Rozdział 11: To się wytnie. / MonikaSK

publixo.com 1 godzina temu

Rozdział 11
To się wytnie.

Dzisiejszy odcinek zapowiada się wyjątkowo. Po emisji sieć zapełniła się komentarzami — od zachwytów, przez ironiczne żarty, aż po złośliwości najwyższej próby.
– Ty to choćby kiedy idziesz spać, wyglądasz jak z wybiegu.
Jari choćby nie próbuje się powstrzymać.
W drzwiach salonu stoi Ville – w błyszczącej, czarnej, satynowej piżamie, jakby właśnie wyszedł z planu zdjęciowego, a nie z własnej sypialni.
Reszta natychmiast podchwytuje temat. Ktoś parska śmiechem, ktoś komentuje kołnierzyk, ktoś kiwa głową z uznaniem.
Ville krzyżuje ręce na piersi, udając urażonego, ale po chwili sam zaczyna się śmiać. W międzyczasie, na ekranie pojawia się tytuł: Familia. Rose uśmiecha się lekko. Materiał, który zaraz zobaczą, powstał w czasach, gdy Ville i cała ekipa mieszkali razem w Wielkiej Brytanii. Ona wtedy nie była jeszcze częścią ich świata. Ale dom, który za chwilę pojawi się na ekranie, zna aż za dobrze. To tam wszystko się zaczęło. To tam przeszła swoją drogę od informatyczki z Bristolu do żony frontmana Liberty Fade.

Obraz powoli przesuwa się z nieba, sunąc w dół, aż wreszcie zatrzymuje się na idealnie przystrzyżonym trawniku, gdzie samotnie stoi Ville. W tle kwitnie soczysty, eksplodujący kolorami krzew. Chłopak ma na sobie perfekcyjnie skrojony strój gdzie elegancja spotyka nonszalancję. Spogląda prosto w obiektyw i z szerokim, pewnym siebie uśmiechem zaczyna pierwszą scenę tego odcinka.
– Witajcie kochani, jestem Ville, frontman Liberty Fade. Dziś poznacie moją familię, ale zanim to nastąpi, dajcie łapki w górę, naciśnijcie dzwoneczek i nie zapomnijcie o subskrybowaniu naszego kanału. W komentarzach napiszcie czy… ten krzak za mną jest dobrze przycięty.
Kamera cofa się, ukazując coraz szerszy plan. Libertyn rusza w stronę trójki już czekających na niego postaci. Zbliża się z pewnością siebie, a obraz stopniowo odsłania ich wszystkich – czwórkę Rianów, zasiadających na ławce jak do rodzinnego portretu. Ville zajmuje miejsce obok Mii, za nimi stoją Emma i Rami. Ktoś ustawił ich z precyzją malarza komponującego scenę. Wszyscy wyglądają elegancko, z klasą i wyczuciem stylu. Każdy szczegół zdradza pewność siebie, dziedzictwo i osobowość. choćby Emma, zwykle nonszalancko artystyczna, dziś prezentuje się w granatowej, letniej sukience. Z subtelnym makijażem i idealnie ułożonym kokiem przypomina młodą dziedziczkę arystokratycznego rodu.
Ville dotyka dłoni kobiety siedzącej obok i kontynuuje:
– Miraaya Rathore, dla przyjaciół Mia. Kobieta niezwykła: doktor fizyki, wykładowczyni, bizneswoman. Moja mama – najlepsza na świecie.
Ona uśmiecha się delikatnie, kręcąc głową z rozbawieniem.
Libertyn wstaje i podchodzi do Ramiego.
– Antero Rami Rian. Muzyk i producent muzyczny. I najbardziej wyluzowany ojciec, jakiego można sobie wyobrazić.
Następnie kieruje się do Emmy, zatrzymując na chwilę i uśmiecha złośliwie.
– Emma Rian, moja starsza siostra. Magister sztuki. Nie mogła znaleźć pracy po studiach, więc zatrudniłem ją w zespole. Teraz brzdąka na gitarze w Liberty Fade.
Emma próbuje zachować powagę, ale nie wytrzymuje – zasłania twarz dłonią i zaczyna chichotać. Reszta rodziny dołącza do niej w rozbawieniu. I wtedy, jak burza, wbiega mała dziewczynka. Jej granatowa, zwiewna sukienka faluje przy każdym kroku, a ciemne, lekko pofalowane włosy podskakują na ramionach. Na jej twarzy lśni szeroki, bezgranicznie radosny uśmiech – taki, który rozświetla cały kadr.
– Już jestem! Wybaczcie, iż musieliście czekać!
Bez chwili przerwy ciągnie dalej:
– Jestem Amidala Rathore Rian, dla przyjaciół Ami. Mam cztery lata. Lubię taniec i śpiew, kocham zwierzęta i brokat.
Z gracją się kłania, po czym wskakuje na kolana Mii.
– Ville to mój tatuś.
Wszyscy patrzą na chłopaka, który odpowiada jedynie szerokim uśmiechem.
Po chwili spogląda w kamerę z łobuzerską dumą:
– Witajcie w Rathorehouse w hrabstwie Surrey.
Kamera oddala się, stopniowo odsłaniając klasyczny pałac skąpany w popołudniowym świetle. Otoczony wypielęgnowanym ogrodem i starymi drzewami, budynek emanuje spokojną siłą – z kolumnami, idealną symetrią i elegancją minionych epok. W tle ujęcie z drona pokazuje, jak rodzina rozchodzi się do swoich zajęć. Mia nachyla się nad rabatami, przyglądając się z uwagą drobnym zmianom w kolorach i kompozycjach kwiatów. Rami rusza w stronę domu, spokojnym krokiem, z rękami w kieszeniach. Emma siada na ogrodowej huśtawce, lekko się odpycha i z czułością obserwuje scenę, która rozgrywa się przed nią. Nieco dalej, pod rozłożystym dębem, wciąż stoi malarz – ten sam, który z zapałem szkicował rodzinny portret. Przez chwilę jeszcze wpatruje się w pustą już ławkę, jakby liczył, iż modele wrócą. Z rezygnacją unosi ręce, po czym westchnieniem podsumowuje swój artystyczny los. Spokojnie składa sztalugę i zwija płótno, a potem bez słowa, bez pośpiechu odchodzi w nieokreślonym kierunku, niknąc między drzewami ogrodu.
W międzyczasie do Ami podbiega błękitny staffik. Dziewczynka od razu zaczyna go głaskać. Ville wskazuje na psa, który ma na szyi szeroką, jedwabną apaszkę w kolorze pudrowego różu.
– To Echo Of Liberty, czyli po prostu Echo. Dwuletnia suczka rasy Staffordshire bull terrier. Ukończyła najlepszą szkołę posłuszeństwa – nasza psia dama.
Przez chwilę obserwuje Ami kręcącą się wokół własnej osi, a sukienka wiruje niczym baletnica w ruchu.
– Amidala to prawdziwa pannica – mówi cicho – zna etykietę, ma nienaganne maniery, mówi płynnie w trzech językach...
– Tatusiu, patrz!
Robi fikołka… i natychmiast się przewraca. Echo rzuca się do niej i już po chwili obie turlają się po trawie.
Ville przygląda się tej scenie, zagryzając usta, z twarzą pełną dumy i rozbawienia.
– Ale czasem... córce i Echo trochę brak ogłady.
Wystawia rękę na znak stop i rzuca do ekipy:
– Cięcie. To się wytnie. Powtarzamy, Ami!
Kamera przechodzi przez ciężkie, rzeźbione drzwi i wślizguje się do środka. Choć widz mógłby spodziewać się klasycznego zwiedzania rezydencji, ten odcinek skupia się na czymś zupełnie innym – na relacjach między mieszkańcami tego domu. Internauci otrzymują jednak przedsmak tego, co mogłoby ich czekać, gdyby Ville i Emma kiedyś zdecydowali się oprowadzić ich po pałacu.
W majestatycznym holu głównym, na niebieskich sofach w stylu empire, ustawionych naprzeciwko kominka, zalegają Robert i Thomas. Jeden gra na telefonie, drugi przegląda papiery związane z trasą koncertową. Ich wygląd – zwykłe koszulki, dresowe krótkie spodenki i luźna pozycja ciała kontrastuje z otoczeniem tak bardzo, iż trudno nie zauważyć pewnego dysonansu. To zdecydowanie nie jest wizerunek godny gości indyjskiej księżniczki. Libertyn, jak zawsze perfekcyjnie ubrany, nie może przepuścić okazji do komentarza.
– Może łaskawie się przebierzecie? To nie miejsce i czas na łachmany.
Ale ani Robert, ani Thomas nie zamierzają traktować jego uwagi poważnie. Machają nonszalancko do kamery i wracają do swoich zajęć, jakby nic się nie stało. W tym samym czasie do holu wchodzi Paul – w czarnej koszuli i eleganckich, ciemnych spodniach.
– Oj, Paul – mówi Ville z uznaniem. – Tak rzadko zaszczycasz mnie swoim stonowanym wizerunkiem. Twoje kraciaste flanelowe koszule przyprawiają mnie o zawrót głowy. Nie będę cię idealizował, ale pozwól, iż się napatrzę.
Paul siada z godnością na fotelu i odpowiada z rozbawionym spokojem:
– Tylko się nie oświadczaj.
– Nie dworuj ze mnie. Poza tym zachowuję pełną jasność umysłu.
Paul unosi brew, robi minę politowania i teatralnym gestem kładzie dłoń na brzuchu.
– Mój żołądek stał się niczym próżnia w kosmosie.
– To wszystko się wytnie. Trzeba zrobić powtórkę – wtrąca Robert wstając z sofy – ale jak już się przebierzemy.
Thomas, zerkając z niechęcią na zegarek, mruczy:
– Wygląda na to, iż zbliża się wyżerka. Czas wskoczyć w coś bardziej... – zawiesza głos, zastanawia się i kończy z przekąsem – stosownego?
Ville w tym czasie rozmawia z kamerzystą, pokazując znak „cięcia”. Potem spogląda prosto w obiektyw, zupełnie na serio:
– Ja nigdy nie pozwalam sobie na taki niechlujny ubiór. Zawsze wyglądam perfekcyjnie.
Za jego plecami pojawia się Mia. Patrzy na niego przez sekundę, kręci głową z niemym rozbawieniem, po czym macha ręką i wychodzi z kadru, zostawiając go samego.
– To też się wytnie – szepcze Ville.
Kamera przenosi się do jadalni głównej – przestronnej, jasnej sali z misterną sztukaterią na ścianach i suficie, kominkiem nadającym wnętrzu charakter oraz ciężkim, dębowym stołem, przy którym mogłoby zasiąść przynajmniej dwadzieścia osób. Zespół już siedzi na swoich miejscach. Na środku stołu rozstawiono platery i talerze z niemal wszystkim, czego można zapragnąć – od pieczonych warzyw po delikatne pasztety i owoce morza. W międzyczasie przychodzi Amidala, przyprowadzona przez swoją nianię. Z godnością zajmuje miejsce obok Villego. Ten obejmuje ją ramieniem, przytula lekko i z uśmiechem pyta o plany na resztę dnia.
Amidala, pełna dystynkcji, odpowiada bez wahania:
– Za godzinę mam lekcję fortepianu. Później chętnie poczytam Szekspira.
Przy stole zapada krótkie milczenie, po czym ktoś mruczy pod nosem:
– Mała Lady Macbeth...
Ami marszczy czoło, poprawia ramiączko sukienki i mówi poważnie:
– Ten mikrofon mi przeszkadza. Czy może mi ktoś to poprawić?
Kamera lekko drży – jakby operator sam się uśmiechnął. Jeden z techników zbliża się, by pomóc, a Ville rzuca z przesadną teatralnością:
– Proszę bardzo, gwiazda ma życzenie. A to się wytnie!
Atmosfera przy stole jest napięta, choć trudno powiedzieć dlaczego. W tle cicho gra Mozart.
Paul, wyczuwając sztywną atmosferę, decyduje się rozładować napięcie.
– Panie hrabio, czy pańska nowa pokojówka zna francuski? – Ależ oczywiście! Kiedy zapytałem ją, czy mówi po francusku, odparła: „oui”, więc uznałem, iż wystarczy. – A potem? – Teraz każę jej milczeć – i dzięki temu wydaje się wręcz elokwentna!
Amidala zakrywa usta dłonią, śmiejąc się cicho. Chłopcy i Emma wymieniają porozumiewawcze spojrzenia, uśmiechając się z przesadzoną, niemal dworską ogładą.
W końcu Robert się prostuje i z miną poważną, niemal wzniosłą, rzuca jednym tchem:
– Po strawie rzekłbym, iż powinniśmy udać się do podziemi, aby niezwłocznie... – zawiesza głos, drapie się w głowę. – Co to dalej było?
– Wykonać niezbędne próby sceniczne, mój luby – dopowiada Emma.
W tym momencie do jadalni wchodzą Mia i Rami. Domownicy automatycznie wstają, a gdy Mia zasiada, wszyscy robią to samo. Siedzą teraz wyprostowani, eleganccy, jakby znaleźli się na jakimś oficjalnym przyjęciu dyplomatycznym. Państwo Rian zerkają na nich z mieszaniną powątpiewania i rozbawienia. Pokojówka zaczyna nalewać zupę, a przy stole zapada krępująca cisza.
W końcu Mia bierze głęboki wdech, przymyka oczy i z wymuszonym uśmiechem rzuca:
– Czy wy możecie zachowywać się normalnie?
W jednej chwili wszyscy rozluźniają ramiona, rozpinają guziki pod szyją, ktoś wzdycha z ulgą. Rozbrzmiewa śmiech, atmosfera staje się lekka, wręcz chaotyczna. Ami brudzi się zupą, Robert całuje Emmę w policzek, a Paul i Thomas niemal siłują się o ostatnie udko kurczaka. Pałac może i jest dostojny – ale rodzina pozostała sobą.
Po obfitym posiłku grupa przenosi się do ogrodowej altany na deser. Nie sposób nie zauważyć przepięknego, starannie utrzymanego ogrodu otaczającego pałac. Jest wrzesień, słońce stoi wysoko, a powietrze nasyca aromat ziół, lata i czegoś bardzo drogiego – tego, czego nie kupi się w żadnym centrum ogrodniczym. Echo już krąży między krzesłami, pokojówka zaczyna nalewać herbatę do porcelanowych filiżanek, a na stole lśnią trzy rodzaje ciasta – w tym szarlotka, której zapach przyciąga uwagę nie tylko gości. Atmosfera wyraźnie się rozluźnia. Pszczoła przelatuje leniwie, zawisa na chwilę nad filiżanką Mii, po czym znika gdzieś w rabacie lawendy
Rami nieopatrznie zostawia talerz z ciastem na niskim stoliku kawowym. Dla Echo to zaproszenie – po chwili talerz staje się jej łupem. W tle Robert siedzi przytulony do Emmy na ogrodowej sofie, Mia sączy zieloną herbatę z cienkiej filiżanki, a Rami, pogodzony z utratą ciasta, rozmawia z Thomasem o technicznych aspektach nagrań. Ville i Paul bawią się z Amidalą w berka, dodając scenie energii i spontanicznego chaosu.
Kamera powoli zbliża się do Villego, który przerywa zabawę i oznajmia:
– Za godzinę widzimy się na próbie. Idę się przebrać.
Emma wyswobadza się z objęć Roberta, kręci głową i z uśmiechem komentuje:
– On przebiera się dwa, trzy razy dziennie. Mnie by się tak nie chciało.
– Libertyn to odklejeniec. A ty, kochanie, choćby po treningu na bieżni wyglądasz jak milion dolarów.
Paul zaczyna chichotać, chowając twarz w dłoni, po czym z lekkim, ale przenikliwym tonem dodaje:
– Ale Libertyn wygląda zawsze jak dziesięć baniek.
– Tylko mu o tym nie mówcie – mruczy Rami. – Jego ego i tak się ledwo mieści w pałacu.
Rozmowy, półszepty i pojedyncze parsknięcia śmiechu mieszają się z letnim szmerem altany i cichym brzęczeniem pszczoły, która ponownie znika gdzieś w ogrodzie.
Obraz łagodnie przesuwa się po sali prób, która została zaprojektowana z myślą o potrzebach zespołu. To przestronne, akustycznie dopracowane pomieszczenie z łukowatym sklepieniem i kontrastującymi ścianami – jedna śnieżnobiała, druga głęboko czarna. Naprzeciwko drzwi znajduje się niewielkie podwyższenie pełniące funkcję sceny, poniżej ustawiono rząd wygodnych, miękkich foteli. Ściany zdobią kolorowe grafiki, zdjęcia z tras koncertowych Liberty Fade oraz archiwalne fotografie zespołu Ramiego.
Próba przebiega z lekko chaotycznym początkiem. Gitara nie nadąża za perkusją, Thomas miksuje coś zupełnie przypadkowego, Robert gra coś po swojemu, a Ville rzuca pełne dezaprobaty spojrzenia. Ale po kilku minutach wszystko się wyrównuje – jakby ten pozorny bałagan był zaplanowany. Zaczynają brzmieć jak jeden organizm. Po jakimś czasie zespół robi krótką przerwę.
– To tylko rozgrzewka – mówi Emma odkładając gitarę na bok. – Prawdziwa magia zaczyna się po trzecim kłótniobrzdęku – wskazuje podbródkiem na brata. – Wszystko zależy od poziomu ego w powietrzu.
Ville udaje, iż tego nie słyszy. Poprawia włosy, zerka w obiektyw i mówi:
– Mam nadzieję, iż wam się podobało. jeżeli chcecie tour po Rathorehouse, dajcie znać w komentarzach i zostawcie lajki. A teraz – do zobaczenia. Musimy jeszcze trochę popracować.
Obraz stopniowo ściemnia się. Koniec odcinka.

Libertyn przytula się do Rose.
– Pamiętam, kręciliśmy to chyba cały dzień – mówi z lekkim rozbawieniem. – To był odcinek z największą liczbą cięć. Początku, gdzie mieliśmy być poważni, nie dało się nagrać.
– Najgorszy był pies – dorzuca Rami półgłosem. – Ona była wszędzie. Ale dzięki niej widzowie docenili naturalność tego materiału.
Mia, sięgając po ostatniego paluszka z talerza, kręci głową:
– Pamiętam pewne komentarze. Ludzie zachwycali się, iż Amidala czytała Szekspira. Niektórzy naprawdę nie ogarnęli, iż to była ustawka. Która czterolatka czyta Szekspira?
Ville ziewa przeciągle, rozpinając dwa guziki w swojej eleganckiej piżamie, wyraźnie prowokując Rose.
– Ami już wtedy nieźle czytała – przyznaje – ale co najwyżej Bajki o kreciku i tygrysku.
Rose spogląda na jego odsłoniętą klatkę piersiową z rozbawieniem i mówi:
Bajki o kreciku... Pamiętam je słowo w słowo. Czytałam Ami chyba codziennie. Aż w końcu raz schowałam tę książkę i udawałam, iż się zgubiła.
Amidala z przesadną elegancją poprawia ramiączko swojej sukienki, unosząc podbródek z pełnym oburzenia wyrazem twarzy.
– To zniszczyło moje poczucie przynależności do uniwersum Krecika – oznajmia z powagą godną małej księżniczki. – Teraz już wiem, kto za to odpowiada.
Na ułamek sekundy zapada cisza, po czym wszyscy wybuchają rozbawieniem. Rose zakrywa usta dłonią, Ville chowa twarz w poduszkę. choćby Mia, choć zwykle powściągliwa, chichocze pod nosem, kręcąc głową z niedowierzaniem. Jari prostuje się i poważnieje, jakby chciał coś doprecyzować – choć wciąż drga mu kącik ust.
Rami sięga po tablet, podnosi go znad poduszki, na której przez cały wieczór leżał bezużyteczny. Zdejmuje okulary z głowy i zakłada je na nos, teatralnie mrużąc oczy.
– Od tamtej emisji wreszcie przestali pisać, iż Ville udaje… znaczy, nie czytam komentarzy – dodaje z przekąsem, już przewijając ekran palcem.
Zatrzymuje się nagle, marszczy czoło i przekrzywia głowę jak profesor od krytyki kultury.
– No proszę, tu ktoś pisze: „Ten odcinek sprawił, iż przestałam się śmiać z teatralnych gestów Villego. Zaczęłam się zastanawiać, ilu ludzi codziennie udaje, by dopasować się do innych, a on po prostu jest sobą.”
Mia wzdycha lekko, sięgając po porcelanową filiżankę z herbatą. Jej ruchy są powolne, niemal kontemplacyjne.
– Nie rozumiem, przecież zachowujemy się całkowicie normalnie – mówi z powagą.
Rianowie wzruszają ramionami i wymieniają porozumiewawcze spojrzenia. Ami wstaje z fotela, z gracją się kłania, po czym siada z powrotem, poprawiając fałdki sukienki z manierą godną uczennicy królewskiego instytutu etykiety.
Rose zerka na męża – rozpiął jeszcze jeden guzik w piżamie i nonszalancko oparł się o poduszki. Jej wzrok zatrzymał się na jego odsłoniętej klatce piersiowej, ale zaraz powrócił do jego twarzy. Ten łapie jej spojrzenie i z uroczym uśmiechem posyła do niej oczko. Ona przybliża się do niego, wtula i delikatnie muska jego klatkę piersiową, a on ewidentnie cieszy z zainteresowania swojej żony.
Wszyscy patrzą na to z lekkim politowaniem: ktoś przewraca oczami, ktoś ziewa, ktoś wzdycha zbyt głośno. Emma obejmuje Amidalę ramieniem, przyciągając ją do siebie. Na dywanie siedzi Jari, pochylony nad Oskarim; rozmawiają półszeptem, głaszcząc Echo po karku. Suczka przeciąga się leniwie, wyraźnie zadowolona z uwagi.
Głosy stopniowo cichną. Domownicy szykują się do kolejnego materiału.
– Tytuł: Szanowni państwo – mówi Ville z uśmiechem i wciska play.

Emma czeka oparta o mahoniową ławkę przed wejściem do pałacu. Po chwili dołącza do niej Ville. Dziewczyna przygląda się bratu z niedowierzaniem – wygląda co najmniej... dziwnie.
– W co ty się, do cholery, ubrałeś?
Libertyn spogląda na swoje beżowe spodnie cargo i trekkingowe buty, po czym z godnością poprawia kapelusz typu panama i pokazuje jej identyfikator.
Emma unosi brwi, czyta kartonik i nie kryje zdziwienia.
– „Ville Rian, stanowisko: przewodnik turystyczny, firma: Jestem seksi i co mi zrobicie”… Faktycznie jesteś seksi – z makijażem i w safari–kamizelce od Gucci. Poza tym metka ci wystaje.
– Ten outfit to nie mój styl – odpowiada chowając metkę. – Po nagraniach wszystko oddam. No… może kapelusz sobie zostawię.
Następnie uśmiecha się szeroko i mówi swoje intro o subskrypcji, komentarzach i dzwoneczku przeciągając samogłoski w nieskończoność.
Emma kręci głową, ewidentnie brak jej słów. W końcu wyciąga zawiniątko w sreberku i podaje bratu.
– Masz kanapkę. Wzięłam na drogę, jakbyśmy zgłodnieli.
Libertyn, zaskoczony i rozczulony, przytula siostrę, po czym chowa kanapkę do obszernej kieszeni spodni. Jego ton staje się złośliwie braterski.
– Oj, nasz pałac jest taki wielki, iż kiedy idę do strefy wellness, to zabieram ze sobą namiot i krzesiwo... Następnie patrząc z rozbawieniem na siostrę dodaje: – Twoja skromność Emmo mnie powala. A to się wytnie.
Dziewczyna wybucha śmiechem i siada na ławce. Ville już wie, iż to jego moment. Przyjmuje teatralną minę i cieńszym głosem, przedrzeźniając siostrę, dorzuca:
– A potem wsiadam do helikoptera i lecę na drugi koniec miasta po nowe buty z cekinami.
– Piękny falset, braciszku. A to była wyjątkowa sytuacja – mówi patrząc w ziemię z udawaną powagą.
Ville unosi brwi i robi minę pełną politowania.
– Tak jak wszystko w tym domu… No dobrze, dość prania rodzinnych brudów. Szanowni państwo, czas na wycieczkę!
Kamera powoli sunie wzdłuż frontowej fasady pałacu. Jasny kamień, klasyczne kolumny, rzeźbiony gzyms. Nad wejściem widać wyblakły herb z monogramem „VP”.
Emma mówi pierwsza – spokojnym, lekko ironicznym tonem.
– Pałac zbudowano na początku XIX wieku. Był letnią rezydencją francuskiego markiza, który – jak głosi rodzinna legenda, miał więcej pieniędzy niż zdrowego rozsądku. I najwyraźniej kilka do roboty.
Nie patrzy w kamerę. Lekko przechyla głowę, jakby chciała sprawdzić, czy Ville już nie czeka, by jej przerwać. Mówi dalej, bez pośpiechu, z typowym dla siebie dystansem i nutą wiedzy:
– Później budynek kilkakrotnie zmieniał właścicieli. Aż w końcu nasz pradziadek, Maharadża Veer Pratap kupił go jako prezent dla swojej żony, naszej prababci. Jedni mówią, iż z miłości. Inni, iż z poczucia winy.
W centrum jasnego, wysokiego holu stoi już Ville, z teatralnie wyciągniętą ręką.
– To właśnie on. Hol główny. Ulubione miejsce spotkań, przesiadywania, kłótni, rozstań, wielkich powrotów… i plotek.
Wnętrze jest jasne, monumentalne, a przy tym zaskakująco przytulne. Największe wrażenie robi kopuła. manualnie malowane freski przedstawiają sceny z historii dynastii Rathore, ale też motywy mitologiczne i astronomiczne. To połączenie sztuki indyjskiej z europejskim klasycyzmem.
Z lewej strony kadru pojawiają się schody. Libertyn zerka w ich stronę.
– Te prowadzą do części sypialnej, ale o tym... później. Jeszcze się napatrzycie.
Robi krok w bok i przybiera udawaną powagę:
– Szanowni państwo, hol główny to również miejsce przyjęć. To właśnie tutaj odbywały się niegdyś bale i kolacje wydawane przez Maharani, a później przez naszych rodziców. A my z Emmą szanujemy tę tradycję. Tylko muzykę mamy trochę inną.
Kamera zbliża się do podłogi, a potem przesuwa po ścianach. Ville pochyla się nieco, jakby zdradzał sekret:
– Wydawać by się mogło, iż pogłos tu niczym w katedrze. A jednak, jesteście państwo w błędzie, gdyż zastosowano nowoczesne materiały tłumiące dźwięk. Dzięki temu Emma może się kłócić z Robertem bez mikrofonów.
Następnie gestem ręki wskazuje na pomieszczenie z prawej strony oddzielone od holu głównego masywnymi przesuwanymi drzwiami.
– Tam mamy pokój kominkowy. Kominek, fortepian, atmosfera jak z romansu kostiumowego… ale bez przesady. Idziemy dalej.
Obraz delikatnie się ściemnia, by po chwili ukazać jadalnię. To miejsce znane już widzom z poprzedniego odcinka, choć tym razem obraz zatrzymuje się dłużej. Więcej detali: stół z ciemnego drewna, misternie rzeźbione nogi, świeczniki z włoskiego brązu i obrus haftowany manualnie przez jakąś tajemniczą arystokratkę z rodu von cośtam.
Ville opiera się niedbale o stół, przesuwając dłonią po blacie.
– Szanowni państwo, oto jadalnia dla gości. Jadamy tu, kiedy w domu jest nas więcej. Czyli… dość często.
Kadr przesuwa się w stronę ściany, na której wisi duży obraz: kobieca postać na ciemnym tle.
Libertyn wskazuje dzieło teatralnym gestem i rzuca siostrze wyzywające spojrzenie:
– Emmo, magistrze sztuk pięknych, może nam coś o tym opowiesz?
– Żałuję, iż nie mam przy sobie gitary – cedzi. – Chętnie przywaliłabym ci nią w ten twój zakuty łeb w kapeluszu panama.
Brat nie reaguje. Emma wzdycha i podchodzi do obrazu.
– Portret neoklasyczny, nieznanego artysty z początku XIX wieku. Przedstawia lady Annę, damę dworu księżnej Cecylii. Późniejszą skandalistkę, kochankę poety i podobno nieszczęśliwą hazardzistkę. Głębokie tony, ciemne tło, klasyczne spojrzenie „gdzieś obok”. Typowe.
Ville i Emma przechodzą dalej, kamera płynie za rodzeństwem długim, eleganckim korytarzem. Ściany zdobią rodzinne portrety i zdjęcia z tras koncertowych, oprawione w ciężkie, czarne ramy.
Drzwi do kuchni otwierają się bezszelestnie. Przy kuchennym blacie uwija się kucharka w białym fartuchu i chustce zawiązanej na głowie. Miesza coś w misce, doprawiając z precyzją godną alchemika. Ville wpada jak burza i od razu kieruje się do kuchenki. Pochyla się nad garnkiem, uchyla pokrywkę i robi dramatyczną minę.
– O fuu! To zupa z krewetek? Nienawidzę owoców morza! – wykrzywia się teatralnie, dyskretnie zerkając na kucharkę.
Ta tylko się uśmiecha, cierpliwie, bez cienia urażenia.
– Dla panicza jest pomidorowa z kluseczkami – mówi z ciepłem.
Chłopak natychmiast się rozpromienia, całuje ją w policzek i siada na wysokim hokerze przy wyspie kuchennej. Emma dołącza obok z uśmiechem, zerkając z ukosa na brata, który układa się na krześle jak książę na tronie. Po chwili wchodzi Rami – swobodnie, jakby dopiero co wstał z popołudniowej drzemki. Wlewa sobie wodę z lodem, siada przy nich i z rozbawieniem spogląda na Villego, unosząc kciuk w górę. I właśnie wtedy zaczyna się adekwatna rozmowa: o tym, kto gdzie mieszka, kto co dostał na studia i czy czerwone Porsche to powód do dumy… czy raczej do milczenia.
Libertyn poprawia się na hokerze, z namaszczeniem opiera łokieć o blat i mówi z niekłamaną satysfakcją:
– Tak naprawdę na stałe w pałacu mieszkam tylko ja, Ami i Echo. Choć chłopaki z zespołu są tu częstymi gośćmi. Mają choćby własne pokoje, to trochę taki internat, tylko z lepszym cateringiem.
Nie ma w tym przechwałki. To raczej luźne stwierdzenie, podszyte cichą dumą, jakby właśnie przypomniał sobie, iż to wszystko naprawdę należy do niego.
– Rodzice przyjeżdżają regularnie, żeby pobyć z wnuczką, ale na co dzień są w Helsinkach. A Emma… – zawiesza głos i zerka na siostrę z udawaną grozą – spędza tu sporo czasu, chociaż oficjalnie mieszka w Londynie.
Usta Villego wykrzywiają się w znajomym, złośliwym półuśmiechu.
– W swoim apartamencie. Kupionym przez rodziców!
– To był prezent za skończenie studiów, geniuszu.
– A może pochwalisz się, co dostałaś na ich rozpoczęcie? – Ville teatralnie przechyla głowę. – Żeby biedna Emma miała czym dojeżdżać na uczelnię… hmm?
– Wszyscy wiedzą, iż zawsze miałam świetne oceny i byłam wzorową córką. A ty? Ciągle sprawiałeś problemy.
Ville wzdycha ciężko przyjmując na siebie największą niesprawiedliwość dziejów.
– No dobrze, byłem zły. Ale ja mam przynajmniej satysfakcję, bo za pierwsze pieniądze z muzyki kupiłem czerwone Porsche Macan GTS .
– Wszyscy się cieszyli, iż kupiłeś to auto, bo przez moment nie mówiłeś wyłącznie o sobie – mruczy Emma z politowaniem.
Rami podnosi dłoń, jakby chciał uciszyć narastającą rodzinną tyradę.
– Z Miją naprawdę staraliśmy się wychować was w poczuciu obowiązku i szacunku do tego, co macie. Wiem, wiem… średnio wyszło – dodaje z lekkim uśmiechem. – Ale bardziej niż na tym zależało nam, żebyście szanowali ludzi.
Spogląda w obiektyw, a jego ton staje się głębszy:
– Każdy przejaw lekceważenia innych kończył się interwencją wychowawczą.
Ville klepie ojca po ramieniu, z rozbrajającą miną:
– Byliśmy biczowani!
Rami choćby nie mruga, tylko odwraca się do syna i tym samym, spokojnym tonem dorzuca:
– Oczywiście. Ale tak, żeby nie było widać.
Ville wybucha śmiechem, Emma przewraca oczami, a reszta sceny tonie w tej minucie rodzinnego luzu. Dosłownie sekundę później obraz przenosi się gdzieś indziej. Przy biurku, tyłem do drzwi, siedzi postać. Na ekranie zawieszonym na ścianie za jej plecami widać ostatnie sekundy wyścigu Formuły 1 – ktoś właśnie kończy rundkę w grze.
Ekran gaśnie. Postać odwraca się powoli. To Mia, która z wprawą chowa pada do szuflady i bez najmniejszych emocji rzuca:
– Ville, świetny outfit.
W jej oczach błyska jednak rozbawienie. Rodzeństwo wymienia porozumiewawcze spojrzenia. Mia udaje, iż przegląda dokumenty – z miną dziecka przyłapanego na sięganiu po konfitury.
Ville parska śmiechem i pokazując masywne biurko, zwraca się do kamery:
– Szanowni państwo, oto biurko, przy którym zapadają najbardziej bezwzględne decyzje rodzinno–biznesowe… i rozgrywa się najwięcej partyjek w gry samochodowe. A w tej szufladzie – pewnie przez cały czas leży paczka miętowych cukierków z poprzedniej dekady.
Emma podchodzi do zsuwanych drzwi prowadzących do biblioteki. Z westchnieniem teatralnie przesuwa palcem po grzbiecie jednej z książek.
– Biblioteka? Idealne miejsce, żeby udawać, iż czytasz filozofię, a tak naprawdę wciągasz erotyczny romans o hrabinie Marii i księciu Harrym.
Libertyn klaszcze w dłonie, zadowolony z siebie:
– Teraz trochę odmiany od tego całego pałacowego blichtru. Chodźcie dalej!
Wchodzą do pomieszczenia zupełnie innego niż pozostałe. Wnętrze jest ciemne, ultranowoczesne. W oknach wiszą ciężkie, czarne kotary, które całkowicie blokują światło. Centralne miejsce zajmuje ogromna sofa obłożona miękkimi poduszkami.
– To nasz pokój telewizyjny z potężnym nagłośnieniem. Idealne miejsce na maraton Gwiezdnych wojen – mówi Ville, sięgając po pilota.
Chwilę później uruchamia projektor. Cała ściana przed sofą zamienia się w gigantyczny ekran.
– Szanowni państwo, idziemy dalej. Tam po prawej jest część pałacu przeznaczona dla obsługi: sypialnie, pokój dzienny, prywatne wejście. A my miniemy hol główny i pójdziemy prosto.
Drzwi z matowego szkła przesuwają się bezszelestnie, ukazując wnętrze, przypominające bardziej luksusowe spa niż część prywatnego domu. Podłużny basen z lazurową wodą lśni w świetle wpadającym przez panoramiczne okna, które otwierają się na ogród. W jednym z rogów stoi niewielka fontanna w kształcie lotosu, rzeźbiona na zamówienie według projektu Ramiego.
Obraz przesuwa się w stronę przyległej siłowni: surowej, nowoczesnej, z chromowanym sprzętem i ścianą luster. Równiutko ustawione bieżnie, rowery, hantle. Na półce są izotoniki i batony proteinowe.
W obiektywie pojawia się ćwiczący Thomas, bez koszulki, właśnie podnosi sztangę. Libertyn rzuca mu spojrzenie:
– Thomas, świetna figura. Może wyskoczymy gdzieś razem?
Ten odwraca się, rozbawiony:
– Będziesz mnie woził taksówką, czy pójdziemy na ryby?
– Przytulasów nie będzie – oznajmia z godnością, po czym jeszcze przez chwilę obserwuje przyjaciela i wzdycha teatralnie.
Kolejny kadr wypełnia strefa sauny i łaźni parowej. Drewno z sosny karelskiej, zapach eukaliptusa, parujące tafle szkła. Obok chłodząca misa z lodem, białe ręczniki z haftem „RR” i elegancka tablica z napisem: ,,Nie gadać. Medytować albo pocić się w ciszy.”
– Każdy Fin musi mieć saunę – mówi Ville z namaszczeniem. – Ja ją uwielbiam. Mógłbym tu mieszkać.
Emma krzywi się lekko.
– Ja wymiękam po pięciu minutach. Nie cierpię się pocić.
Za kolejnym przejściem rozpościera się sala gimnastyczna. Wysoka, jasna, z matą akrobatyczną i stołem do ping–ponga. W jednej ze ścian jest ukryta szafa z rakietkami, piłkami i kilkoma dziwnymi gadżetami, które wyglądają, jakby Ville kupił je w nocy, nie czytając dokładnie opisu.
Libertyn wyjmuje kanapkę z kieszeni i bierze kęsa. Mówi z pełnymi ustami:
– Szanowni państwo… teraz pójdziemy na górę.
I rusza w stronę schodów, z kanapką w dłoni, jakby właśnie prowadził najważniejsze reality show świata.
Kamera podąża za rodzeństwem, które wchodzi po szerokich, marmurowych schodach. Stopnie są jasne, lekko połyskujące, a przy balustradzie – czarne, matowe poręcze z geometrycznymi zdobieniami, zaprojektowane specjalnie przez Ramiego.
– Te schody to najlepsze miejsce na efektowne zejście na imprezie. Albo dramatyczne wyjście z walizką, jeżeli ktoś znowu rzuca zespół – mruczy Emma.
Libertyn kieruje się na lewo.
– Strefa sypialniana podzielona jest na dwie części– gościnna do której właśnie idziemy i część dla rodziny, którą obejrzymy później. Pokoi gościnnych jest dziesięć, wszystkie urządzone mniej więcej w tym samym stylu– czyli pałacowym. Każdy pokój na pierwszym piętrze ma tabliczkę z nazwą. Pokoje gościnne oznaczone są nazwiskami sławnych kompozytorów; pokój Mozarta, pokój Vivaldiego itd.
– Proponuję – wtrąca Emma – abyśmy zajrzeli do jednej sypialni, bo tak jak wspomniał nasz przewodnik reszta pomieszczeń wygląda podobnie. Co powiesz na pokój Bacha? Uważam, iż jest najładniejszy.
Ville zgadza się z siostrą i zmierzają do jednej z sypialni dla gości. Pokój Bacha to elegancka sypialnia gościnna z prywatną łazienką i niewielką garderobą, wykończona klasycznymi sztukateriami i wysokim sufitem. To, co nadaje klimat temu pomieszczeniu to portret młodego Bacha w pozłacanej ramie, który czuwa nad nastrojem tego subtelnie teatralnego wnętrza.
Ville obraca się wokół własnej osi zatrzymuje się jednak na dłużej na swoim odbiciu w lustrze i krzywi się.
– Wyglądam jak idiota.
– Tak? – pyta Emma z nieudawaną satysfakcją – Ciekawe, czy zdołałbyś w tym stroju zbałamucić jakąś dziewczynę.
Po chwili, widząc jego szeroki uśmiech, dodaje złośliwie:
– Ale przed emisją tego odcinka, do tego oddajesz zegarek, złotą kartę, kluczyki od Ferrari… Aha, nie nazywasz się Rian, tylko Kowalski. No i zmyj makijaż.
Ville patrzy w lustro z pewnością siebie.
Challenge approved!
A następnie zwraca się do kamery z ewidentnym zadowoleniem.
– Szanowni państwo czas na to co każdy pewnie z was czekał, na nasze sypialnie. Po czym gwałtownie dodaje – ale to w kolejnym odcinku.
Ekran nagle gaśnie, pojawiają się napisy, koniec części pierwszej.

W pokoju rozlega się śmiech i głośne westchnienia. Ami podnosi się z podłogi, Rose poprawia włosy w odbiciu ekranu, a Ville sięga po pilota, by od razu włączyć drugą część.

Kamera już stoi pod drzwiami z napisem Ami W Brokacie. Niemal natychmiast oczom widzów okazuje się pastelowa kraina chaosu i luksusu. Ściany w odcieniach pudrowego różu i rozbielonej lawendy kontrastują z pałacową elegancją masywnego, pikowanego łóżka stylizowanego na wersalski model małżeński bo Ami uznała, iż zasługuje na „królewskie spanie, choćby jak śpi krzywo”. Emma rozgląda się niepewnie.
– Witamy w królestwie chaosu. A to i tak wygląda lepiej niż wczoraj.
Pod oknem stoi eleganckie białe biurko z rzeźbionymi uchwytami, a na nim jednocześnie książki do francuskiego, zestaw do robienia bransoletek i… słoik z brokatem. Na podłodze leżą porozrzucane zabawki, poduszki, lalki, samochodziki i jeden samotny pantofel baletowy.
Ville rozgląda się po pokoju i stwierdza.
– Wyjdźmy z tego chaosu, w głowie mi się kręci. Teraz przejdziemy do pokoju pani magister.
Emma daje szturchańca bratu w ramię i po chwili zaprasza kamerę do swojej sypialni.
Sypialnia dziewczyny nazwana z lekkim przymrużeniem oka Magister Sztuki, to wnętrze zdecydowanie pałacowe ale bez różowych złudzeń. Dominują głębokie kolory, które podkreślają wysokie sufity, sztukaterie i ciężkie zasłony z włoskiego aksamitu.
Łóżko z wysokim, tapicerowanym zagłówkiem stoi centralnie pod dużym obrazem – nowoczesnym, abstrakcyjnym, bo Emma nie byłaby sobą, gdyby nie przemyciła tu choć jednej artystycznej prowokacji.
– Szanowni państwo – mówi Ville z powagą w głosie. – Do sypialni mamusi i tatusia was nie zabierzemy. Uszanujemy ich prywatność. Idziemy do pokoju Echo.
Pokój psa oznaczono tabliczką Buduar Echo. To przytulna przestrzeń z dużym posłaniem, miękkimi poduchami i kocami. Ville otwiera stojącą w rogu szafę, a oczom widzów ukazują się smycze, szelki, obroże i apaszki na każdą okazję, na środkowym wieszaku połyskuje szeroka obroża wysadzana brylantami Svarovskiego.
Ville uśmiecha się zawadiacko.
– A teraz, drogie fanki, zobaczycie coś, o czym marzycie od dawna – Pokój Libertyna.
Ekran na moment gaśnie. Po chwili pojawia się kadr sprzed drzwi z elegancką tabliczką Libertyn.
Wreszcie drzwi otwierają się powoli, skrzypiąc z godnością miejsca, do którego prowadzą. Ville wraca przebrany w eleganckie spodnie i czarną koszulę, nonszalancko zapraszając do środka. Wnętrze nie pozostawia złudzeń bo to nie tylko pokój. To manifest. Przestrzeń zaprojektowana z precyzją sceniczną, gdzie każdy cień ma swoją choreografię. Dramat. Luksus. Absolutna kontrola nad światłem. W centrum króluje łóżko robione na zamówienie – ogromne jak ego sceniczne jego właściciela i równie miękkie jak jego aksamitny wokal. Czarne, pikowane, z zagłówkiem sięgającym niemal sufitu, obleczone jedwabiem w odcieniu głębokiego grafitu.
Ville, wciąż z tym samym zawadiackim uśmiechem, wskazuje łóżko:
– Tu dzieje się magia.
Emma tylko kręci głową z rezygnacją. Obraca się dookoła własnej osi i wzdycha:
– To jest jaskinia rozpusty i wszelkiego zła, a te ściany widziały już wszystko. Choć zastanawiam się, czy kiedyś podzielisz to łóżko z jakąś niewiastą… na dłużej.
Libertyn przewraca oczami, bierze teatralny oddech.
– Dajcie mi spokój. Jestem młody. Korzystam z życia i mam chłopaka!
Tuż przy oknie stoi czarny fortepian, błyszczący jak noc po deszczu. Nieco dalej – masywne biurko z litego drewna, surowe, eleganckie. Ściany pokrywa finezyjna, czarna sztukateria.
Za przesuwnymi drzwiami – garderoba Libertyna. To przestrzeń perfekcyjnie zorganizowanego chaosu. Marynarki w odcieniach czerni, butelkowej zieleni i bordo wiszą w równych odstępach, jakby czekały na casting do finału światowego tournée. Koszule ułożone kolorystycznie, niczym paleta do portretu. W jednej części: sceniczne stylizacje – cekiny, skóry, rękawiczki bez palców, naszyjniki. Buty ustawione w szeregu godnym wojskowej musztry.
Ville przeciąga się z widocznym zadowoleniem, rozgląda się wokół, a potem zwraca się do kamery:
– A teraz, jeżeli pozwolicie, przenieśmy się na zewnątrz.
Ogród przy pałacu to pięć hektarów prywatnego raju – trochę szalony miks perfekcyjnie wypielęgnowanej zieleni i dziecięcej fantazji. Między drzewami lśni podgrzewany basen, a altana tonie w różach, jakby żywcem wyjęta z ilustracji do baśni. Jest tu wszystko: miejsce na ognisko, grill z marmurowym blatem, staw z ozdobnymi karpiami i strefa hamaków rozwieszonych między dębami. W tej chwili na dwóch z nich śpią Robert i Paul.
Ville podchodzi, pochyla się i śmieje cicho:
– Słyszycie, jak chrapią? Są tacy słodcy.
Robert podnosi jedno oko i cedzi przez zęby:
– Spadaj.
Po chwili docierają do altany, zastają tam Amidalę, Ramiego i Mię grających w karty. Pod stołem leży Echo i przeżuwa skrawki jakieś zabawki. Dziewczynka ubrana w różową sukienkę, na widok ojca rzuca się w jego stronę i wiesza mu się na szyi.
– Tatusiu, mogę oprowadzić po stajni?
Ville puszcza do niej oko i gestem zaprasza przed kamerę. Ami natychmiast poprawia sukienkę, przegładza włosy i jest gotowa do misji jak prawdziwa gospodyni. W tle Mia i Rami wracają do gry. On rzuca szelmowskie spojrzenie w stronę żony:
– To co dalej? Makao czy może poker?
– Wchodzę za tysiąc.
Po chwili zauważa kamerę i bez cienia emocji zarządza:
– To się wytnie.
Rami unosi lekko brew.
– Oczywiście, iż się wytnie, ostatnio przegrałaś … (wypikane).
Tymczasem Ami prowadzi ekipę do budynku, który stylem nawiązuje do samego pałacu – fasada z piaskowca, wysokie okna, dach pokryty ciemnym łupkiem. Ciężka, kuta brama z rzeźbionymi ornamentami otwiera się odsłaniając nie stajnię, ale garaż – bardziej przypominający luksusową galerię niż zwykłe miejsce do parkowania. Wewnątrz stoją lśniące samochody: sportowe, rodzinne i jeden klasyk. Wszystkie z najwyższej półki, ustawione z precyzją, ale bez przesady.
Karoserie odbijają się w polerowanej betonowej podłodze, a miękkie światło podkreśla każdy detal. I choć wygląda to jak scena z katalogu, to nie muzeum.
– To była kiedyś stajnia dla koników, a teraz mój tatuś parkuje tu czerwone Ferrari – mówi Ami tak jakby się spieszyła.
Następnie ruchem ręki od niechcenia wskazuje na białe sportowe auto.
– A ten Aston należy do cioci Emmy, tam pod ścianą są zabawki dla dużych chłopców, quady, motocykle – dodaje po czym pospiesznie wychodzi.
Rzuca okiem na kamerę, poprawia sukienkę i dodaje:
– No dobrze. Idziemy do oranżerii, prędzej.
Kamera rusza za nią, mijając helikopter zaparkowany z boku, jakby był czymś zupełnie zwyczajnym. Ami wskazuje go bez cienia wyższości:
– Tam mamy helikopter.
Obraz lekko dygocze, a w tle słychać śmiech kamerzystów. Ville dorzuca zza kadru:
– No helikopter przecież, nie czołg!
Amidala odwraca się z powagą oświadcza:
– Chciałabym mieć czołg. A teraz pośpieszcie się.
Dziewczynka idzie dalej, ekipa filmowa ledwo nadąża. Drzwi oranżerii otwierają się szeroko. Wnętrze zaskakuje – zamiast tropikalnych roślin czy donic z cytrusami, panuje tu duch zabawy i totalnej wolności.
– W oranżerii nie ma roślin – mówi Ami z uśmiechem. – To imprezownia i skatepark. Tata popisuje się tu na deskorolce. Często się wywala, Thomasowi za to idzie dużo lepiej... – Dziewczynka drapie się w głowę i dodaje – Chyba każdemu idzie lepiej. No cóż, czas na nas.
Ostatni kadr na ogromną przestrzeń z wysokim, szklanym dachem i industrialnymi belkami konstrukcyjnymi. Tu mieści się mini skatepark z drewnianą rampą, neonami na ścianach, plakatami z tras koncertowych i graffiti autorstwa znajomych Villego.
Amidala zatrzymuje się na chwilę i zaciera ręce.
– No dobrze, teraz czas na najlepsze, na to na co wszyscy czekali.
Dziewczynka dumnie podąża przed kamerą, teraz już nigdzie się nie śpieszy.
– O to on, najlepsza rzecz w Surrey.
Teatralnym gestem ręki wskazuje na domek na drzewie. – Zapraszam na salony.
Już po chwili widać pokój dzienny z wygodnymi sofami w tonacji pastelowej, dalej aneks kuchenny z pełnym wyposażeniem. Jest tu choćby lodówka i bieżąca woda. Dziewczynka kończy oprowadzanie, kłania się grzecznie, zjeżdża na dół na zjeżdżalni i przytula się do Villego.
Ekran ciemnieje. W tle zostaje tylko dźwięk dziecięcego śmiechu i ostatnie nuty cichej muzyki. Pojawiają się napisy końcowe.

Mia rzuca Ramiemu wymowne spojrzenie i powoli kręci głową. On odwraca wzrok, jakby właśnie przypomniał sobie coś bardzo interesującego na dywanie. Wie doskonale, o co chodzi i wie, iż nie ma sensu się więcej tłumaczyć.
– Dzieciaki, spać. Bez dyskusji. Jutro szkoła – ogłasza Ville z teatralną stanowczością.
Amidala i Oskari choćby nie próbują protestować. Święta tuż–tuż, będzie czas na nadrobienie odcinków – oczywiście w tajemnicy, bo nie wszystkie nadają się dla małych widzów. Amidala podbiega do Ramiego i rzuca mu się na szyję, przytulając go mocno.
– Mam najfajniejszego dziadka na świecie!
Oskari wybucha śmiechem i poklepuje ją po ramieniu:
– Na drugi raz zawęź swoje marzenia do roweru albo laptopa.
Amidala przewraca oczami, a potem bierze Oskariego za rękę i wychodzi, reszta robi to samo, zostawiając Mię i Ramiego samych.
On przesuwa się powoli na kolana, jakby chciał odprawić ceremonię pojednania. Spogląda żonie prosto w oczy i pyta cicho, niemal ze wzruszeniem:
– przez cały czas się gniewasz?
Mia pochyla się, przyciska czoło do jego czoła, a potem daje mu szybkiego buziaka.
– Twoje nowe hobby mogłoby być świetnym materiałem na odcinek do nowej serii. Może zespół by dołączył, a ja z dziewczynami utworzymy szpital polowy? Co o tym myślisz?
– Tak, oczywiście – odpowiada, potakując mniej entuzjastycznie.
– Wariat – szepcze z uśmiechem i mocno go przytula.

Idź do oryginalnego materiału