Rozdział 10: Czołg, BMW i elektryczne Porsche / MonikaSK

publixo.com 1 godzina temu

Rozdział 10
Czołg, BMW i elektryczne Porsche

Sandra dostaje telefon z pracy. Krótkie wyjaśnienie: brakuje człowieka, termin jest nie do ruszenia, a ona jest na miejscu. Przebywa na urlopie, ale nie waha się długo. Zgadza się.
Jeszcze tego samego dnia opuszcza Rianhouse. W ostatniej chwili przyjmuje zlecenie od swojej brytyjskiej firmy scenograficznej. Ma zastąpić jednego z techników przy instalacji scenicznej na potrzeby rekonstrukcji inspirowanej coroczną Wojną Zimową. To wydarzenie od lat przyciąga tłumy entuzjastów militariów z całej Europy Północnej.
Na miejscu od razu wchodzi w tryb pracy. Razem z głównym inżynierem przegląda projekt – linia po linii, bez pośpiechu, bez skrótów. Porównują dokumentację z rzeczywistym rozmieszczeniem elementów sceny, sprawdzają odległości, kąty, punkty bezpieczeństwa. Wszystko musi się zgadzać. Na końcu kierownik podpisuje odbiór. Teren można przekazać organizatorom.
Reszta ekipy się zbiera. Sandra nie. Zostaje. Nie widziała wcześniej czegoś takiego na żywo. Coś ją zatrzymuje – ciekawość, może instynkt. Siada z boku, wciąż w roboczym kombinezonie, z rękami wsuniętymi w kieszenie. Obserwuje.
Na leśnej polanie rozlega się wycie syren. Z głośników płyną rozkazy po rosyjsku: ostre, metaliczne. Dym podnosi się z pozorowanych wybuchów, ziemia drży od huków. Żołnierze w hełmach biegną wzdłuż okopów, strzelając ślepą amunicją do nacierających oddziałów. Granaty hukowe rozświetlają przestrzeń krótkimi błyskami.
To nie pozostało adekwatny pokaz, to próba przed jutrzejszym widowiskiem. Sandra patrzy na to w milczeniu. Dym, hałas, ruch i kolor składają się w obraz niepokojąco realistyczny. I wtedy go widzi. Wysoki mężczyzna w fińskim mundurze przebiega przez zasłonę dymu, z atrapą karabinu przewieszoną przez ramię. Porusza się płynnie, skupiony, jakby wszystko wokół przestało istnieć. Zatrzymuje się przy workach z piaskiem, zdejmuje hełm i przeciera czoło. Na chwilę dym się rozrzedza. Sandra mruży oczy. Subtelna uroda. Delikatne rysy. Ciemne, lekko zmierzwione włosy. Gładka twarz bez zarostu. I oczy – zielone, jasne, z tym samym niepokojącym błyskiem, który zna aż za dobrze. To on. Wygląda jak ktoś wyjęty z innej epoki. Jak postać z wojennego plakatu. Zupełnie poza czasem. To nie ma sensu. A jednak wszystko zaczyna się zgadzać.
Obrazy łączą się nagle, bez ostrzeżenia. Siniaki, o których Mia mówi półgłosem. Kolejne „weekendy z kolegami”. Wymijające odpowiedzi Ramiego. Jego coraz częstsze milczenie. Wszystko wskakuje na swoje miejsce. Układa się w jeden, nieprzyjemnie spójny wzór. Sandra przestaje patrzeć na scenę. Patrzy na prawdę. Nie na artystę w kostiumie. Nie na ekscentryczne hobby. Na sekret. Sekret, który nie należy do niej. Stoi jeszcze chwilę, jakby próbowała cofnąć tę jedną myśl. Gdy widowisko trwa dalej, w niej coś cichnie. Zostaje tylko jedno, chłodne przekonanie: wygodniej byłoby tego nie wiedzieć. Wyjechać z ekipą. Zamknąć ten dzień w folderze z projektami. Zapomnieć o twarzy w dymie. Ale jest już za późno.
Rami wraca dopiero następnego dnia wieczorem. Trzyma się za żebro, lekko się krzywi, próbując zachować neutralny wyraz twarzy. Nie umyka to uwadze Mii. Patrzy na niego z niepokojem. To kolejny raz, kiedy weekend kończy się kontuzją. Jeszcze do niedawna przyjmowała jego narrację. Na pytania, co się dzieje, Rami odpowiadał półsłówkami, wzruszeniem ramion, mętnym tłumaczeniem o „artystycznym chaosie”. Od dawna wyjeżdżał na weekendy, powołując się na potrzebę wyciszenia, oddechu i skupienia. Czasem znikał na kilka dni, innym razem tylko na parę godzin. I jakoś nigdy nie budziło to większych podejrzeń. Nie był przecież przeciętnym mężczyzną.
Mia ufała mu bezwarunkowo. Dopóki wracał trzeźwy i nie znikał do tybetańskiego klasztoru, nie widziała powodów do niepokoju.
Ale miesiąc temu coś w niej pękło. Urazy przestały wyglądać na przypadkowe. Zaczęły układać się w niepokojący ciąg. Mia coraz częściej łapała się na tym, iż obserwuje go uważniej niż zwykle – sposób, w jaki się porusza, jak zapomina drobne rzeczy, jak unika spojrzenia. W jej głowie pojawiły się pierwsze czarne scenariusze: choroba, nowotwór, guz mózgu, utrata pamięci.
Zapisała go na serię badań. Od tamtej chwili chodziła niespokojna, napięta, czujna. Gdy przyszły wyniki, odetchnęła z ulgą. Wszystko było w normie. Ale pytanie, dlaczego Rami wraca po weekendach z kolejnymi kontuzjami, pozostało bez odpowiedzi.
Temat na chwilę ucichł. Aż do dziś. Sandra z racji bliskości z rodziną Rianów wie o wszystkim. O stresie Mii, o badaniach, o coraz bardziej napiętej atmosferze. Zaczyna ją to przerastać.
Nie zastanawia się długo, idzie do sypialni Villego i Rose, gdy słyszy zaproszenie, wchodzi powoli.
Rose jest sama, siedzi przy toaletce i kończy wieczorny makijaż.
– Co tam, kochanie? – pyta, próbując trafić kolczykiem w dziurkę prawego ucha.
– Mam problem. Duży. Nie wiem, co mam zrobić.
Przyjaciółka odwraca się w jej stronę i ruchem dłoni zachęca ją, by mówiła dalej.
– Lojalność, dyskrecja… to hasła tego domu. Tylko nie wiem – zawiesza głos na moment, po czym siada na szezlongu naprzeciwko – komu w tej sytuacji mam być lojalna.
– To rozwiń myśl. Jestem częścią tej rodziny. Może coś ci doradzę.
Sandra zagryza wargi, nerwowo pociera czoło i przez chwilę wodzi wzrokiem po gładkich, granatowych ścianach, minimalistycznych lampach i fortepianie o czarnym, lśniącym wykończeniu.
– Rami… – zaczyna niepewnie. – On tarza się w błocie z atrapą karabinu. Rekonstrukcje wojenne. Widziałam go. Byłam przy montażu scenografii.
Rose zrywa się z krzesła.
– O kurwa… To dlatego ma te siniaki i ciągle go coś boli.
– A Mia? – wtrąca cicho Sandra. – Ona się martwi. Myśli, iż coś mu dolega.
– Lojalność… – powtarza półgłosem Rose. – Lojalność.
Zaczyna krążyć wokół fortepianu. Raz. Drugi. Kolejny. Sandra śledzi ją wzrokiem, nie odzywając się ani słowem.
W końcu Rose siada przy biurku ze szklanym blatem i zaczyna porządkować leżące tam dokumenty i książki. Ruchy ma spokojne, zbyt spokojne.
– Ty nic nie wiesz – mówi twardo. – Zostaw to mnie. A ty o tym zapomnij.
Mii nie ma. Wyszła na jeden ze swoich wieczornych treningów. Rose wykorzystuje tą chwilę i kieruje się do gabinetu, gdzie najpewniej zastanie Ramiego. I się nie myli. Wchodzi bez zapowiedzi, jakby to było jej własne miejsce. Jej teść siedzi przy biurku, pochylony nad szkicem – najpewniej nowej rzeźby. Koszulę ma lekko rozpiętą, rękawy podwinięte. Wygląda na skupionego, spokojnego.
Rose staje w drzwiach, opiera się ramieniem o framugę. Na jej twarzy pojawia się uroczy, półzadziorny uśmiech, którym zwykle rozbraja Villego.
– Jak żeberko? – rzuca lekko. – Boli?
Rami nie podnosi wzroku. Krzywi się nieznacznie, bardziej z rozbawienia niż z bólu.
– Ciekawe, jak się czuje ten Rosjanin, którego naparzałeś atrapą karabinu po plecach – dodaje z udawaną troską.
Rami zamiera. Dłoń zatrzymuje się nad szkicem. Dopiero po chwili unosi głowę i patrzy na nią. Bez uśmiechu.
– No właśnie – ciągnie Rose spokojnie. – I powiedz mi, co ja mam z tą wiedzą zrobić. Powiedzieć Mii, która nie spała po nocach, czekając na wyniki badań i kolejne konsultacje… czy nie powiedzieć? I co się stanie, jeżeli sama odkryje prawdę?
– Nie będę cię pytał, skąd wiesz – mówi w końcu. – Ale skoro ty wiesz, to moja żona też się dowie. Prędzej czy później.
– Dlaczego jej nie powiedziałeś?
– Kochanie… mam pięćdziesiąt dwa lata i czołgam się w błocie jak dzieciak. To nie brzmi poważnie.
– Hobby to hobby – odpowiada bez emocji. – Mówi się, iż facet bez zainteresowań zaczyna kombinować na boku. Wszyscy wiedzą, iż interesujesz się bronią, dobrze strzelasz, jesteś w formie. Po co te tajemnice?
– Broń, strzelanie i kondycja to jedno. A przebieranie się w mundur z drugiej wojny i tarzanie się w piachu przed publiką… to już brzmi jak kryzys wieku średniego, nie pasja.
– Tylko iż sprawa wymknęła się spod kontroli, drogi teściu – ucina Rose chłodno. – I jako żona twojego syna powiem ci jedno: gdyby Vivaan zrobił coś takiego za moimi plecami, nie miałabym litości.
– Nie? – pyta, tym razem wyraźnie spięty. – Co byś zrobiła?
Rose siada w fotelu i zaczyna się lekko bujać. Składa dłonie w piramidkę, przybiera niewinną minę.
– Dla mnie to nie jest „nie mówienie wszystkiego”. To jest kłamstwo. Bo ona cię o to pytała. I wiedziałeś, iż się martwi.
– A co byś zrobiła na jej miejscu, gdybym jej powiedział, czym zajmuję się w weekendy?
– Najpierw bym się wkurzyła. A potem pojechałabym na tę rekonstrukcję z apteczką i zapasem maści rozgrzewających. I kazałabym zwiększyć ubezpieczenie zdrowotne.
Rami parska śmiechem. Opiera głowę na dłoni. Przez chwilę siedzi w ciszy, obserwowany przez Rose.
– Muszę jej powiedzieć – mruczy w końcu. – Lepiej, żeby to wyszło ode mnie niż od obcych.
Zatrzymuje się na moment, bierze kilka głębokich oddechów. Uśmiecha się krzywo.
– A co byś powiedziała, gdyby Ville kupił za twoimi plecami czołg?
Dziewczyna unosi brwi. Przez chwilę wygląda, jakby chciała coś powiedzieć, ale rezygnuje. Podchodzi do okna.
– A przynajmniej działa? – pyta spokojnie.
Gdy widzi jego lekkie potaknięcie, dodaje:
– To duży wydatek. Mamy z Vivaanem pewne limity na rzeczy kupowane bez konsultacji. Byłoby mi przykro, iż to zataił… chyba iż to miałaby być niespodzianka.
Odwraca się, podchodzi bliżej, opiera dłonie o blat i patrzy mu prosto w oczy.
– Bo to prezent, prawda?
On przełyka ślinę. Rose czeka. Gdy nie dostaje odpowiedzi, uśmiecha się lekko.
– Pamiętam tę scenę. Amidala wspominała o czołgu w którymś z odcinków. Zdaje się, iż niedługo właśnie będziemy to oglądać.
Rami wstaje zza biurka, przeczesuje włosy dłonią.
– Dla mojej wnuczki zrobię wszystko. Poza tym… lubię ekstrawagancję.
Siada z powrotem, jakby nagle stracił energię.
– Tak, pamiętam ten odcinek, to będzie dobra okazja aby jej powiedzieć – wzdycha ciężko. – No to zobaczymy, jak bardzo jesteś podobna do mojej żony.
W tym czasie, gdy Rami próbuje poukładać wszystko w głowie i rozważa niemal każdy możliwy scenariusz łącznie z rozwodem z własnej winy, Thomas z Sandrą oraz Paul i Wendy z dziećmi opuszczają Rianhouse i wracają do swoich spraw.
Nad ranem w rodzinnym domu Thomasa w Adendorf, panuje kojący spokój. W kuchni unosi się zapach herbaty z imbirem, a pierwsze promienie słońca miękko przeciskają się przez zasłony. Sandra siedzi przy długim, drewnianym stole w jadalni, owinięta w miękki kardigan, z kubkiem w dłoniach. Delektuje się ciszą, przegryzając musli z suszonymi owocami.
Z salonu dobiega stłumiony głos Thomasa. Pochylony nad tabletem rzuca krótkie uwagi po niemiecku, omawiając z ojcem szczegóły techniczne związane z fabryką. Henrik, z dłonią opartą na oparciu kanapy, słucha uważnie i kiwa głową.
Między nimi wytworzyła się nić zawodowego porozumienia – krucha, ale prawdziwa, wypracowana z trudem na przestrzeni ostatnich lat. Henrik został mile zaskoczony informacją, iż Thomas dotarł do tak nietypowych dostawców w Indiach. Takie kontakty uchodziły w branży za niedostępne. zwykle trafiało się jedynie na pośredników z własnymi logotypami i głośnymi szyldami, podczas gdy prawdziwi wykonawcy, ludzie od brudnej roboty, pozostawali ukryci w cieniu. Teraz jednak, dzięki tej ścieżce, otwiera się dla Klein Elektronik szansa na współpracę wyjątkowo opłacalną. Po raz pierwszy Thomas dostał od niego arcytrudne zadanie. Zadanie, które mogło go przerosnąć, ale nie zawiódł. Wręcz przeciwnie, przyniósł rozwiązanie z najwyższej półki, takie, którego on sam nie mógłby się spodziewać. Henrik domyśla się, iż to Mia podsunęła mu adekwatną drogę, ale to Thomas odważył się nią przejść. Dlatego ojcowska duma niemal wylewa się z jego oczu, bo poza zabawą z młodym Rianem i tym całym blaskiem fleszy, Thomas potrafił wykorzystać to co najcenniejsze w biznesie – kontakty. Henrik podnosi się z kanapy i rzuca jeszcze ostatnie spojrzenie na zegarek. Ma ważne spotkanie w Hamburgu. W drzwiach poprawia mankiety koszuli, rzuca szybkie `Bis später!` i znika. Po chwili słychać tylko szum wirników jego helikoptera.
Niedługo potem Thomas i Sandra zbierają się do wyjścia. Dzień zapowiada się pracowicie, a Thomas chce odwiedzić halę produkcyjną i spotkać się z menadżerem projektu. Ma ze sobą kilka notatek i prezentację z ostatnich targów technologicznych w Finlandii, którą chce przekazać zespołowi.
Gdy tylko przekraczają próg Klein Elektronik, powietrze zmienia się. Staje się pełne mechanicznego rytmu, szumu maszyn i zapachu metalu. Thomas znika niemal natychmiast w jednym z korytarzy prowadzących do biur, zostawiając Sandrę samą. Ona wchodzi na halę produkcyjną, przyciągana znajomym dźwiękiem zgrzytów, kliknięć i pisków. To nie pierwszy raz, gdy odwiedza firmę Henrika – była tu już nieraz, czasem towarzysko, czasem z ciekawości. Ale za każdym razem czuje to samo: fascynację. Staje na chwilę w miejscu, jakby chciała zatrzymać ten moment w pamięci. Stalowe ramiona robotów, precyzyjnie działające mechanizmy, ludzie w uniformach skupieni nad zadaniami. Sandra oddycha głęboko. Jako inżynier mechatronik rozumie każdy etap, zna zasady działania tych maszyn, ale mimo wiedzy, którą posiada, wciąż patrzy na to wszystko z dziecięcą ciekawością. Tu nie chodzi tylko o technikę – to sztuka w ruchu, logika spleciona z precyzją. I choć zna ten świat, przez cały czas ją zachwyca.
Thomas podchodzi do niej i całuje w tył głowy.
– To co wracamy?
Już po chwili sportowe BMW sunie po bocznej drodze, prowadzącej przez las. Silnik mruczy równo, a głośniki wyrzucają z siebie klubowy beat, który wypełnia kabinę aż po dach. Thomas siedzi prosto, obie ręce na kierownicy, ale prawa dłoń rytmicznie uderza w skórzany wieniec, podążając za muzyką. Krótko przygryza wargę, lekko się kołysze. Jego twarz jest rozluźniona, spojrzenie skupione na drodze. Obok niego Sandra opiera czoło o szybę. Jej wzrok błądzi po drzewach migających za oknem jak niekończąca się taśma filmowa. Od jakiegoś czasu nosi w sobie pytanie, z którym Thomas uparcie nie chce się zmierzyć. Zawsze obraca wszystko w żart, zmienia temat albo całuje ją, zanim zdąży dokończyć zdanie. Ale dziś... dziś czuje, iż musi. Powoli sięga do radia i ścisza muzykę. Zamiast rytmu basu zapada ciche napięcie. Thomas zerkając kątem oka, marszczy lekko brwi i odrywa jedną rękę od kierownicy.
– Musimy pogadać – mówi Sandra spokojnie, ale zdecydowanie.
– Dobrze – rzuca, zerkając na nią uważnie.
– Chcę wiedzieć... jak widzisz naszą przyszłość? – pyta, wbijając wzrok w jego profil.
Chłopak wzdycha głęboko, po czym przewraca oczami, jakby dobrze znał ten scenariusz. Nie mówi nic. W zamian zjeżdża na pobocze, zatrzymuje auto na zacienionej leśnej drodze. Gasi silnik, opiera się na fotelu i patrzy prosto przed siebie.
– Co dokładnie masz na myśli?
– Czy traktujesz nas poważnie? Jesteśmy razem od dawna, wszystko niby gra… Ale co dalej?
– Tak, jesteśmy razem od dawna – powtarza Thomas. – I wszystko jest w porządku.
– A co z przyszłością? Z naszym związkiem…
– o ile szukasz romantyzmu – przerywa jej lodowatym tonem – to trafiłaś pod zły adres. Spędzasz za dużo czasu z Rose.
– Czyli nie mam prawa wiedzieć, co myśli mój chłopak?
Thomas zamyka oczy, jakby walczył z narastającym bólem głowy. Wzdycha.
– Wszystko jest dobrze. Dogadujemy się. Po co to psuć?
– A co z dziećmi? Czy chociaż jedno jest w planach?
– W tym temacie nic się nie zmieniło – mówi twardo, bez cienia zawahania. – Kochanie, nie możemy cieszyć się chwilą, którą mamy?
– Możemy – odpowiada w końcu cicho, niemal szepcząc.
– To jadę. Jestem zmęczony – mówi beznamiętnie i pogłośnia radio.
Ale teraz w głowie dziewczyny rezonują słowa Thomasa. Jego niechęć do wspólnego życia, do zobowiązań, do planowania czegokolwiek więcej niż jutrzejszy dzień. Dotąd udawało jej się przymykać na to oko – jego luz, wolność, dystans. Ale coś w niej zaczyna się kruszyć. Ma już dwadzieścia dziewięć lat. Nie naciska na ślub, nie oczekuje zaręczyn. Chce tylko wiedzieć, iż to wszystko ma jakiś kierunek. Że nie będzie tkwić w półświecie między „razem” a „jeszcze nie teraz”. jeżeli Thomas nie zmieni podejścia… prędzej czy później sprawa stanie się poważna. Ale nie dziś. Dziś chce tylko wziąć gorący prysznic, włączyć telewizor i obejrzeć kolejny odcinek Liberty Fade Life.
Wendy siedzi w kuchni z kubkiem kawy i laptopem przed sobą. Ubrana nienagannie, z delikatnym makijażem i błyskiem we włosach. Cera ma zdrowy koloryt, oczy śledzą linijki tekstu, dłonie przesuwają się po klawiaturze z gracją i precyzją. Na zewnątrz, grudniowy świt. Za oknem zamglone świerki i szron na tarasie, a w środku przyjemne ciepło i zapach kawy z nutą wanilii. Schodami, zaspany, w piżamie w kratę, zsuwa się Paul. Zatrzymuje się na kilka kroków od niej, przeciera oczy i obserwuje w ciszy. Wendy nie podnosi wzroku, ale już wie, iż tam stoi.
– Hej, co robisz – pyta cicho.
– Dużo pracy, Paul. Dużo pracy mnie czeka – odpowiada, nie odrywając oczu od ekranu.
On natychmiast się budzi. Zbyt dobrze zna ten ton. Kiedy Wendy jeszcze pracowała w korporacji, te słowa oznaczały: „zniknij, czeka mnie nocka”. Już chce się wycofać, ale wtedy Wendy powoli się odwraca. Na twarzy pojawia się uśmiech – figlarny, pełen blasku.
– Nie martw się – mówi miękko. – Nie o taką pracę chodzi.
Paul oddycha z ulgą. Podchodzi, przytula ją od tyłu i zerka przez ramię na ekran laptopa, pełen japońskich znaków, z których nic nie rozumie. Wendy zamyka klapę, wstaje i poprawia sukienkę.
– Na blacie masz śniadanie. Jedz szybko, ubieraj się, wychodzimy.
– Ale gdzie? – mruczy Paul, drapiąc się po głowie. – Mieliśmy spędzić ten dzień z dziećmi.
– Dzieci są z nianią. My jedziemy do pracy. Paul, zbieraj się – mówi, pokazując na zegarek. – Już czas.
– Do jakiej pracy? Za kilka dni święta, choćby pszczoły mają wolne.
– Nie mam zamiaru czekać, Paul. Nie po to twój przyjaciel Kogucik wsadził swój piękny łeb pod mój topór, żeby nie odciąć od tego kuponów. Jedziemy do Bee&Leaf.
Paul znowu drapie się po głowie. Patrzy przez okno, gdzie słońce próbuje przebić się przez mleczną mgłę. Nic nie mówi. Wendy już nie ma – wyszła z kuchni, zostawiając po sobie tylko lekki zapach kwiatowych perfum.
Pół godziny później siedzą już w samochodzie. Elektryczne Porsche Taycan rusza spod podjazdu niemal bezszelestnie, jak cień. Droga prowadzi przez pokryty szronem zagajnik, Wendy zna ją na pamięć, a mimo to dziś wszystko wygląda inaczej. Jakby jechała tam pierwszy raz. Gdy zjeżdżają z asfaltu i wjeżdżają za bramę, dziewczyna rozgląda się. Stary ceglany budynek z dużymi oknami błyszczy czystością i spokojem. Nad drzwiami wisi manualnie malowana tabliczka Bee&Leaf. Na parapetach – zioła, które schną leniwie w grudniowym powietrzu.
Wchodzą do środka. Wnętrze jest niewielkie, ale uporządkowane. Drewniana lada, komputer, kilka półek z dokumentami. Z boku stoi gablota z produktami. Wendy rzuca na nią okiem, ale nic nie mówi. Jej myśli pracują szybciej niż palce na klawiaturze.
Za szklanymi drzwiami zaczyna się inne królestwo. Stal nierdzewna, błyszczące blaty, profesjonalne mieszalniki, chłodnie, suszarki. Sterylność i technologia. Wendy przesuwa dłonią po jednej z maszyn. Nowe. Pachnące czymś... prawdziwym. James, wspólnik Paula, stoi w głębi. Miesza emulsję. Słuchawki na uszach, twarz skupiona, ruchy precyzyjne.
– Testuję nową wersję balsamu – mruczy, nie odrywając wzroku. – Z pyłkiem różanym i ekstraktem z pokrzywy. Na przesilenie zimowe.
Wendy się uśmiecha. Patrzy na jego dłonie, potem znów na przestrzeń wokół. To wszystko... jest prawdziwe. Stoi tak jeszcze przez chwilę chłonąc atmosferę tego miejsca.
Wracają do biura. Dziewczyna siada przy komputerze. Strona firmy się ładuje. Otwiera media społecznościowe. Przegląda posty, grafiki, zjeżdża w dół.
– No dobrze... – mówi cicho. – Reklama kuleje, marketing nie istnieje, a strona wygląda jak… no, strony w zasadzie nie ma.
Wstaje. Podchodzi do gablotki, zdejmuje z półki jedno z opakowań. Etykieta przekombinowana, pstrokata, jak ze starego katalogu.
– Kochanie... przejrzałam wasze produkty. Naprawdę. Kto wam robił te grafiki?
Paul tylko się uśmiecha.
– To jest tragiczne – stwierdza Wendy. – Macie świetny produkt, nowoczesny sprzęt i... totalny brak reklamy…
– No właśnie. Dlatego ci to pokazuję.
– A targi? Wystawiacie się? – pyta, choć dobrze zna odpowiedź.
Paul robi minę niewiniątka. W progu staje James z kubkiem kawy.
– Wiesz, Wendy... – mówi spokojnie – skupiliśmy się na naturze. Na składnikach. Nie chcemy być kolejną firmą z logo łąki. Chcemy być łąką. Jedyną w swoim rodzaju. Nie marzymy o współpracy z marketami. Chcemy pozostać manufakturą, choć oczywiście dalej się rozwijać.
– Wasza misja jest słuszna. Wejście do sieciówek was zniszczy. Ale dziś ludzie szukają jakości, natury, autentyczności i są gotowi za to zapłacić. Nie trzeba wiele, by zwiększyć sprzedaż. Zwłaszcza gdy już macie klientów.
Sięga po zeszyt z wysyłkami, wertuje przez chwilę. James mięknie. Miał wątpliwości, czy dziewczyna z korporacji zrozumie ich świat. Ale teraz patrzy na nią inaczej. Z szacunkiem.
– Mamy wolny etat w dziale marketingu! – mówi z uśmiechem. – Znaczy… nie mamy działu marketingu.
– A gdzie się u was składa CV?
– Jeszcze dziś możemy podpisać umowę – rzuca James, śmiertelnie poważny. – Ale z Paulem mamy jeden warunek.
Podchodzi do Wendy, kładzie dłoń na jej ramieniu.
– U nas po siedemnastej gasimy światła i chowamy się w krzakach. Żadnych maili, żadnych projektów, żadnych „jeszcze tylko jedno...”. Harmonia to nasza myśl przewodnia.
– Umowa stoi – odpowiada dziewczyna wyciągając rękę.
Odwraca się do Paula. Ujmuje jego twarz w dłonie. Spojrzenie – jak zawsze – miękkie i stanowcze.
– Będziesz musiał dać mi pieniądze na reklamę – szepcze. – Nie będzie to kosztowne. Na początku robimy tylko to, co niezbędne. Nowe opakowania to konieczność. Trzeba poprawić widoczność w sieci. A już w styczniu pojedziemy na targi. Znaczy... ja pojadę z Jamesem. Ty szykuj się do trasy koncertowej.
Paul przytakuje. Wszystko w jego twarzy mówi: ,,cokolwiek chcesz’’.
– Ja na targi? – krzywi się James. – Jestem chemikiem, nie handlowcem.
– Właśnie, iż ty. Jesteś ekologicznym świrem i pasjonatem, ludzie cię pokochają. Może jakaś prelekcja?
James opiera się o ścianę. Uśmiech nie schodzi mu z twarzy, ale w głowie zaczyna kiełkować wątpliwość: czy ludzie naprawdę chcieliby słuchać o zbawiennym wpływie enzymów pszczelich na cerę?
– Paul, a co do tej twojej... harmonii – mówi Wendy z figlarnym uśmiechem, puszczając mu oczko. – Pogadamy w domu.
On robi minę przerażenia i teatralnie cofa się o krok, jakby dostał właśnie ostrzeżenie od losu. Dziewczyna patrzy na nich obu. Już wie, iż się tu odnajdzie. I iż to miejsce, to ich małe imperium z miodu i błota naprawdę ma szansę rozkwitnąć. choćby w środku zimy. Zerka jeszcze na prospekt nowej linii produktów dla dzieci, w jej głowie rozbłyska myśl – nazwa: Kukuryku. Ale zaraz pojawia się też wątpliwość: ,,czy Ville zgodzi się oddać ją do użycia, skoro to był jego pomysł?’’ Teoretycznie nie musi go o to pytać. Ale w imię dobrych relacji – i zwykłej przyzwoitości – powinna. Wendy jednak nie zamierza dziś zaprzątać sobie tym głowy. Ville to człowiek honoru i serdeczny przyjaciel Paula. Może więc nie będzie miał nic przeciwko. Ostatecznie wszystko sprowadza się do zaufania.
Przytula się jeszcze do Paula, a on obejmuje ją delikatnie ramieniem. realizowane są tak przez chwilę w ciszy, bez pośpiechu, aż w końcu decydują wspólnie, iż czas wracać do domu.
Wendy patrzy przez szybę samochodu, na ośnieżone pola i ciemniejące niebo. Cisza między nimi jest miękka, nienapięta.
– Paul… wiesz, jak podchodzę do spraw małżeństwa – mówi dotykając delikatnie jego ręki.
Chłopak tylko kiwa głową. Nie patrzy na nią, ale jego uścisk staje się mocniejszy.
– Nie chcę ślubu. Ale chcę uporządkować pewne sprawy, na które nigdy nie było czasu. Uważam, iż powinniśmy zawrzeć związek partnerski. Dla dobra dzieci. Dla jasności prawnej. I... żebyśmy nie musieli się więcej nad tym zastanawiać.
Paul uśmiecha się krzywo.
– To oświadczyny? Chyba za dużo czasu spędzasz z Rianami.
Ona parska śmiechem, drapie się w głowę i opiera czoło o zagłówek.
– Możliwe.
– Dobrze – mówi cicho. – Będzie, jak chcesz. Podpiszemy papiery. I wreszcie... będziemy rodziną.
Paul odwozi Wendy do domu, a sam jedzie jeszcze do Londynu, do klubu Roba. Spotkanie z kolegami było umówione wcześniej, zastrzegł więc, iż wróci późno i nie trzeba na niego czekać. Dziewczyna tylko skinęła głową, choć w środku była już gdzie indziej: myślami, planami, energią, która znów zaczynała się w niej kłębić.
W domu zapanowała cisza. Niania pożegnała się przed siódmą, a Wendy przejęła dzieci z lekkim uśmiechem i nieco zbyt jasnym „wszystko w porządku”. Czas z nimi minął spokojnie – kąpiel, bajka, herbata z miodem. Peter i Melissa zasnęli szybko, jakby wyczuli, iż mama potrzebuje wieczoru tylko dla siebie. Ale wieczór nie był spokojny. Nie w środku. Z chwilą gdy zamknęła drzwi ich pokoju, w jej głowie rozszalała się burza. Burza pomysłów. Burza potrzeb. Już nie tylko związanych z Bee&Leaf, choć i tych nie brakowało. Ale było też coś więcej. Głębsza potrzeba działania, przesuwania, przestawiania – czegokolwiek. Dom, choć przytulny i dobrze znany, nagle wydał jej się nieułożony. Meble stały nie tam, gdzie trzeba. Przestrzeń była bez sensu. Energia nie płynęła, tylko się zatrzymywała, zderzała ze sobą, zawracała. Wendy czuła, iż jej głowa zaraz eksploduje jeżeli czegoś nie zrobi. Dwie godziny później zmęczona ale zadowolona z siebie poszła na górę, wzięła kojącą kąpiel, wskoczyła w piżamę i ułożyła się do snu.
Jest już po północy. Dom pogrążył się w ciszy. Zgaszone światła, miękkie cienie na schodach, wszystko jak z obrazka. Drzwi otwierają się i Paul wchodzi ostrożnie, bezszelestnie. Przez chwilę stoi w korytarzu, słuchając. Żadnych głosów, żadnych kroków. Uśmiecha się do siebie. Udało się. Dzieci śpią, Wendy pewnie też. Zdejmuje buty i rusza w stronę salonu. Ale już po trzech krokach jego stopa trafia na coś miękkiego i niepokojąco okrągłego. Próbuje złapać równowagę, ale jest za późno. Z głośnym łup wpada na coś dużego i drewnianego.
– KUR... – jęk zawisa w powietrzu.
Ląduje na podłodze. Łokieć pulsuje bólem, a coś – chyba róg ławy wbija mu się w biodro. Przez chwilę leży w ciszy, oddychając przez zęby. Z góry słyszy kroki. Gwałtowne, zdecydowane, bosonogie. Potem światło w holu. Wendy zbiega po schodach w za dużej bluzie, z rozczochranymi włosami i miną matki, która właśnie przyłapała dziecko z papierosem w dłoni.
– Jesteś pijany?! – cedzi z wyrzutem, stając na dole z rękami na biodrach.
Paul jęczy cicho, próbując podnieść się z ziemi jak sędziwy żółw. Rozmasowuje obolały łokieć, marszcząc brwi z niedowierzaniem. Rozgląda się po salonie i mimo półmroku dostrzega zmiany, pomieszczenie wydaje się... obce.
– Coś ty zrobiła z naszym domem?
– Teraz panuje tu harmonia – oznajmia z dumą. – Energia ma gdzie płynąć.
Odwraca się na pięcie i rusza do kuchni.
– Choć, przyłożę ci coś zimnego do tego łokcia. Na szczęście zamroziłam zielony groszek.
Paul wzdycha jak człowiek, który właśnie zrozumiał, iż jego własny salon zamienił się w labirynt. Idzie za nią powoli, ostrożnie, jakby każdy krok mógł skończyć się zderzeniem z nową filozofią wnętrza. W kuchni zatrzymuje się w progu, przecierając oczy. Pomieszczenie wciąż jest jego kuchnią, ale... jakoś inaczej. Doniczka stoi gdzieś indziej. Światło się odbija dziwnie. Czai się porządek, ale nie ten zwykły – jakiś wymuszony, duchowy. Wendy klęka przed nim z paczką mrożonek i z czułością przykłada ją do jego łokcia. Uśmiecha się lekko, rozbawiona.
– Wybacz, powinnam była cię ostrzec. Kochanie, te stare meble i tapety w kwiaty... one zabierają tyle energii – mówi przesuwając palcami po jego włosach.
Ale Paul już wie. Zna ten ton, ten błysk w oczach. Przerywa jej z westchnieniem poddania:
– Wendy, rób z tym domem co chcesz. Chcesz remont? Proszę bardzo. Wiedziałem, iż na nowym zestawie wypoczynkowym się nie skończy. Tylko... błagam. Oznacz mi ścieżki czymś fluorescencyjnym. Albo rozstaw pachołki.
Ona chichocze, całując go w czoło z czułością.
Dopiero po kilku dniach Rami decyduje się na poważną rozmowę z żoną. Mia właśnie wróciła ze spotkania biznesowego. Zrzuca płaszcz, zdejmuje buty i bez słowa przechodzi powoli do dalszej części domu, jakby potrzebowała kilku minut, by naprawdę wrócić do tego miejsca, a nie wciąż być gdzieś między salami konferencyjnymi a hotelowymi korytarzami. Prosi pokojówkę o herbatę, ta nalewa jej bez zbędnego słowa.
Rami obserwuje ją z drugiego końca pokoju. Przysiada obok dopiero wtedy, gdy Mia siada na kanapie z filiżanką w dłoni. Przez dłuższą chwilę milczy, czekając, czy ona pierwsza coś powie. Mia zerka na niego kątem oka, wyczuwając napięcie, które nie bierze się z rozmowy, tylko z jej braku.
W końcu cicho wzdycha i, bez wstępów ani prób żartu, mówi, gdzie jeździ w weekendy i co tam robi. Bez upiększeń. Bez dygresji. Przez kilka sekund Mia nie reaguje wcale. Odkłada filiżankę na stolik. Otwiera usta, ale nie pada ani jedno słowo. Brwi powoli się ściągają, dłonie zaciskają na poduszce, aż materiał cicho trzeszczy pod palcami.
Wstaje gwałtownie. Podchodzi do obrazu naprzeciwko, po chwili zawraca. Obcas uderza o parkiet zbyt głośno, zbyt ostro. Zatrzymuje się przy oknie, opiera dłoń o chłodne szkło i zamyka oczy. Oddech ma krótki, urywany, jakby liczyła go w myślach.
Dopiero po chwili wraca na miejsce. Siada wolniej, wyprostowana, z twarzą już opanowaną, ale napięcie zostaje w ramionach i w spojrzeniu.
– Przez te twoje tajemnice nocami nie spałam. Czekałam na wyniki badań, myśląc, iż masz problemy neurologiczne, błędnik, nowotwór. A ty w tym czasie…
– Przepraszam – wtrąca Rami.
– Mogłeś mi to wcześniej powiedzieć. Wiedziałeś, iż się martwię.
– Może się wstydziłem – odpowiada cicho, niemal szeptem.
– Wstydziłeś się, iż interesujesz się historią?
Mia nie doczekuje się odpowiedzi. Rusza w stronę fortepianu. Palce przesuwają się po jego krawędzi, paznokcie cicho stukają o lakier. Zatrzymuje się, wciąga powietrze, a potem jej twarz lekko się rozjaśnia — napięcie w barkach i szczęce puszcza.
– Dobrze. Miło, iż wreszcie łaskawie mi to powiedziałeś. Widzę, iż muszę brać poprawkę na to, iż facetom w twoim wieku odwala. Zwłaszcza jeżeli są artystami.
Staje naprzeciwko niego z rękami założonymi na piersi.
– Jak cię znam, to nie wszystko. Słucham.
Gdy słyszy o zakupie czołgu, znowu się prostuje. Twarz jej twardnieje, brwi ściągają się gwałtownie. Rami nie daje jej czasu w wybuch — natychmiast przechodzi do ckliwej historii o tym, iż ich wnuczka zawsze marzyła o takim prezencie.
– Nie chcę być nudnym dziadkiem – dodaje na zakończenie.
Mia opada bezradnie na sofę. Zakrywa twarz dłońmi i zaczyna się śmiać. Głośno, szczerze, bez kontroli.
– A przynajmniej na chodzie? – pyta, wciąż chichocząc.
– Działa. I to ładny model.
– Trzeba wykupić dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne – odpowiada już chłodniej.
Wstaje i wychodzi z pokoju, mrucząc pod nosem:
– No kurwa. Czołg kupił. Artysta.
Idź do oryginalnego materiału