drobnych, praktycznych decyzji.
– Och, zapomniałam. Wtedy prowadziliśmy tuzin inwestycji. Wytwórnia była tanią zabawką.
– Ile za nią zapłaciłaś? Sześćset… osiemset tysięcy funtów? – przechylił głowę, próbując coś skalkulować w pamięci.
– Sześćset pięćdziesiąt. Dobra cena – westchnęła i spojrzała gdzieś w bok.
Chłopak skinął głową, wstał i sięgnął po marynarkę.
– Ale chyba kiedyś mu powiesz?
– Dowie się w swoim czasie. Nie martw się – powiedziała, poprawiając mankiet koszuli królewskim gestem.
– Oczywiście, Madam Violet Ventures…
Rose odchyla się w fotelu czując, iż na moment zabrakło jej tchu. Drapie się po głowie próbując wszystko ułożyć w jedną całość.
– Wow… chyba muszę się przewietrzyć – rzuca półgłosem, po czym wbija wzrok w męża. – Vivaan, ty manipulancie. Jak mogłeś?
Libertyn szczerzy się bezwstydnie, rozparty jak książę chaosu. Emma kręci głową z westchnieniem – zna to aż za dobrze, widziała to setki razy. Rami… patrzy na Mię i zaciska pięści, aż bieleją mu stawy.
Rose obraca się z powrotem w stronę męża. Głos ma zbyt słodki jak na tę sytuację.
– To powiedz, kochanie, co chciałeś od Mii za swoje milczenie. Platformę wiertniczą? A może gwiazdę z nieba?
Patrzy mu prosto w oczy, jakby rozrywała warstwy jego pokerowej twarzy.
– Nie… – mówi ciszej. – To było coś innego. Coś osobistego, prawda?
Chłopak milczy. A w tym milczeniu jest coś nowego – miękkiego. Nie odwraca wzroku.
Mia, która do tej pory stała nieruchomo, powoli odwraca się w stronę Rose. Przykłada dwa palce do swoich oczu, potem wskazuje nimi na synową. I’m watching you. To nie ostrzeżenie. To zaproszenie.
– Tak – odpowiada w końcu cicho, ale pewnie. – To było coś osobistego.
Emma zamyka tablet, odkłada go z westchnieniem i unosi brwi. Rami przenosi wzrok z syna na Mię, ale nie odzywa się ani słowem. Jego spojrzenie mówi wszystko: ,,Co wyście, do cholery, wymyślili?”
Ville przez chwilę patrzy na matkę, jakby czekał na przyzwolenie. Ale ona milczy. Już wie, iż teraz to jego ruch.
– No dobrze – zaczyna. – To nie był koniec rozmowy…
Ville nie siedział już spokojnie – przechadzał się po gabinecie jak kot w klatce, raz po raz zatrzymując się przy biurku Mii. Jej ekran zgasł, gdy jednym, precyzyjnym ruchem zamknęła laptop.
– Oj, milczenie będzie kosztować… oj, będzie… – rzucił, opierając dłonie o blat i patrząc matce prosto w oczy z tym swoim pyskatym uśmiechem.
– Lot w kosmos?
– Chcę reaktor – odpowiedział bez mrugnięcia.
Mia zaśmiała się krótko, nerwowo, i odchyliła w fotelu.
– Chyba polonu się nażarłeś.
– Mam coś lepszego… – zrobił teatralną pauzę, zbliżył się i stanął naprzeciwko niej. – Za kilka tygodni gram w Londynie. Będziesz moją fanką.
– Przecież idę na ten koncert – rzuciła Mia, jakby to było oczywiste.
– Nie tak. Wejdziesz z tłumem. Jak normalna dziewczyna. Żadnych VIP–owskich wejściówek, żadnych zakulisowych kombinacji. Staniesz pod sceną. Będziesz się bawić. A potem prywatny after z Liberty Fade. Do końca. Wiesz… będę już pełnoletni.
Mia przewróciła oczami. Brak dowodu osobistego nigdy nie powstrzymywał jej syna przed imprezowaniem ze starszymi i znikaniem w klubach do rana.
– Setki razy stałam pod sceną, kiedy twój ojciec grał. To żadna nowość.
– Ale dawno tego nie robiłaś – Ville nachylił się ku niej z rozbawieniem. – Już choćby nie pamiętam, kiedy ostatnio bawiliśmy się razem pod sceną na koncertach ojca. Zasiedziałaś się w loży VIP, matko. Przypomnisz sobie stare, dobre czasy.
Mia zamknęła oczy i pomasowała skroń, jakby walczyła z migreną.
– Tam jest… głośno.
Ville przytaknął z entuzjazmem.
– Tak.
– I gorąco… – mruknęła, rozpinając górny guzik marynarki.
– O, tak.
– I tłum fałszuje… – dodała, spoglądając na niego z wyraźnym cierpieniem na twarzy.
Ville uśmiechnął się jak czort.
– Ooo, tak!
Mia przewróciła oczami i uniosła ręce w geście kapitulacji.
– Dobrze. Wygrałeś.
On tylko zrobił piruet, jakby właśnie odbierał Oscara, i pocałował ją w czubek głowy.
– Będzie pięknie.
Libertyn kończy swoją opowieść potakując powoli głową, a jego twarz rozjaśnia szczery uśmiech. Rose patrzy na nich wszystkich jak na dobrze wyreżyserowaną farsę.
– A jak było na koncercie? – rzuca niepewnie, próbując wciąż ogarnąć, w co adekwatnie weszła.
Ville rozpromienia się i przygryza dolną wargę z satysfakcją, ale zanim zdąży odpowiedzieć, Mia przecina ciszę suchym tonem:
– Głośno. Gorąco. Ludzie fałszowali. Zadowolona?
Rose chichocze cicho i kręci głową z niedowierzaniem.
– Dlaczego mam wrażenie, iż to nie koniec tej historii?
– Bo to nie koniec… – dorzuca Emma z drugiego końca sypialni.
Libertyn wzdycha teatralnie, jakby dopiero teraz dochodził do adekwatnej kulminacji.
– Wreszcie ojciec oficjalnie kupił Aurorę. Gdy tylko ostatnie udziały przeszły na RRstudio, natychmiast wciągnął ją w struktury swojej wytwórni. choćby nazwa nie została. Po całej akcji zaprosił mnie do gabinetu, kazał sobie pogratulować, bo od tamtej chwili miał prawa do mojej twórczości. Cieszył się jak dziecko.
Rami gwałtownie wstaje z fotela, aż Emma odruchowo cofa się o krok. Patrzy na Mię ze wściekłością, która ledwo mieści się w jego ciele.
– A syn mówi mi: „Przecież miałeś mnie w swoim portfolio od początku. No wiesz – nieoficjalnie”.
– Rose… ja byłem pewien, iż mama mu powiedziała. Myślałem, iż ta cała transakcja między RRstudio a tą spółką–wydmuszką Mii to po prostu przelanie pieniędzy z jednego konta rodziców na drugie. To było chore. Bo ojciec nic nie wiedział.
Rami zaciska dłonie, ale głos ma opanowany, zimny jak lód.
– Kiedy zapytałem, o co chodzi, ten zrobił tę swoją niewinną minę… i uciekł z biura. Wsiadł do czerwonego Porsche i odjechał z piskiem opon, jak nastolatek po zerwaniu z dziewczyną.
– Nie wiedziałem, co robię. W sumie wkopałem mamę. Nie wiedziałem, do której bramki gram!
Rami przechadza się nerwowo po pokoju, przeczesując włosy.
– Domyśliłem się, o co chodzi. Popatrzyłem na papiery i… już wiedziałem.
Rose mruży oczy z niedowierzaniem.
– Przecież masz prawników. Nie wiedziałeś, od kogo kupujesz?
– Wiedziałem, ale wszystko było zakamuflowane. Papiery Aurory były czyste. Legalne. Przecież w takich strukturach holdingowych to normalne. W branży muzycznej każdy coś ukrywa. Spółki, inwestycje, nazwiska. To taka gra planszowa – tylko stawki inne.
Mia wzrusza ramionami z nonszalanckim wdziękiem.
– Nie zmieniłam zarządu. Holding spłacił tylko te długi, które nie cierpiały zwłoki.
Rami rzuca w powietrze z ironią:
– No, brawo ty!
Kobieta śmieje się szczerze, niemal zalotnie, podchodzi do niego i muska go dłonią po barku. Rami mięknie. Patrzy na nią przez sekundę z urazą, po czym posyła jej buziaka w powietrzu, jakby chciał powiedzieć: ,,Znów mnie przechytrzyłaś, czarownico.”
Libertyn rozsiada się głębiej i rozkłada ręce jak konferansjer.
– Ale to, co było potem… to dopiero wisienka na torcie.
Rami odwraca się gwałtownie, a oczy aż mu błyszczą.
– Myślałem, iż babę zabiję!
– A było to tak…– ciągnie Ville.
Mia siedziała w swoim pałacowym gabinecie, otoczona folderami, raportami i szkicami nowych projektów. Przygaszone światło i zapach kadzidła tworzyły złudne wrażenie spokoju.
Za ścianą było słychać kroki Villego. Właśnie wrócił z Londynu. Zrzucił kurtkę na fotel w salonie, krążył niespokojnie, jakby szukał powietrza w za małym pomieszczeniu. I wtedy… drzwi główne trzasnęły. Rami wpadł do pałacu jak burza.
– MIA! MIAAA!
Jego głos poniósł się echem po marmurowych korytarzach. Ville, słysząc ton ojca, zastygł, po czym cicho skradł się do biblioteki. Otworzył drzwi bezszelestnie, wślizgnął się do środka i schował za regałem z oprawionymi tomami z lat siedemdziesiątych. Przycisnął się do drewna i nasłuchiwał.
Tymczasem Rami wpadł do gabinetu. Drzwi odbiły się od ściany z hukiem. Twarz miał czerwoną, oczy rozszerzone.
– Czyś ty oszalała?! – ryknął, rzucając klucze na biurko.
Mia nie drgnęła choćby o milimetr. Siedziała wyprostowana, z rękami złożonymi na kolanach.
– Zrobiłaś ze mnie idiotę! – chodził tam i z powrotem jak zwierzę uwięzione w klatce. – I żeby to Ville wiedział przede mną?!
– Jest bystry – odpowiedziała chłodno.
Zatrzymał się w pół kroku, przekręcił głowę jak zraniony drapieżnik.
– Mam nadzieję, iż zadbałaś o dyskrecję. Oczywiście, iż zadbałaś. Aurora już przecież nie istnieje. Spółka holdingowa…
– Raczej fundusz inwestycyjny – poprawiła go z niemal ironiczną uprzejmością.
– Cholera jasna! – wrzasnął, waląc dłonią w oparcie fotela. Zacisnął pięści, walcząc z oddechem. – Dlaczego?! – podniósł głos. – Pytam: dlaczego?!
Ona milczała, ale spuściła wzrok. Rami zrobił krok w tył. Potem jeszcze jeden. I powiedział cicho, bez dramatyzmu, ale z czymś, co bolało bardziej niż krzyk:
– To koniec, Mia. Koniec z nami.
Za ścianą Ville zamknął oczy. Nie oddychał. W tle coś tykało – może zegar, może serce, może czas, który właśnie się rozsypał.
Libertyn odchyla się w fotelu i gestykuluje szeroko jak aktor w monodramie.
– Czaisz to, Rose? Ja w życiu widziałem ojca tak wkurwionego tylko dwa razy. To był pierwszy raz.
Ona podpiera brodę na dłoni, patrzy na niego uważnie i uśmiecha się delikatnie – bo doskonale pamięta ten drugi.
– Gdybyś wiedziała, co zrobiła mama… Jak zareagowała na jego wrzaski…
Na słowa męża Mia choćby nie drgnęła. Jedynie lekko zmarszczyła brwi, obserwując Ramiego, który krążył po pokoju, szarpiąc się za włosy.
Następnie spokojnie podeszła do komody, otworzyła ją i wyjęła eleganckie cygaro w skórzanym etui. Odpaliła je bez pośpiechu, jakby miała przed sobą całe popołudnie. Zaciągnęła się raz, drugi, a potem – z cygarem w zębach – podeszła do męża. Stanęła za nim, jedną ręką masowała go po karku, drugą trzymała żarzący się zwój.
– Nie dramatyzuj – rzuciła chłodno, bez litości.
Rami znieruchomiał. Jego twarz przeszła przez całe spektrum emocji – od czerwieni wściekłości, przez fiolet, aż po bladość rozczarowania. Wyglądał, jakby miał albo wybuchnąć, albo się rozpłakać.
Mia wróciła na fotel i usiadła z godnością cesarzowej. Wypuściła dym leniwie, pod kątem w stronę sufitu.
– Zarabianie na twoim talencie – i ostatnio talencie Villego – to moje hobby.
Uśmiechnęła się półgębkiem.
– Materiał naszego syna był genialny. A ty? Ty chciałeś poszerzyć działalność, prawda?
Rami otworzył usta, ale nie wydobył z nich żadnego dźwięku. Gdy w końcu zebrał się w sobie, zapytał drżącym głosem:
– Ile na mnie zarobiłaś?
– Bardzo okrągłą sumkę.
Patrzył na nią z niedowierzaniem, już nie wiedząc, czy ma krzyczeć, czy zamilknąć na wieki.
– Nie rozumiem, dlaczego jesteś zły. Potraktowałeś naszego syna i Liberty Fade jak produkt, więc powinieneś wiedzieć, iż tam, gdzie jest perspektywa zysku, tam jestem ja. Czysty biznes – rzuciła bez emocji, zaciągając się lekko cygarem.
W tym momencie zza regału wyleciał Ville. Dosłownie wyskoczył z ukrycia, nie mogąc już dłużej wytrzymać.
– MATKO! MISTRZU! – krzyknął teatralnie i rzucił się na kolana przy jej fotelu. – Jestem twoim wiernym sługą! Obiecuję nigdy ci się nie sprzeciwić! Prowadź mnie w biznesie!
Mia spojrzała na niego znad cygara. Zaciągnęła się głęboko. Przeciągle. Wypuściła dym prosto w jego twarz.
– Synu… jeszcze nie. Skup się na karierze. A kiedy będziesz gotowy… pokażę ci adekwatną drogę.
Ville oparł głowę na jej kolanach jak mały chłopiec.
Rami z westchnieniem opadł na brzeg fotela – wyczerpany, pokonany, ale jednak… odrobinę rozbawiony.
Rose siedzi bez ruchu. Jej spojrzenie błądzi między twarzami członków rodziny, jakby próbowała połączyć punkty na zbyt chaotycznej mapie.
– Jesteście nienormalni. Ta rodzina to… wariaci.
Patrzy na siedzącego dumnie Villego. Na Mię. Na Ramiego. Na rozbawioną Emmę.
– To… nie. To niemożliwe. To Matrix. Ja chcę uciec.
Teściowa powoli odwraca głowę. Jej spojrzenie ciemnieje.
– Za późno. Za późno, Rose.
Ville szczerzy się jak diabełek z teatrzyku kukiełkowego. Ale Rose nie patrzy na niego. Odwraca się w stronę swojego teścia.
– Ale nie rozwiodłeś się z Mią…
Rami wzdycha i teatralnie rozkłada ręce, ale nie zdąża odpowiedzieć, bo Mia już wtrąca się miękko, nonszalancko, z lekkim zmrużeniem oczu:
— Ale się musiałam go naprzepraszać… Ale to już nasza… prywatna sprawa.
Libertyn robi dziwną minę, jakby właśnie zobaczył coś, czego wolałby nie widzieć. Potem, bez słowa, pokazuje ojcu kciuk w górę. Rami tylko przewraca oczami.
Rose jednak nie odpuszcza. Zerka w bok, łapie spojrzenie Emmy.
– Od kiedy wiesz?
– Dowiedziałam się jakoś niedługo po transakcji. Zresztą braciszek, w swoim dramatyczno–teatralnym stylu, zademonstrował mi całą historię. Tyle iż wtedy siedzieliśmy w pokoju rodziców w Surrey.
Ville uśmiecha się zawadiacko. Mia nic nie mówi – tylko przesuwa palcem po blacie, jakby obliczała ruchy w kolejnym etapie. Rami patrzy w sufit, błagając wszechświat o znak, iż to się kiedyś skończy.
Rose kręci głową z rezygnacją, ale jej mina się zmienia. Czoło się wygładza, oddech wyrównuje. Patrzy na teściową dłużej, niż wypada. Jej głos brzmi spokojnie.
– Mia, czy to nie jest tak, iż wykorzystałaś Vivaana żeby wygadał się ojcu, żebyś nie musiała robić tego sama?
Kobieta zagryza wargi, próbuje się nie roześmiać. W końcu tylko unosi dwa palce do oczu, potem w kierunku Rose. I’m watching you.
Nagle Ville zrywa się z miejsca, jak rażony prądem.
– Nie! Tylko nie to!
Mia przechyla głowę z czułością.
– Kochanie, jesteś moim synem…
Rami rzuca w przestrzeń z udawaną rozpaczą:
– Oj, znowu Mia… Znowu będziesz mnie przepraszać… To już jest poniżej wszelkiej krytyki!
Ona nie przestaje się uśmiechać.
– Antero, kocham cię.
– Ja ciebie też… – odpowiada, udając obrażonego.
– Oj, cudownie, iż się kochacie – wtrąca Rose z ironią w głosie. – Ale teraz pogadajmy o tym, jak było na koncercie.
– Kochanie – mówi Ville, podchodząc do niej powoli. – Opowiem ci później, nie chcę denerwować ojca.
Bierze ją za rękę. Oboje wychodzą z sypialni rodziców, a tuż za nimi rusza Emma.
Mia i Rami zostają sami, przez chwilę panuje cisza, a potem on przyciąga ją do siebie z tym charakterystycznym błyskiem w oku.
– Opowiesz mi, jak było na koncercie?
Ona uśmiecha się zawadiacko, nie odpowiada od razu. Zamiast słów, pochyla się i całuje go powoli, bez pośpiechu – delektując się każdą sekundą.
Dziesięć tysięcy osób zgromadzonych w hali dudniło od napięcia, jakby wszyscy wstrzymali oddech w oczekiwaniu na pierwszy dźwięk. Światła zgasły. Na scenę weszli oni – młodzi, jeszcze nieopierzeni, a już obdarzeni magnetyczną siłą. Liberty Fade.
Libertyn pojawił się jako ostatni, w półmroku, krokiem powolnym, niemal scenicznym. Wokół niego zapadła cisza. Mikrofon w dłoni. Przez kilka pierwszych taktów słychać było tylko pianino i jego głos – miękki, surowy, czysty. Ballada. Wzruszająca, intymna, jakby śpiewał ją tylko do jednej osoby.
A potem przyszło uderzenie światła. Kolorowe błyski przecięły dym. Gitara szarpnęła nerwy. Tłum eksplodował. Ville poruszał się w transie – płynnie, pewnie, z tą dziwną lekkością, która hipnotyzowała widzów. Przebiegł wzrokiem po publiczności, zmrużył oczy, szukał… i znalazł.
Stała tuż przy scenie, blisko barierek. Jeansowe szorty, czarne kozaki do kolan, obcisły czarny t–shirt i skórzana kurtka. Włosy spięte w ciasny warkocz, w uszach długie, lśniące, srebrne kolczyki. Wyglądała młodo. Nie jak kobieta po czterdziestce, ale jak jedna z tych młodych fanek. Z tą różnicą, iż śpiewała każdą zwrotkę. Każde słowo. Z pasją. Bez śladu maniery.
Ville nie spuszczał z niej wzroku przez kilka długich sekund. Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Przy ostatnim refrenie zszedł ze sceny – robił to zawsze – żeby przybijać piątki, łapać żółwiki, dotykać dłoni. Publiczność kochała go za to. Przechodząc obok niej, zatrzymał się na moment. Ujął jej dłoń i pocałował ją powoli. Mia odwzajemniła spojrzenie, nieco przekornie, jakby ten gest wcale jej nie zaskoczył.
Libertyn ruszył dalej, już się nie oglądając, ale uśmiech nie schodził mu z twarzy. Koncert zakończył się w euforii. Publiczność wciąż skandowała nazwę zespołu, choć światła były już zapalone. Wśród rozentuzjazmowanego tłumu przechadzał się ochroniarz. Wręczył Mii i kilku innym dziewczynom eleganckie zaproszenia. Afterparty. Miejsce prywatne. Wejście tylko dla wybranych.
Wieczorem klub pulsował basem. W środku trwała już impreza – głośna, dzika, bezwstydna. Ville był pogrążony w objęciach dwóch dziewczyn: jedna całowała go w szyję, druga śmiała mu się do ucha. Emma tańczyła z jakimś blondynem, Rob flirtował przy barze, Thomas przytulał się namiętnie do wysokiej brunetki. Paul całował się na środku parkietu z dziewczyną w zielonej sukience, całkowicie zapominając o otaczającym świecie.
I wtedy w drzwiach stanęła Mia. Zespół ją zauważył. Ich spojrzenia były pełne niedowierzania i rozbawienia. Ville odwrócił głowę i zamarł. Patrzył na nią jak na zjawę. Dziewczyny obok próbowały go zatrzymać, ale uniósł rękę, odsuwając je łagodnie.
– Oj, nie musisz tego robić – rzuciła Mia z uśmiechem, unosząc brew.
Chłopak zaśmiał się krótko i podszedł do niej.
– Ten wieczór, Mia, należy do nas. Whisky?
Przytaknęła bez wahania. Usiedli razem przy jednym z bocznych stolików. Pili, rozmawiali, śmiali się. Mia była ewidentnie zadowolona – oczy jej błyszczały, a policzki miała zaróżowione. Opowiadała o tym, jak wyglądało światło przy balladzie, jak brzmiały gitary, jak dobrze Ville radził sobie z publicznością. On słuchał, kiwał głową, czasem coś dopowiadał. Atmosfera była ciepła, bliska, jakby czas na chwilę się cofnął.
A potem wstał i wyciągnął do niej rękę.
– Tańczysz?
Nie czekał na odpowiedź. Mia pozwoliła się porwać. Tańczyli długo, blisko, śmiejąc się, czasem rozmawiając, czasem po prostu poddając się rytmowi. Kilka dziewczyn z afterparty przyglądało im się z wyraźną zazdrością. Ville jednak nie zwracał na nie uwagi.
Po jakimś czasie wrócili do stolika, przy którym siedziała już reszta zespołu. Atmosfera była lekka, prawdziwa. Rozmowy się mieszały, słychać było śmiechy, ktoś wznosił toast, ktoś inny wylał odrobinę drinka na stół. Mia przytuliła się do syna i pogładziła go po włosach z tym swoim matczynym uczuciem.
– Dziękuję. Tego mi było trzeba.
Rami kręci głową z niedowierzaniem, ale w jego oczach pojawia się znajomy błysk.
– Jak ty adekwatnie weszłaś na ten koncert? Jako fanka czy jako VIP?
Mia unosi brew, a kącik jej ust drga z rozbawienia.
– Przecież nie będę stała pod halą koncertową w tłumie szalonych fanek naszego syna.
Patrzy na niego z udawaną powagą, ale w jej spojrzeniu czai się wyzwanie. Rami parska śmiechem, pochyla się bliżej i szepcze niskim głosem:
– Niegrzeczna dziewczynka.
Po chwili wstaje, przeciąga się lekko, jakby chciał rozprostować myśli. Podchodzi do winiarki stojącej przy ścianie, zerka na etykiety. Wybiera półsłodkie białe – ulubione jego żony – i uważnym ruchem nalewa wino. Odwraca się na pięcie, wraca spokojnym krokiem i podaje jeden kieliszek Mii.
– Wybaczyłeś mi tę pokerową rozgrywkę bardzo szybko. choćby się zdziwiłam, iż nie musiałam nic tłumaczyć – stwierdza, unosząc brew i bawiąc się nóżką kieliszka.
Rami delikatnie chwyta jej dłoń. Gładzi ją z czułością chcąc uspokoić nie tylko ją, ale i wspomnienia.
– Ja działałem jako RRstudio. Chciałem zysku z Liberty Fade, ty to wykorzystałaś, czarownico. Nasza relacja wtedy nie była prywatna, tylko biznesowa – gwałtownie to zrozumiałem.
Mia przenosi wzrok na jego twarz, lustrując go od góry do dołu. Z elegancją przesuwa palec po krawędzi kieliszka, jakby ważyła każde jego słowo.
– Sorry, Antero, ale w tej sytuacji silniejszy wygrywa – stwierdza wesoło, unosząc lekko podbródek.
Rami uśmiecha się cierpliwie, z tym cichym spokojem, który zawsze do niej wraca.
– Kupiłaś Aurorę tanio, spłaciłaś długi, sprzedałaś mi ją po świetnej cenie. Ten ruch był genialny – i strategicznie, i prywatnie.
Jego głos mięknie, nabiera intymnego tonu, wypełniając przestrzeń między nimi ciepłem.
– Przez pewien czas miałem żal, iż popsułaś naszą relację.
Mia zamyka oczy i przytakuje powoli. Cisza zawisa na moment. Rami przysuwa fotel bliżej, aż ich kolana się stykają. Pochyla się. Czoło do czoła. Ich oddechy splatają się w jednej wspólnej chwili.
– A gdybym wtedy powiedział: „Kochanie, chcę Aurorę, bo zależy mi osobiście – chcę mieć Villego blisko, wspierać go od początku”?
Mia dotyka jego brody, uśmiecha się ciepło, delikatnie, jakby dopiero teraz wszystko się rozjaśniało.
– To zmieniłoby postać rzeczy. Ustalilibyśmy wspólny plan – pewnie podobny, tylko bez tajemnic. Mówiłam ci już wcześniej: jeżeli chcesz zabezpieczyć przede mną swoje biznesy, mów o nich w kontekście prywatnym. Wtedy trzymam się od tego z daleka. Wysłucham, czasem doradzę – wtedy jest partnerstwo.
– Tak, wiem – już się nauczyłem. – Po chwili dodaje z nutą ironii: – A ja zawsze byłem emocjami i szczerością, a ty kalkulacją i strategią.
Mia uśmiecha się niespiesznie, jakby rozpoznawała w nim dawne światło. Spojrzenie między nimi rozluźnia atmosferę.
– Wtedy zamieniliśmy się miejscami.
– A patrząc na efekt – nie wyszedłem na tym najgorzej. Gdyby Aurora została u starego właściciela, umowa nie byłaby tak korzystna – stwierdza z całą stanowczością.
Oboje dopijają wino. Wzrokiem toczą między sobą subtelną rozmowę, niewerbalną, ale pełną znaczeń.
– W kontekście prywatnym rozmawiałam z Rose o Indivar – mówi Mia spokojnie, opierając się wygodniej.
– I jaka była jej reakcja na twoją propozycję? – pyta, unosząc brew i lustrując żonę z zaciekawieniem, niemal z zawodowym refleksem producenta.
– Zobaczymy. Ma czas, ma o czym myśleć. Nie będę jej naciskać – choć wjechałam jej na ambicję.
Rami uśmiecha się szerzej, bardziej naturalnie, niemal rozbawiony.
– Dlaczego mam wrażenie, iż ta sprawa ma jeszcze jakieś dno?
Zatrzymuje się na chwilę, gdy Mia robi minę niewiniątka.
– Chcesz Villego tylko dla siebie, czarownico? Chcesz go wciągnąć w ślady Rose, jeżeli ta zgodzi się dołączyć do Imperium?
– Po pierwsze, nie wiemy, co Rose postanowi – zaczyna Mia poważnym tonem. – Po drugie, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby nasz syn zarządzał dwiema firmami. RRstudio zna od lat, a jeszcze do tego masz Emmę. Czuję zazdrość…
Rami chichocze cicho, niemal bezgłośnie.
– Zgadzam się. Zabezpieczenie rodziny jest najważniejsze. Ale biznesowo… nie oddam Villego bez walki. Wystarczy, iż dziadek Lauri przekabacił Emmę na swoją stronę.
– Ville poprowadzi RRstudio – jest tam od lat. Z Imperium gorzej. A do tego koncerty, nowe projekty muzyczne.
– I po to ci Rose…
Mia pochyla się lekko, całuje go w czubek nosa, oddala się nieco i wyciąga dłoń do uścisku.
– Podzielimy się? – proponuje, uśmiechając się chytrze, jakby w tym jednym geście zawierał się cały ich układ.
Rami mocno ściska jej dłoń. I oboje wybuchają śmiechem, pozwalając, by ciepło i kontrasty ich rozmowy rozlały się po salonie jak ostatnie światło dnia.





__wm.jpg)



