Pamiętam dokładnie, co stało na stole w przeddzień tej mszy, kiedy matka zadzwoniła do mnie trzeci raz w tym tygodniu. Stały tam dwa kubki po kawie, mój i Kasi, i otwarty laptop z arkuszem, w którym przesuwałem terminy integracji dla klienta z Monachium, bo system miał pójść na produkcję w piątek. Telefon zawibrował o dwudziestej pierwszej. Matka napisała: „Pamiętasz o jutrze?". Napisałem: „Pamiętam, ale mam deadline, zobaczymy".
Nazywam się Marek Wolański, mam trzydzieści sześć lat, mieszkam w Poznaniu od ośmiu lat, pracuję jako programista dla firmy, która ma biuro w Niemczech i w Polsce płaci mi w złotówkach, choć raporty piszę po angielsku. Ojciec, Zenon, umarł rok temu w marcu. Był ślusarzem w zakładzie na Grunwaldzie przez dwadzieścia dziewięć lat, ręce miał takie, iż kiedy ścisnął moją dłoń na dzień dobry, bolało mnie to jeszcze przy kolacji.
Mówię to od razu, bo wiem, jak to wygląda z zewnątrz: syn nie przyszedł na mszę za ojca. Siedziałem wtedy w biurze przy ulicy Roosevelta, w sali konferencyjnej bez okien, z kierownikiem projektu z Hamburga na ekranie, i tłumaczyłem, dlaczego moduł płatności nie działa na środowisku testowym. Telefon leżał wyłączony w kieszeni marynarki. Nie dlatego, iż nie chciałem iść. Dlatego, iż bałem się, iż jeżeli pójdę, to już nie wstanę z tej ławki i nie wrócę do żadnej konferencji, żadnego kodu, żadnego życia, które sobie poukładałem po śmierci ojca tak, żeby w ogóle dawało się funkcjonować.
Siostra, Ewa, mówiła mi później, iż matka stała w kościele na Grunwaldzie sama, bo przyjechała tam, gdzie ojciec zawsze chodził, nie do naszej parafii na Winogradach. Że w ostatniej ławce siedział pan Henryk z zakładu, w garniturze, który ojciec kupił mu kiedyś pożyczając pięćset złotych, bo Henryk nie miał w co się ożenić. Że Henryk przyniósł różę za osiem złotych z kiosku przy bramie cmentarza i powiedział matce, iż ojciec zawsze mówił: garnitur wkłada się na wesele, na pogrzeb i kiedy ktoś cię naprawdę potrzebuje.
Nie wiedziałem o tej róży, kiedy pisałem SMS-a dzień wcześniej. Napisałem: „Mamo, nie zdążę, mam telekonferencję o dziewiątej, przepraszam, zapalę świeczkę u siebie". Wysłałem to z kuchni, stojąc przy oknie, z którego widać parking osiedlowy i jednego psa sąsiadów, bernardyna imieniem Max, który o tej porze zawsze szczeka na śmieciarkę. Kasia, moja żona, siedziała przy stole i nic nie powiedziała, tylko spojrzała na mnie tak, iż zrobiłem sobie jeszcze jedną kawę, żeby nie musieć na nic odpowiadać.
Prawda jest taka, iż od pogrzebu nie umiem wejść do żadnego kościoła bez tego, iż zaczynają mi się trząść ręce. Na pogrzebie stałem z twarzą, która ludziom wydawała się kamienna, i powiedziałem matce: „Tata by nie chciał, żebyśmy się rozklejali". To nie było prawdą o ojcu. To była prawda o mnie – iż jeżeli się rozkleję, nie będę umiał złożyć się z powrotem w czasie, w którym muszę jechać do biura, płacić kredyt za mieszkanie na Łazarzu i udawać kierownikowi z Hamburga, iż wszystko jest pod kontrolą.
Ojciec nigdy nie powiedział mi, iż mnie kocha. Powiedział mi raz, kiedy miałem dwadzieścia dwa lata i zepsułem skrzynię biegów w jego starym Polonezie: "Ucz się na błędach, synu, ale ucz się szybko, bo życie nie czeka." To było całe wyznanie, jakie od niego dostałem. Ale pamiętam, jak pięć lat temu, kiedy zostałem bez pracy na trzy miesiące, przyjechał do Poznania autobusem PKS, zapłacił za bilet trzydzieści dwa złote w jedną stronę i przywiózł mi w słoiku smalec, który matka zrobiła, bo "trzeba jeść, a nie tylko siedzieć przed tym komputerem".
Dwa tygodnie po rocznicowej mszy zadzwoniła do mnie Ewa i powiedziała, iż matka sprzedaje dom na Grunwaldzie. Ten, w którym mieszkaliśmy, zanim się wyprowadziłem, ten z garażem, w którym ojciec trzymał swoje narzędzia od ślusarki, te wszystkie klucze francuskie i imadła, które po jego śmierci nikt nie ruszył, bo nikt nie miał odwagi. Matka powiedziała Ewie, iż nie będzie płacić za ogrzewanie stu dwudziestu metrów dla siebie samej, iż przenosi się do mniejszego mieszkania przy ulicy Dmowskiego, a dom i to, co w nim jest, odda komu zechce.
Przyjechałem w sobotę, bez uprzedzenia, pierwszy raz od pogrzebu bez telefonu w kieszeni włączonego na wibracje. Zastałem matkę w garażu, w gumowych rękawiczkach, z kartonami rozstawionymi na betonowej podłodze. Przy drzwiach stał pan Henryk, we flanelowej koszuli, nie w garniturze, i pakował do bagażnika starego Volkswagena Transportera skrzynkę z narzędziami.
– Marek – powiedziała matka, nie przerywając pracy. – Dobrze, iż jesteś. Pan Henryk bierze imadło i wiertarkę, resztę narzędzi przekazuję do szkoły zawodowej na Świerczewskiej, dyrektor już czeka na telefon.
Stałem w drzwiach garażu i patrzyłem na skrzynkę z narzędziami, którą Henryk niósł do samochodu, i poczułem, iż to jest ten moment, w którym mój ojciec naprawdę odchodzi – nie na mszy, nie na pogrzebie, a teraz, kiedy jego klucze francuskie jedzie zabrać kolega z zakładu, bo syn wolał telekonferencję.
– Mamo, czekaj – powiedziałem. – Ja to chcę. Imadło. Niech zostanie u mnie.
Matka zdjęła rękawiczki, spojrzała na mnie długo, bez słowa, a potem powiedziała do Henryka:
– Panie Henryku, imadło niech pan odpuści, syn je bierze. Ale wiertarkę i tak niech pan zabiera, bo ojciec by chciał, żeby ktoś z niej korzystał, a nie stała w pudle.
Henryk kiwnął głową, uścisnął moją rękę – za słabo jak na ślusarza, pomyślałem, i pomyślałem, iż to pierwszy raz, kiedy uścisk ręki wydał mi się zbyt delikatny – i odjechał.
Zostałem tego dnia do wieczora. Pomogłem matce spakować karton z dokumentami, w którym znalazłem książeczkę oszczędnościową ojca z dopiskiem ręcznym: „Dla Marka i Ewy, po równo, jakby coś". Na koncie było jedenaście tysięcy złotych, odkładane przez siedemnaście lat po drobnych kwotach, pięćdziesiąt, sto złotych miesięcznie, z pierwszej pensji ślusarza do ostatniej przedemerytalnej.
Matka wzięła imadło, zapakowała je sama w stary ręcznik, zawiązała sznurkiem i postawiła przy moim samochodzie.
– Zabierz je do domu, do Poznania, znaczy do siebie – powiedziała. – I jak następna rocznica będzie, to przyjedziesz. Nie dla mnie. Dla niego. On czekał na ciebie dłużej niż ja.
Nie odpowiedziałem nic, bo nie miałem na to słów, które byłyby prawdziwe i jednocześnie nie rozsypałyby mnie na miejscu. Wziąłem imadło, włożyłem do bagażnika, wedle w domu, w Poznaniu, postawiłem je na balkonie, przy doniczce z pomidorami, które Kasia sadzi każdego roku, choć żadnego pomidora jeszcze z tego nie wyrosło.









