Rozdział 12
Praca u prywaciarza.
W rezydencji Rianhouse wszyscy uwijają się jak w ukropie. Domownicy i służba krążą w pośpiechu między kuchnią, salonem a głównym holem, niemal ślizgając się na zakrętach. Do osiemnastej wszystko ma być gotowe. Nie ma mowy o opóźnieniu.
Wchodzi dostawca z choinką – olbrzymim, niemal trzy metrowym świerkiem, którego rozłożyste gałęzie ledwo mieszczą się w drzwiach. Dwóch mężczyzn w rękawicach ustawia go z tyłu holu, tuż przy balustradzie pierwszego piętra. Sypie się igliwie, ktoś podnosi telefon, ktoś z kuchni krzyczy, żeby zrobić przejście.
Rodzina Beaumont z Francji przyjechała dzień wcześniej. Ciocia Juliette zawsze była wyjątkową postacią w rodzinie. To ona zajmowała się Mią, gdy jako trzynastolatka trafiła do Europy. Do dziś Mia traktuje ją jak drugą matkę, tę, którą straciła w dzieciństwie.
Dla Villego i Emmy Juliette i jej mąż to po prostu dziadkowie. I tak się do nich zwracają – bezpretensjonalnie, z naturalną czułością.
Na wigilię zaproszono też dziadka Lauriego – ojca Ramiego, tego samego, który niedawno przekazał Emmie swoje udziały w firmie. Do stołu zasiądą również starzy przyjaciele Rianów.
Kamery są już gotowe do nagrania, ale Mia zastrzegła, iż materiał trafi jedynie do prywatnego archiwum. Święta to czas dla rodziny. Nigdy nie pokazywali ich w Liberty Fade Life. Tym razem jednak Rose przekonuje ją, by uchwycić choć trochę świątecznego zamieszania: dekorowanie choinki, wspólne gotowanie, dziecięcy śmiech i brokat na podłodze. Obiecuje, iż zmontuje z tego krótki, 5–10 minutowy klip do miniserii Liberty Fade Notes, która bije rekordy oglądalności.
Mia krąży po domu z kartką w dłoni i jeszcze większą listą w głowie. Kucharka i pomocnica ledwo nadążają z realizacją świątecznego menu. Ktoś zapomniał przynieść bombki, ktoś inny utknął przy faszerowanej rybie. A dekoracje? Rozsypane w dwóch różnych pudłach, wciąż nieposegregowane.
Amidala z dumą niesie własnoręcznie zrobioną ozdobę – czarną gwiazdę z brokatem. W połowie holu zatrzymuje się, marszczy czoło i mówi poważnie:
– Mamo… tato… a te dekoracje zawsze muszą być czarne? Może zrobimy jakiś różowy łańcuch? Albo przemalujemy bombki? Takie naprawdę różowe.
Wszyscy Rianowie obracają się w jej stronę w tej samej chwili. Mia odpowiada spokojnie, tonem kogoś, kto zna tę rozmowę na pamięć:
– Nasza choinka od zawsze jest czarna. Ale jeżeli chcesz, możesz zrobić jeden łańcuch. Byle nie różowy.
– Czyli czarny z różowym? – pyta z nadzieją Ami.
– Granatowy z brokatem.
Juliette wzdycha teatralnie i przechodzi na francuski:
– Ma chérie, zrób tyle łańcuchów, ile chcesz. Daj tej choince trochę życia. Ja już nie mogę patrzeć na ten cały czarny dramat.
Rzuca okiem na Mię w eleganckiej, czarnej sukni o klasycznym kroju, potem na Ramiego w czarnej, satynowej koszuli, Villego w obcisłym golfie w odcieniu głębokiej czerni, Emmę w dopasowanym czarnym kombinezonie z połyskiem, Roberta w czarnej bluzie z grafiką i wreszcie na Rose stojącą przy oknie w czarnej sukience z błyszczącym, geometrycznym kołnierzykiem.
– Serio? – sapie, dramatycznie unosząc ręce. – Cała rodzina wygląda jak orszak pogrzebowy.
Zanim ktokolwiek zdąży odpowiedzieć, kieruje wzrok na Amidalę, siedzącą na brzegu fotela w ciemnogranatowej sukience z haftowanym paskiem.
– Ona ma dziesięć lat, nie pięćdziesiąt! Kupcie jej coś malinowego, a nie węglowego. Błagam.
Przez chwilę zalega cisza. Wszyscy próbują ocenić, czy to żart, czy wyrzut. Mia unosi wzrok znad filiżanki.
– Oczywiście, ciociu.
– Dobrze, iż mamy jeszcze chwilę – Juliette klęka przy Ami. – Zrobimy dekoracje. Jakiekolwiek. Byle kolorowe. I błyszczące. I z cekinami. I może z cekinów.
– Ale to… tradycja – próbuje Mia.
– Kochana, nie dyskutuj ze mną – ucina Juliette z rozbrajającym uśmiechem. – Ten dom i tak wygląda jak bunkier. Ville dobrze zrobił, iż zaprosił klaunów na swoje urodziny. Wreszcie trochę koloru.
Chłopak rozpromienia się i rzuca kobiecie na szyję.
– Dziękuję, babciu. A co sądzisz o mojej nowej płycie?
– Skarbie, jest cudowna. I nie mówię tego tylko dlatego, iż jesteś moim ulubieńcem. Moje sąsiadki są zachwycone, koleżanki z chóru wpadły w absolutny szał, a ich wnuczki… zazdroszczą Rose. Jakby wygrała na loterii.
Rose wybucha śmiechem, a Juliette obejmuje ją serdecznie. Zamieniają jeszcze kilka słów, po czym kobieta na moment cichnie bo właśnie przypomniała sobie coś ważnego. Sięga do torebki i zaczyna przekopywać się przez chusteczki, cukierki i stare bilety lotnicze…
– Och, zapomniałabym… – mówi półgłosem. – Małe co nieco od Mikołaja.
Wyciąga dwie kolorowe paczki świątecznych czekoladek i koperty. Podaje jedną Villemu, drugą Emmie.
– Babciu, nie trzeba – protestuje Ville. – Przecież jakoś sobie radzimy.
– No to radźcie sobie z czekoladą – macha ręką. – I cicho sza.
Potem robi dokładnie to samo z Rose i Robertem. Nim zdążą coś powiedzieć więcej, Juliette znika w kuchni, nie czekając na podziękowania.
– Wszystkie babcie są takie same – wtrąca Rob. – Przysięgam, iż one w pewnym wieku przechodzą jakiś tajny kurs dilerki. „Masz tu, gnoju, i cicho”.
– Chodźmy pomóc dzieciakom – rzuca Emma. – Zobaczymy, jak Libertyn obcina sobie palec nożyczkami i wrzuca go do brokatu.
Niedługo później choinka przez cały czas mieni się czarnymi bombkami, ale między nimi błyskają krzywe, kolorowe ozdoby – niektóre z cekinami, inne z brokatem, każda wyjątkowa. manualnie robione gwiazdki zajmują miejsce między porcelaną na czarnym obrusie. Dom zaczyna pachnieć świętami.
Ktoś się nerwowo po kuchni. Ktoś podjada paszteciki, ktoś z niepokojem krąży wokół szarlotki. Ville przygląda się z uznaniem swojej dłoni, gdzie Rose przykleiła mu na palec plaster w różowe świnki.
W tym samym czasie do salonu wpada Mia wachlując się notatnikiem, z ogniem w oczach. Poprawia talerze, przesuwa bombki, układa serwetki, i mruczy coś pod nosem przy zbyt krzywo ustawionym półmisku.
Juliette tylko unosi brwi, opierając się nonszalancko o framugę, z rozbawieniem śledząc każdy gest Mii.
– Mia, odłóż tę swoją check–listę. To kolacja wigilijna, nie start reaktora jądrowego.
Ona, stojąca z notatnikiem w jednej dłoni i serwetkami w drugiej, przymyka oczy, jakby po raz pierwszy tego dnia pozwoliła sobie na chwilę oddechu.
– Oczywiście, ciociu.
– No chodź, ty moja perfekcyjna księżno. Może obejrzymy jakiś odcinek Liberty Fade Life? – mówi obejmując ją mocno. – Zobaczmy, co też twój syneczek tym razem zmalował.
Projektor jest już gotowy, światła przygaszone, a na stoliku obok kanap pojawia się elegancki serwis do kawy: błyszcząca srebrna taca, filiżanki w delikatne indyjskie wzory i kilka dzbanków z gorącym naparem.
– Gotowi? – rzuca Rami z fotela.
Kiedy widzi, iż wszyscy są na swoich miejscach, wciska play. Odcinek zaczyna się tytułem: Żółta karteczka.
Poranne światło wpada przez wysokie okna pałacu Rathorehouse w hrabstwie Surrey, miękko osiadając na jasnych ścianach i chłodnym marmurze.
Ville stoi przy balustradzie piętra. Jak zwykle zaczyna odcinek swoim nieodłącznym intro o lajkach i łapkach w górę.
Poprawia haftowany kołnierzyk białej koszuli i dopina guzik idealnie skrojonej marynarki. Przez chwilę przygląda się swojemu piekielnie drogiemu zegarkowi, po czym kręci głową z niedowierzaniem. Nabiera powietrza i teatralnym głosem woła:
– Amidala! Ile mam czekać?! Spóźnimy się!
Z góry słychać szybkie kroki. Zaraz potem na szerokim marmurowym korytarzu pojawia się dziewczynka. Jej pantofelki podskakują w dłoniach, a miękkie fale brązowych włosów wirują przy każdym kroku.
– Dzień dobry, tatusiu! – rzuca radośnie i wskakuje Villemu na szyję.
Następnie robi obrót na palcach i biegnie do lustra w holu. Przystaje, prostuje się i z pełną powagą posyła sobie całusa.
Ville unosi brwi, przechyla głowę. Nie wie, czy jest świadkiem aktu wielkiej samoafirmacji, czy jednego z jej małych rytuałów.
Z bocznego przejścia wychodzi opiekunka z płaszczykiem. Ami wkłada czerwony płaszcz, starannie zapina guziki, poprawia beret w tym samym kolorze. Z kieszeni wyciąga błyszczyk, maluje sobie usta i jeszcze raz spogląda w lustro, tym razem weneckie, oprawione w ciemne drewno.
– Jestem gotowa.
Ville otwiera oczy w niemym zachwycie, a potem bezradnie rozkłada ręce. Wyciąga z aktówki pomadkę w kolorze brzoskwiniowym i z teatralną powagą poprawia makijaż.
– Też jestem gotowy.
Czerwony SUV Ferrari rusza z żwirowego podjazdu. Ville patrzy w tylne lusterko obserwując przez chwilę poważną minę córki.
– Co dziś moja księżniczka ma w planach?
– Po przedszkolu mam balet. Pamiętasz?
– Pamiętam.
Ami opiera brodę na dłoni, zamaszyście zakłada nogę na nogę: ruch pełen dziecięcej nonszalancji i teatralności.
– A ty co dziś będziesz robił?
– Co dzień przyniesie. Może coś ciekawego, a może coś nudnego. Na pewno muszę napić się kawy.
– Ja tam wolę czekoladę z bitą śmietaną – mówi dumnie, kręcąc głową tak, iż beret lekko się przekrzywia.
– Ja też.
Po odwiezieniu córki, Ville podjeżdża pod jedną z kameralnych uliczek Richmond. Budynek, przed którym się zatrzymuje, wcale nie przypomina współczesnych siedzib firm artystycznych. Nie ma tu szklanych fasad ani neonowych logotypów. Wręcz przeciwnie – wplata się w elegancki rytm starych willi, jakby stał tu od zawsze. Trzykondygnacyjna rezydencja z połowy XIX wieku, wygląda raczej na prywatny dom niż centrum twórcze. Jedynie niewielka tabliczka przy bramce z wygrawerowanym napisem RRstudio Global Media sugeruje, iż wewnątrz dzieje się coś więcej.
– Jeszcze jest cicho – mówi półgłosem stojąc już przy wejściu. – Około dziesiątej zaczną się schodzić artyści i pracownicy.
Wchodzi do środka. Wnętrze wypełnia cisza – nie ta duszna i martwa, ale łagodna, pełna światła i kurzu, jakby przestrzeń właśnie budziła się do życia.
– Przejdziemy się teraz. Później nie chcę nagrywać – rzuca cicho przechodząc koło ruchomych paneli wystawowych. – Nie wszyscy sobie tego życzą.
Rusza dalej w głąb budynku. Przechodzi przez kolejne pomieszczenia na parterze, otwierając drzwi, czasem tylko zerkając do środka.
– Montownia, greenboxy, reżyserka i studio dźwięku oraz profesjonalna sala prób – wylicza na palcach. – Mamy studio nagraniowe. Nie największe, ale wystarczające. Tu powstają demo tracki, nagrania live session, czasem – po prostu rozmowy.
Mija rząd uchylonych drzwi: sala konferencyjna, pokój warsztatowy i gabinety.
– Na górze są pokoje fundacji – mówi opierając się o poręcz schodów – Pracujemy tam razem z Emmą i kilkoma zaufanymi osobami. Organizujemy wydarzenia artystyczne dla utalentowanych dzieciaków. RRstudio w Londynie to filia. Prawdziwa wytwórnia, ta profesjonalna, z zapleczem i całą machiną produkcyjną mieści się w Helsinkach.
Na poddaszu panuje cisza.. Kilka pokoi i mała kuchnia – wszystko urządzone prosto, ale z gustem. Ville podchodzi do kuchennego blatu, nalewa sobie wody do bidonu w kwiatki, dorzuca plasterki cytryny, potem uruchamia ekspres. Kiedy kawa jest gotowa, z filiżanką w dłoni i bidonem pod pachą przechodzi do jednego z jasnych pomieszczeń na końcu korytarza.
Siada spokojnie przy biurku, upija łyk kawy i uruchamia komputer. Ekran natychmiast zalewa kolorowy chaos – pulpit zapchany absolutnie wszystkim, co możliwe. Ikonki porozrzucane bez ładu i tajemniczy plik zatytułowany po prostu „O_o”.
– Chyba muszę poprosić informatyka, żeby zrobił tu jakiś porządek... – mruczy pod nosem. – Dlaczego nic nam nie gra?
Wciska kombinację klawiszy. Z głośników ukrytych w suficie wypływa przyjemny beat – gęsty, głęboki house z miękkim basem i subtelnym trzaskiem winylu. Libertyn przeciąga się szeroko, ziewa cicho, zdejmuje marynarkę i odwiesza ją na czarne, stalowe oparcie krzesła. Rzuca okiem po gabinecie – pianino pod oknem, notatki na ścianie, karteczki przypięte do korkowej tablicy, wszystko wygląda znajomo i przytulnie.
– Do roboty.
Z szuflady wyciąga plik dokumentów, kalkulator i pliczek samoprzylepnych karteczek. Wybiera żółtą.
– Karteczki, moje ulubione. Żółte są najlepsze. Najgorsze to niebieskie. Nic na nich nie widać.
Przez kilka minut w pokoju słychać tylko cichą muzykę i kliknięcia kalkulatora. Ville przelicza coś w pamięci, notuje, stawia znaki zapytania. Jedna po drugiej, karteczki lądują na monitorze – szósta, siódma, ósma. Wreszcie unosi wzrok i patrzy w sufit.
– Emma już chyba przyjechała. – mówi cicho. – Muszę do niej iść.
Wstaje, wygładza koszulę i rusza w stronę drzwi. Przechodzi wąskim, jasnym korytarzem do pokoju naprzeciwko. Emma siedzi przy biurku, rozmawia przez telefon, szybko, energicznie, po fińsku.
– Dziwny język.
Podchodzi do biurka i sięga po filiżankę stojącą obok laptopa.
– O, herbatka?
Emma nie przerywa rozmowy. Ville upija łyk, zamyka oczy, przez chwilę smak rozchodzi się po jego twarzy jak ulga.
– Smaczna... pomarańczowa z nutką imbiru?
Nie czekając na odpowiedź, opróżnia filiżankę do końca i odstawia ją z cichym stuknięciem na spodek. Siada na parapecie, wyciąga nogi, zagląda do otwartego pudełka z farbami i pędzlami. Emma kończy rozmowę i automatycznie sięga po filiżankę. Jej dłoń zatrzymuje się w połowie drogi. Patrzy w pusty porcelanowy środek.
– Na drugi raz wrzucę tam tabletki przeczyszczające – rzuca chłodno, nie podnosząc wzroku.
– Było mi o tym nie mówić. Teraz już nie wypiję drugi raz.
– Czego chcesz? – pyta po chwili, tonem cierpliwości na granicy wyczerpania.
– Weź, bądź milsza.
Dziewczyna bierze głęboki wdech, unosi brwi i wykonuje ręką gest: ,,mów i znikaj.’’
– Chodzi o ten projekt styczniowy. Moim zdaniem wszystko się zgadza. Księgowa ma jeszcze jakieś pytania, ale to raczej do ciebie, więc zadzwoń do niej.
– Zaraz to zrobię i jadę w teren – podaje mu cienki plik dokumentów spięty kolorową klamrą. – Tu masz szkic tego, co wymyśliliśmy. Przejrzyj to.
Ville zabiera papiery i wychodzi. Wraca do siebie, odkłada dokumenty na biurko, sięga po litrowy bidon w kwiatki.
– Ja jestem od kosztorysów. Ciągle liczę. Czasem mam jakieś pomysły, to zarzucę coś na spotkaniu, ale to ja rozmawiam z księgowością. Często całymi dniami.
Przegląda pierwszą stronę dokumentu, zatrzymuje wzrok na notatce Emmy, poprawia kilka słów i dopisuje coś na żółtej karteczce. Z namysłem przykleja ją do brzegu monitora. Stuka w klawiaturę, przesuwa myszką. Nagle podnosi ją i przygląda się z dumą.
– O, ostatnio kupiłem sobie taką mysz – pokazuje granatowe urządzenie w kolorowe kropki. – Jest bardzo ładna i świetnie działa. Mi się sprawdza. Polecam.
Po chwili zerka prosto w kamerę.
– Znaczy... to nie jest reklama. Nikt mi za to nie płaci.
Odruchowo spogląda na zegarek i marszczy brwi ze zdziwieniem.
– Ooo, dopiero jedenasta...
Przeciąga się, buja na krześle, drapie się w głowę. W tym samym momencie rozlega się ciche pukanie do drzwi. Nim zdąży odpowiedzieć, klamka się porusza.
W progu staje dziewczyna. Jest szczupła, młoda blondynka o jasnej cerze i wyrazistych oczach. Jej płaszcz w odcieniu chłodnego beżu lekko faluje przy ruchu, a ciche stuknięcie obcasów odbija się od drewnianej podłogi. Wchodzi pewnym, niemal tanecznym krokiem, z gracją kogoś, kto wie, iż każde jej wejście robi wrażenie.
Libertyn podnosi wzrok znad ekranu i szczerze się uśmiecha, jakby na jej widok nagle wszystko stało się prostsze.
– Victoria!
Dziewczyna podchodzi do niego z powabem. Pochyla się i całuje go w usta – delikatnie, ale bez zawahania. Odwraca się i kokieteryjnie macha dłonią w stronę pustej przestrzeni.
On obejmuje ją ramieniem, bierze za rękę i sadza sobie na kolanach z zupełną swobodą.
– Pamiętacie Viktorię, była z nami w klubie Roberta kilka odcinków temu. Wpadasz jutro do Surrey? – pyta, rozbujany lekko na krześle, z bidonem z wodą w jednej ręce, a drugim ramieniem wciąż obejmując ją w pasie. – Będzie fajnie.
– Zaraz wyjeżdżam, mamy sesję.
– Znowu jakiś przystojny fotograf będzie się na ciebie gapił?
– A co, zazdrosny jesteś?
– Może i jestem.
Na moment wszystko zamiera – ich spojrzenia się spotykają, uśmiechy zatrzymują w półruchu.
Miłą atmosferę przerywa pukanie do drzwi. Do środka wchodzi kobieta w dość sędziwym wieku, choć wciąż pełna energii. Kamera nie pokazuje jej twarzy – jedynie tył głowy, plecy, zbliżenia na dłonie trzymające dokumenty.
Victoria gwałtownie traci zainteresowanie rozmową. Wstaje z kolan Villego, rzuca mu ostatnie spojrzenie przez ramię i wychodzi, zostawiając po sobie zapach perfum i miękki szelest materiału.
Kobieta zaczyna mówić. Dźwięk jest wyciszony – słychać tylko podkład, spokojny deep house. Ville uśmiecha się, ale uśmiech jest wyraźnie wymuszony. Składa dłonie w piramidkę, coś tłumaczy, sięga po karteczki, nerwowo szuka notatek. Kobieta unosi ręce, wskazuje coś w dokumentach. Obraz przyspiesza. Libertyn krąży po gabinecie, ona podąża za nim z plikiem papierów. On siada – ona siada. Znowu gestykulacja, kolejne wyjaśnienia, kolejne poprawki. Cała sekwencja trwa kilka minut. Dopiero gdy kobieta wychodzi, Ville wstaje, lekko się kłania i posyła w jej stronę szeroki uśmiech – wciąż odrobinę wymuszony. Dźwięk wraca.
– To była ukochana pani główna księgowa RRstudio.
Znowu przegląda plik dokumentów, klika coś w arkuszu kalkulacyjnym.
– Coś mi się tu nie zgadza… jakby brakowało sumy w którejś komórce. Excel nie jest moją mocną stroną, zawsze coś mi się rozjeżdża, dlatego mam kalkulator. zwykle mam dłuższe paznokcie, więc przyciski muszą być większe. – Podnosi kalkulator do kamery. – Ten model mi się sprawdza, polecam.
Na chwilę się zawiesza, drapie po głowie.
– Znaczy… to nie jest reklama. Nikt mi za to nie płaci.
Zanim Ville zdąży odjąć kolejne koszty od głównej kwoty w tabeli, do gabinetu wchodzi Paul, nonszalancko trzymając gitarę elektryczną za gryf.
– Co robisz? – pyta z udawanym zdziwieniem.
Libertyn ziewa, popija łyk wody z kwiecistego bidonu i nie podnosząc wzroku odpowiada sucho:
– Pracuję w pocie czoła, a co? Po co ci ta gitara?
– Kręcisz dzień o swojej pracy, serio? Nasz program zaraz straci na flow. Jak rozwalę ci gitarę na biurku, to przynajmniej coś się będzie działo.
– Chyba żeś się polonu nażarł! – krzyczy podrywając się z krzesła. – Idź mi z tą gitarą!
– Ty, nie denerwuj się, wyluzuj trochę. Kiedy kończysz?
Ville siada powoli, patrzy na swój zegarek z uznaniem.
– W zasadzie już. Wystarczy. Napracowałem się.
Na ekranie właśnie znikają napisy końcowe odcinka, a ciotka Juliett ociera oczy roześmianym ruchem chusteczki.
– O jaki mój wnuk grzeczny – mówi rozczulonym tonem, zwracając się do Villego. – Jaki przykładny ojciec i pracownik. Jak on tak chodził do tej fundacji, taki elegancki, skupiony…
Rami otwiera oczy szeroko, jakby właśnie usłyszał największy absurd dnia.
– Przez pół odcinka ziewał, przeciągał się i pił kawę. Miałem rację, iż mu za to nie płaciłem.
Ville choćby nie próbuje zaprzeczać. Sięga po mandarynkę, łapie ją w dwa palce i z namaszczeniem układa na kolanach.
– Byłem wykorzystywany przez kapitalistę i prywaciarza. Całe moje młode życie.
– No tak – mruczy Mia sucho. – Straszne czasy.
– Chciałbym dodać, iż mimo ciężkiej pracy w radzie nadzorczej RRstudio również nie otrzymuję żadnego wynagrodzenia.
– Bo jesteś na stażu! Poza tym nie ma cię w pracy większość czasu – stwierdza Rami z zupełną powagą, tonem jak z audytu.
– Bo koncertuję?
– Dlatego właśnie ci nie płacę.
W salonie zapada krótka cisza, na granicy niewygody przerwana przez Rose.
– Ta Viktoria, znowu…
– O tak – wzdycha Ville. – Musiałem się pozbyć Viki. Po czym dodaje szybko, podnosząc dłonie w obronnym geście: – W sensie zerwać z nią kontakty.
Rose tylko kręci głową, ale w jej oczach błyska coś, co nie da się pomylić z obojętnością. Spokój, satysfakcja – z rodzaju tych cichych, kobiecych zwycięstw, których nie trzeba ogłaszać. Wszyscy na moment przybierają poważne miny, jakby wracali do roli szacownej rodziny, zebranej przy kominku. Mia, siedząca naprzeciw Rose, puszcza do niej dyskretne oczko, oznaczające jedno: ,,dobra robota’’.
Ciotka Juliett klaszcze w dłonie i z niegasnącym entuzjazmem zaciera ręce.
– To co, dajcie kolejny odcinek!
Ekran rozświetla się znajomym logo i tytułem: Deskorolki.
Do pałacu Rathorehouse podjeżdża coraz więcej samochodów. Na mokrej kostce brukowej odbijają się neonowe światła, pulsujące razem z muzyką sączącą się z uchylonych drzwi. Sportowe auta o nisko zawieszonych nadwoziach, niektóre z wielkimi spojlerami, inne przerobione na pokaz. Silniki warczą, drzwi trzaskają, a śmiech niesie się po dziedzińcu jak obietnica nocy, która dopiero się zaczyna. Wysiadają chłopaki z dziewczynami. Same dziewczyny. Każda wygląda, jakby właśnie wyszła z klubu albo z planu teledysku.
W tym czasie, wysoko nad podjazdem, w sypialni z widokiem na ogród, Ville poprawia kreskę pod okiem. Ubrany w czarną koszulkę polo i luźne dresy, wygląda jakby wrócił z siłowni, Jednak mimo pozornego luzu, każdy jego ruch jest przemyślany, niemal teatralny.
Na łóżku leży DJ Thomas. Ręce ma założone za głową, jedno kolano zgięte, wzrok wbity w odbicie Libertyna. Obserwuje chłopaka malującego się przy lustrze z miną święcie skupioną. Z pozoru bez ruchu, ale jego spojrzenie błądzi po linii karku Villego, po napiętym mięśniu ramienia, gdy chłopak podnosi rękę, by rozetrzeć cień pod okiem.
– Odwiozłeś Ami do koleżanki? – pyta w końcu, cicho.
– Tak. No wiesz, nie powinno jej być dzisiaj w domu.
Thomas kiwa głową, nie ruszając się z miejsca. Przeciąga się leniwie, jak kot, któremu jeszcze nigdzie się nie spieszy. Przesuwa ręką po prześcieradle, zgniatając materiał pod palcami.
– To dobrze. Ale ej… długo jeszcze? Ludzie czekają.
– Chodź tu i mnie przytul – dobiega z łazienki.
Chłopak wstaje nieśpiesznie i już po chwili staje obok Libertyna, spogląda w lustro. Przez sekundę ich spojrzenia splatają się w odbiciu.
– Jak wyglądam? – pyta Ville posyłając oczko do lustra. – Podobam ci się?
– Tak. Jesteś bardzo ładny.
ON przymyka powieki, zatrzymując ten jeden, idealny moment – jego twarz, jego ciało, jego miejsce na świecie.
– No, może być. Idziemy.
Kamera rusza za nimi. Wychodzą z pokoju, mijają wysoki, hol rozświetlony kinkietami z żarówkami w kształcie świec. Ich kroki stukają o kamienną posadzkę. Skręcają w stronę podziemi – najpierw surowy betonowy korytarz, potem zakręt w prawo i wąskie schody w górę.
Wtedy dźwięk się zmienia. Światła przygasają. Wchodzą do oranżerii – a adekwatnie do klubu przemienionego w skatepark rozświetlony neonami.
Nagle ktoś wciska pauzę. Obraz zastyga w bezruchu, co nie umyka uwadze zgromadzonych przed telewizorem.
– Ej, co jest? – pyta Robert z oburzeniem w głosie.
– To impreza. Nuda – odpowiada Emma. – Tańce, całowanie, a na końcu Libertyn bierze deskorolkę, wywala się przy pierwszym tricku i tyle go widzieli.
Ville szczerzy się od ucha do ucha.
– Mój stary numer. Laseczki litowały się nade mną, a później szliśmy na after do mojej sypialni.
Nikt choćby nie reaguje na ten komentarz. Ktoś sięga po paluszka, ktoś dopija herbatę, ktoś skroluje telefon.
– Dajcie kolejny odcinek – rzuca Rose, klaszcząc w dłonie. – Czas na ostatni, bonusowy.
Emma natychmiast przewija kolejne pozycje na ekranie. Już ma wcisnąć adekwatną ikonkę, ale na chwilę się zawiesza.
– Materiał dla naszych fanów został trochę ocenzurowany przez Mię… może włączę ten z naszego prywatnego archiwum?
Nie słysząc sprzeciwu, naciska play.
PS. Drodzy Czytelnicy, dajcie znać, czy chcecie zobaczyć — a adekwatnie poczytać o odcinku z deskorolkami i imprezą. Ten fragment wycięłam, bo rozdział zaczął się dłużyć. jeżeli jednak jesteście ciekawi, chętnie udostępnię go jako rozdział bonusowy. Wystarczy napisać w komentarzu albo wiadomości prywatnej. Dzięki!







