Dieter Vollrath zapamiętał tę kobietę inaczej, niż zapamiętał ją cały świat.
Nie nazywał jej agentką. Nazywał ją panią Ireną — wdową z Lyonu, która wynajmowała pokój na piętrze jego kwatery w Limoges, w domu przy ulicy Braci Lumière, od maja czterdziestego czwartego roku. W aktach kwaterunkowych, które przetrwały w archiwum w Kolonii, zapisano: "lokatorka, lat 38, zawód: rysowniczka zabytków". Nikt wtedy nie sprawdzał tych danych dwa razy.
Zajął tę kwaterę w kwietniu. Willa należała wcześniej do miejscowego notariusza, który „wyjechał do rodziny" — tak ujęto to w papierach, choć Dieter nigdy nie pytał dokąd naprawdę. Dom był duży, zimny, z werandą od ogrodu i piwnicą na wino, w której trzymał teraz skrzynki z amunicją. Gdy zjawiła się ta drobna kobieta w szarym płaszczu, z rowerem marki Peugeot opartym o bramę i teczką ze szkicownikiem, kazał adiutantowi odmówić. Miał dość francuskich lokatorów plotkujących po kątach.
Adiutant wrócił i powiedział, iż ona nie prosi o jedzenie, nie prosi o nic — tylko o kąt na piętrze, bo jej mieszkanie w mieście spłonęło po nalocie. Wyjęła z torebki plik banknotów i odliczyła czynsz za trzy miesiące z góry, nie patrząc na niego, tylko na pokwitowanie, które sama przygotowała na kawałku papieru. Dieter machnął ręką i kazał ją wpuścić.
Przyzwyczaił się do niej szybciej, niż chciałby przyznać. Jadała przy wspólnym stole, gdy nie było innych oficerów, bo gospodyni gotowała jeden obiad dla wszystkich mieszkańców domu. Mówiła niewiele, głównie o pogodzie i o rzymskich fundamentach, które rysowała w okolicach Oradour i Saint-Junien. Raz rozłożyła na obrusie szkic łuku z jakiejś zrujnowanej kapliczki — ołówkiem, zręcznie, z cieniowaniem na kamieniu — i on, który przed wojną studiował architekturę w Monachium, wziął kartkę do ręki, przyłożył linijkę od sztućców i zaczął liczyć proporcje na głos. Rozmawiali tak przez dobre pół godziny. To było w czerwcu, kilka dni przed inwazją, której jeszcze nie przeczuwali.
Nie wiedział, iż tego samego tygodnia w podwójnym dnie koszyka przy jej rowerze leżały zaszyfrowane instrukcje dla grup Maquis rozsianych między Limoges a Poitiers. Nie wiedział, iż jej prawdziwe nazwisko — ujawnione dopiero dekady później, gdy odtajniono archiwa Special Operations Executive — brzmiało inaczej, iż przeszła szkolenie w Szkocji, iż skoczyła na spadochronie w okolice Poitiers już w czterdziestym drugim, wróciła do Anglii, a potem sama poprosiła, żeby wylądować we Francji po raz drugi.
Szóstego czerwca przyszła wiadomość o Normandii. Dieter siedział na werandzie z radiem, kręcąc gałką w poszukiwaniu lepszego sygnału, a ona kilka metrów dalej obierała jabłko scyzorykiem, zwijając skórkę w jedną długą spiralę, która w końcu opadła jej na kolana. Nie podniosła głowy znad owocu, choćby gdy spiker powtórzył słowo „inwazja" trzy razy pod rząd.
Następne dni były piekłem dla jego dywizji. Mosty wysadzone. Linie telefoniczne przecięte w dziesiątkach miejsc. Pociągi z zaopatrzeniem stały na bocznicach, bo szyny zniknęły w nocy. 2. Dywizja Pancerna SS Das Reich, która miała dotrzeć do Normandii w trzy dni, wlokła się przez Limousin ponad dwa tygodnie. Dieter wysyłał raporty do sztabu, tłumacząc opóźnienia „aktywnością bandytów" — tak nazywali wtedy ruch oporu. Nie przyszło mu do głowy, iż część tych bandytów mogła wychodzić i wchodzić przez jego własne drzwi frontowe, wioząc rozkazy w koszyku rowerowym tuż pod jego oknem.
Mieszkała u niego jeszcze trzy tygodnie po inwazji. Potem jednego ranka po prostu nie zeszła na śniadanie. Gospodyni powiedziała, iż pani Irena wyjechała przed świtem, zabrała rower i teczkę, zapłaciła za pokój do końca miesiąca z góry. Na stole w jadalni, obok nietkniętej filiżanki cykorii, leżała kartka z podziękowaniem za gościnność i rysunek — ten sam łuk z Saint-Junien, dorysowany do końca, z dedykacją: „Dla pana majora, który rozumie proporcje". Dieter złożył go we czworo i wsunął do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Nosił go tam przez resztę wojny.
Dopiero w roku 1961, w poczekalni dentysty w Kolonii, przerzucając francuski tygodnik, natrafił na artykuł o kobietach odznaczonych przez de Gaulle'a za pracę w wywiadzie. Fotografia zajmowała ćwierć strony. Ta sama twarz, choć starsza o dwadzieścia lat. Inne nazwisko pod zdjęciem. Napis mówił o agentce brytyjskiego wywiadu, która dwukrotnie skakała na spadochronie do okupowanej Francji, budowała sieci łączności dla ruchu oporu w regionie Poitiers i Limousin, i która po wojnie otrzymała Krzyż Wojenny oraz tytuł Członka Orderu Imperium Brytyjskiego.
Wyrwał stronę z gazety, nie czekając, aż pielęgniarka wywoła go z poczekalni. W domu rozłożył ją na stole obok rysunku łuku, który wyjął z szuflady po raz pierwszy od lat, i przez dłuższą chwilę porównywał te dwa dokumenty, jakby szukał w nich jakiegoś błędu drukarskiego. Przez trzy miesiące mieszkał pod jednym dachem z kimś, kto aktywnie pracował na jego zgubę, jadł z nią przy jednym stole, liczył proporcje łuków linijką od sztućców — i nigdy nie poczuł nic podejrzanego.
Napisał list do redakcji, prosząc o adres do korespondencji z bohaterką artykułu. Odpowiedź przyszła trzy miesiące później, krótka, uprzejma, napisana ręką, która rysowała łuki — informująca, iż pamięta dom przy ulicy Braci Lumière i iż rysunek, jeżeli go zachował, może sobie zatrzymać. Podpisała go już prawdziwym imieniem, literami drobnymi i równymi, jak na kalce technicznej.
Dieter zmarł w 2002 roku, w wieku dziewięćdziesięciu jeden lat. W jego mieszkaniu w Kolonii, w szufladzie biurka, syn znalazł drewnianą ramkę z rysunkiem łuku i kopertę z francuskim znaczkiem, pożółkłą po czterdziestu latach, złożoną tak, jakby ktoś rozkładał ją i składał z powrotem więcej razy, niż dałoby się zliczyć.













