Rodzinna Klejnotowa Pamiątka

polregion.pl 12 godzin temu

Rodowa Ozdoba

Nie, mamo! Nie namawiaj mnie, i tak to zrobię!

Marysiu, po co? Wyjaśnij mi, do czego ci to potrzebne?

Bo on wchodzi do pokoju minutę przede mną! Bo nie mogę patrzeć na siebie w lustrze! Bo nie ułożę sobie życia jak człowiek! Nie będę miała męża, ani dzieci! Mamo! Nie rozumiesz?! z płaczem rzuciłam szczotką w zaskoczonego Bazylego.

Poduszka, na której Bazyli właśnie ostrzył pazury, słuchając naszej kłótni, była misternie wyhaftowana przeze mnie. Miała być prezentem dla babci, ale wielka kłótnia, która dawno temu rozdzieliła naszą rodzinę na dwa zwaśnione obozy, uniemożliwiła mi jej wręczenie. Przepiękne róże wyszyte na aksamicie służyły więc mnie, a czasem padały łupem bezczelnego kocura z rodu Burzyńskich.

Bazyli pojawił się w domu dzięki mnie i uważałam za swój obowiązek wychować tę krnąbrną istotę, ocaloną niegdyś z rąk chłopaków z sąsiedztwa. Chłopcy tak się nad nim znęcali, iż aż żal było patrzeć, przekonani, iż skoro nie ma właściciela, to nikt nie stanie w jego obronie. Mocno się mylili, nie doceniając mnie.

Niby byłam tą delikatną i drobną dziewczyną z nutowym zeszytem, jaką wymarzyła sobie mama, jednak tata miał inne plany. Dzięki niemu zdobyłam czarny pas karate i całą półkę pucharów, które mnie, paradoksalnie, wyprowadzały z równowagi przy każdym sprzątaniu. Nienawidziłam tego. Kurz na moich rzekomych osiągnięciach doprowadzał mnie do szaleństwa, ale mama nie pozwalała mi ich schować uważała, iż to buduje moją pewność siebie.

Kiedy chłopaki dostali nauczkę, zyskałam kościstego kociaka z łysym ogonkiem. O dziwo, ogon gwałtownie porósł, a Bazyli zyskał futro i tupet godny potomka szlachty. Był przekonany, iż należy do mnie, a ja do niego, więc nie musiał się już niczym przejmować. Żył pełnią życia, pozwalając mi czasem podrapać się za uchem.

Dzień, w którym Bazyli oficjalnie wstąpił do rodziny, był dla mnie kiepski. Wracałam z akademii muzycznej zdołowana. Próby do konkursu szły mi fatalnie, palce odmawiały posłuszeństwa, a na sali był już Aleksander.

Sasza, mój dawny kolega ze szkoły i akademii, po krótkiej przerwie stał się dla mnie obcy, tajemniczy i… pociągający. Ostatnie miesiące go nie widziałam wakacje, potem wyjazd jego rodziny i nagle przy naszym spotkaniu kompletnie zaniemówiłam. Kiedy próbował mnie objąć po staremu, zamarłam z uczuciem, którego nie znałam niemal nieznośnego szczęścia. Pragnęłam, żeby ta chwila trwała jak najdłużej, choć kiedyś bym mu się po prostu wyrwała i zdzieliła go po głowie dla żartów. Teraz już tak nie potrafiłam. Chciałam czuć na ramieniu jego dłoń.

Kiedy wpadł z powrotem do sali, machając partyturą i ogłaszając wszem wobec swoje przybycie, zganiłam się w myślach. Co ja sobie wyobrażam?! Co za głupota!

To dziwne uczucie jednak nie chciało mnie opuścić. Przyglądałam mu się kątem oka, a gdy tylko odwracał głowę, natychmiast uciekałam wzrokiem.

To była męka i rozkosz zarazem. Z jednej strony chciałam wyznać Saszy, co czuję, a z drugiej samą myślą sprawiałam, iż ciemniało mi w oczach, palce sztywniały i traciły sprawność.

Nikomu nie mogłam o tym powiedzieć. Mama by mnie nie zrozumiała tak przynajmniej myślałam. O pierwszej miłości nie byłam w stanie z nią rozmawiać.

Nasze relacje były trudne. Kochałyśmy się do szaleństwa, a jednak zawsze musiałyśmy coś zachować dla siebie, hamować temperament, by nie zranić tej drugiej. Nie zawsze się udawało. Wtedy przychodził cichy konflikt trzask odchodzących drzwi, po którym w domu zapadała lodowata cisza.

Babcia zawsze powtarzała:

Kulturalna eksterminacja własnej rodziny.

Potem dodawała: Fenomenalna głupota!

Podzielałam jej zdanie, ale nie byłam w stanie nic zmienić. Zawsze wcześniej czy później to ja pierwsza wyciągałam rękę na zgodę nie chciałam, by ten kruchej pokoju w rodzinie zabrakło.

Wiedziałam, iż mama kocha mnie jak nikogo innego na świecie. Miłość jej była tak silna, iż aż chorobliwa. Dla mnie byłaby gotowa zamknąć mnie pod szklanym kloszem i okować w łańcuchy, byle nic mi się nie stało.

Chroniła mnie jak tylko potrafiła. Z domu i zajęć wychodziłam tylko na rodzinne wycieczki lub wakacje. Nigdy nie byłam na koloniach, nie miałam kontaktów z rówieśnikami poza szkołą. Przyjaciół? Dzieci znajomych moich rodziców i tyle. Dzieci, z którymi nie łączyła mnie żadna nić sympatii. Ot, Leronka lubiła śmiesznie mnie przedrzeźniać, a Szymek łobuz, już przy pierwszym spotkaniu urwał głowę mojemu misiowi.

Dobrze mu tak! krzyknął z satysfakcją.

Nie rozumiałam, co miał na myśli, ale zawsze, gdy widziałam Szymona w drzwiach, chciało mi się płakać.

Jaka szkoda, iż dzieci się nie dogadały! Byłaby z was świetna para!
Mama Szymka kiwała głową i próbowała mnie pocieszać, ale wyczuwałam w tym fałsz.

Albino, nie łam dziecka! babcia, przytulając mnie, karciła moją mamę. Daj jej wybór! Odbierzesz go teraz, a ona już zawsze będzie uważać się za niepełnowartościową.

Pani Jadwigo, nie zawracaj mi głowy! Marysia to jeszcze dziecko! Sama powinnam decydować za nią.

Oby to nie trwało za długo. Byś nie uznała, iż dziecko to twoja własność!

Zapamiętałam ten dialog, choć sama nie wiem dlaczego. Ale za każdym razem, kiedy mama przejawiała nadgorliwość, powtarzałam:

Mamo, nie jestem twoją własnością!

Doprowadzało ją to do białej gorączki.

A co to za powtarzanki?! Miej własny rozum!

Mam! i znów w domu cisza.

Po tamtej wielkiej awanturze musiałam zerwać kontakt z babcią.

Kto był winny, już nie chciałam rozważać.
Każdy dołożył swoje.

Babcia, która kiedyś powiedziała mamie prosto z mostu:

Trzeba było pilnować emocji, jak się dziecko nosi! Delikatna dusza… Bzdura! Nie można myśleć tylko o sobie. Znając swoje dolegliwości, dopuściłaś do tragedii! O czym myślałaś, Albino?

I mama, która podczas ciąży histeryzowała, męczyła mnie i tatę, podnosiła dom na nogi w środku nocy, płakała na podłodze:

Jesteście okrutni, nie macie litości! To nieludzkie!

Nikt nie wiedział, co powinniśmy zrobić. Chodziliśmy na palcach, by jej nie denerwować, ale i tak nic nie pomogło. Straciła dziecko późno, niedługo przed porodem. Okazało się, iż to była wina źle dobranej terapii, ale nikt nie chciał już do tego wracać. Mama obwiniała wszystkich, a tylko babcia Jadwiga miała odwagę powiedzieć jej prawdę.

jeżeli będziecie się jeszcze starać, potrzebujecie dobrego lekarza. Czemu nie poszłaś do mnie? Dumna czy nierozsądna? Wszystko sama i oto rezultat. To niezła nauka także dla mnie straciłam wnuka. Obwiniać Cię nie ma sensu. Ale muszę powiedzieć, co myślę czy przyjmiesz to do siebie, czy nie, to twoja sprawa. Potrzebna fachowa terapia i spokój! Dzieci nie biorą się z powietrza. A już szczególnie w twoim wieku! Mówię ci to jako lekarz, a nie teściowa. Zrozum to, przestań dręczyć rodzinę. Oni są winni temu, iż nie przywiązali cię do łóżka i nie tańczyli nad tobą dzień w dzień? Właśnie to robili, o ile wiem, i znów są winni! Ogarnij się! Jesteś matką i żoną! Skup się na tym! Masz dziecko, postaraj się, a będziesz mieć drugie.

Po tej rozmowie babcia trafiła do szpitala, a mama nie wybaczyła jej szczerości.

Tata próbował łagodzić konflikt, ale z dwiema upartymi kobietami nie wygrał, poddał się i czekał, aż same ochłoniemy.

Czekał długo. Tęskniłam za babcią, ale matce się nie sprzeciwiałam. Przeżyła to bardzo ciężko i kurczowo mnie trzymała, jakby tylko ja dawałam jej siłę do życia.

Mamo, dlaczego nie próbowałyście jeszcze raz? Tak chciałaś syna?

Zapytałam tylko raz spojrzała wtedy na mnie tak, iż zrozumiałam, iż tej sprawy poruszać nie wolno. Raz na zawsze. Inaczej burza, którą wywołam, zniszczy wszystko.

Babcia została jedyną osobą, której mogłabym powierzyć sekret, ale jej już ze mną nie było. Jadwiga sprzedała mieszkanie, kupiła dom nad Bałtykiem i wyjechała.

Dla wszystkich tak będzie lepiej powiedziała tacie.

Od tej pory tata odwiedzał babcię dwa razy w roku, mama przyjmowała to bez protestu, ale mnie z nim nie puszczała.

Nie chcę, żeby ją nastawiali przeciwko mnie!

Taki stan rzeczy mnie nie satysfakcjonował, ale matki żałowałam, ojca kochałam i starałam się, by nie być przeszkodą ich szczęściu.

Zdjęcie babci ukrywałam w ulubionej książce i podziwiałam je, kiedy nikt nie widział.

Było niesamowite jakby artysta fotograf wydobył z babci coś, dzięki czemu ten słynny nos Burzyńskich wydawał się niepozorny i przestawałam płakać, patrząc na siebie w lustrze.

Nos. Rodowy. Wyróżniający się i oburzająco piękny

Dla siebie zostawiałam tylko wyróżniający. Piękna w nim nie widziałam.

On jest olbrzymi! Leronka, której nie widziałam od dziesięciu lat, wytrzeszczyła oczy i chciała dotknąć końca mojego nosa. Przepraszam, to takie zabawne! Żywy Pinokio! To ci nie przeszkadza w całowaniu? Ojej! Marysia, na poważnie? Ty nigdy nie miałaś chłopaka?! Szok!

Nie wiem, jak się wtedy opanowałam. Najchętniej wyrwałabym jej połowę tej starannie ułożonej fryzury.

Kim ona dla mnie była, by oceniać? Przyjaciółką ani trochę. Od lat mieszkała z rodzicami w Hiszpanii, a spotkanie zorganizowała tuż przed jej wyjazdem mama, nie pytając mnie o zdanie.

Marysiu, tak nie można! Dawno się nie widziałyście!

I jeszcze długo spotykać się nie musiałyśmy! Po co, mamo?

Tak trzeba!

Komu?

Tobie! Teraz nie pytaj, potem podziękujesz!

Oczywiście, myślami dziękowałam jej całkiem po swojemu w najbardziej uprzejmych słowach, jakie znalazłam na to, co czułam w środku. Ale podczas tej rozmowy podjęłam chyba pierwszą w życiu dorosłą decyzję.

Zrobię sobie operację plastyczną!

Nie! mama spojrzała na mnie przerażona. Nie pozwolę! Po co ci to?

Nie przekonasz mnie, mamo. Tata już się zgodził. To moja decyzja!

Nie odważysz się… szeptała tak cicho, iż ledwo ją słyszałam.

Potem sama się rozpłakała i zamknęła u siebie. Błąkała się po domu bez celu.

Rozwiązanie przyszło nocą. Tak proste, iż aż jasne mama wybiegła do taty po numer telefonu do babci.

Nad Bałtyk poleciałam już następnego dnia.

Mama sama zawiozła mnie na lotnisko i przy pożegnaniu szepnęła mi na ucho:

Popełniamy w życiu tyle głupstw, Marysiu! Tak dużo tracimy, gdzie można by tyle zyskać… Nie powtarzaj moich błędów. Pamiętaj kocham Cię ponad wszystko. choćby jeżeli czasem wydaje się, iż jest inaczej pamiętaj, iż kocham Cię mocniej niż siebie i cały świat!

Nic innego mi nie pozostało, jak tylko przytaknąć i wsiąść do samolotu. Teraz najważniejsze było spotkać się z babcią.

Jadwiga przyjęła mnie tak serdecznie, iż pierwszą poważną rozmowę odbyłyśmy dopiero po dwóch dniach.

Marysiu, co się wydarzyło, iż twoja mama tak zmądrzała?

Nie wiem. Chyba dlatego, iż postanowiłam obciąć sobie nos.

Po co? Przecież wyglądasz świetnie! Trochę makijażu by się przydało, ale reszta to drobiazg.

Babciu! Ty też?! Przecież wyglądam jak Pinokio!

A kto ci takie głupoty powiedział?

Znalazły się…

Zagryzłam wargę, wspominając Leronę. Ona zawsze zadbana, z tłumem adoratorów, musi mieć łatwe życie.

Ci, co publicznie kpią z cudzej urody, nie są ludźmi powiedziała babcia. Idealnych kobiet nie ma! Pokaż mi choć jedną naprawdę zadowoloną z siebie można od razu zamknąć Księgę Rekordów Guinnessa, bo lepszej osobliwości nie znajdą.

Może ja powinnam się zgłosić? Najbardziej wystający nos w Polsce?

Poczekaj! babcia sięgnęła po ciężki album w niebieskim, aksamitnym pokrowcu.

Zobacz!

To?

Ci wszyscy nosili ozdobę rodu Burzyńskich i mieli szczęście. Twoi przodkowie. Wszystkich nie ma część zdjęć się nie zachowała, a niektórych bliskich straciliśmy podczas II wojny światowej… Zabrali ze sobą rodzinne skarby, zostawili życie, ale ocalili dzieci. Zobacz tu. To ciocia Iza, lekarz wyszła szczęśliwie za mąż, miała dzieci i wnuki. Specjalnie przygotowywała maski do operacji, żeby nos nie przeszkadzał. Spójrz, jaka dumna!

Na zdjęciu wysoka kobieta w kąpielowym stroju bawi się nad morzem, obok niej uśmiechnięty mężczyzna prawdziwy amant.

To wujek Mikołaj?

Tak! Kochali się bardzo. Był ciężko chory, a Iza zrezygnowała z pracy, żeby być z nim do końca. I była szczęśliwa. Odeszła niedługo po nim, tak bardzo się kochali.

Babciu, jakie to smutne…

Takich historii jest więcej. Wszystkie nasze kobiety przyjęły rodowe nazwisko, pielęgnowały pamięć po przodkach i żadna nie miała pecha w miłości. Wszystkie znalazły swoje szczęście, miały dzieci, wnuki, a to już naprawdę dużo.

Babcia wyjęła z komody rzeźbioną szkatułkę.

Chyba już pora. To Twoje pamiątka po Izie. Każda z nas coś dostała, by pamiętać o rodzinie.

Kolczyki, które wyjęłam, były piękne dech mi zaparło i znów ręce zaczęły mi się trząść, jak wtedy, gdy widziałam Saszę.

To dzieło twojego pradziadka. Złotnika z zamiłowania. Kochał naturę, przenosił ją na biżuterię.

To lilie? przyglądałam się drobnym kwiatom.

Tak. Na cześć swojej żony Lilii. Przekazała je dalej swojej córce, a teraz ty je dostajesz.

Babciu! To prawdziwa rodowa ozdoba!

Dokładnie jak twój nos! Wyobrażasz sobie, żebym przerobiła to na współczesną błyskotkę bez historii, duszy i znaczenia?

Ścisnęłam dłoń, chowając kolczyki.

To nie byłoby w porządku.

Więc nie obrażaj Boga, mówiąc, iż coś w tobie jest nie tak. Wszystko jest dokładnie takie, jak być powinno. A teraz opowiedz mi o tym chłopaku, który tak cię zachwycił. Kim jest? Czym się zajmuje?

Babciu! Skąd?! zaczerwieniłam się.

Wielka tajemnica! babcia parsknęła. Myślisz, iż nie byłam młoda?

Rozmawiałyśmy długo w noc. Czułam ulgę wiedziałam już, iż mogę dzielić się z nią wszystkim. I mogłam znów oddychać pełną piersią, przygotowywać się do konkursu i myśleć o jutrze bez lęku.

Rano przyłapałam babcię przy walizce.

A ty dokąd?

Pora zbierać kamienie, Marysiu. Popełniłam w życiu wiele błędów. Największy to rozdzielenie tego, co rozdzielone być nie powinno. Jadę do twojej matki.

Poczułam, iż nie mam prawa protestować pomogłam babci się spakować i zamówiłam taksówkę.

Wieczorem siedziałam u siebie, tuląc Bazylego i wsłuchiwałam się w ciche głosy z kuchni. Tak chciałam tam wejść, usiąść obok, złapać je za ręce i zapytać, czy się pogodziły. Wiedziałam jednak, iż to nie moja rola. Może daleko jeszcze do pełnej zgody, ale pierwszy krok został zrobiony. Najważniejsze teraz nie przeszkadzać. Nie spłoszyć tej delikatnej nici podnoszącego się szczęścia. Przecież łatwo ją zerwać, a tak trudno odtworzyć. Prawdziwa jubilerska robota

Rok później mama, ostrożnie poprawiając woal na mojej głowie i kolczyki w kształcie lilii, kiwa głową:

Gotowa?

Jeszcze tylko lekko przypudruję rodową ozdobę! mówię do lustra.

Spoglądam na siebie, przytakuję swoim myślom i przypominam sobie, jak po raz pierwszy zapytałam Aleksandra: czy wszystko w moim wyglądzie mu odpowiada.

Absolutnie! Jesteś zachwycająca, Marysiu! Skąd pytanie?

Tak się zdziwił, iż aż mimowolnie zamknęłam oczy, przytłoczona szczęściem.

Lekki uśmiech, błysk pod rzęsami i ramiona wokół szyi ukochanego wysokiego muzyka, właśnie zwycięzcy międzynarodowego konkursu.

Tak po prostu, kochanie. Tak po prostuZa oknem świeciło słońce uparcie, radośnie, jakby wszystko na świecie układało się w końcu tak, jak powinno. Za drzwiami rozległ się głos mamy:

Czas już, Marysiu!

Schodzę po schodach, czując pod palcami chłód poręczy i miękkość welonu na plecach. W przedpokoju tata czeka z bukietem białych lilii. Uśmiecha się i ściera ukradkiem łzę.

Piękna jesteś, córeczko szepcze i podaje mi ramię.

Patrząc na moją rodzinę wokół mamę, babcię, choćby Bazylego wtulonego w rąbek sukni wiem, iż jestem dokładnie tam, gdzie trzeba. Czułość ich spojrzeń przeplata się z dumną świadomością tego wszystkiego, co przetrwałyśmy razem. Przez lata pokoleniami! w tej rodzinie przekazywano sobie wartości droższe niż złoto.

A potem są już dźwięki muzyki, ciepły dotyk dłoni Aleksandra i słowa przysięgi, wypowiadane cicho, tylko dla nas dwojga. Kiedy wsuwam mu na palec pierścionek, nie myślę już o żadnych niedoskonałościach. Całą sobą czuję, iż należę tu, wśród tych ludzi i ich historii; choćby z tym, czego tak długo w sobie nie akceptowałam.

Wyprostowałam się dumnie i przymrużyłam oczy do światła. W wyobraźni widzę babcię jako dziewczynę, ciocię Izę nad morzem, pradziadka z młotkiem przy złotniczym stole wszyscy oni są dziś tutaj ze mną.

Zabłysły kolczyki w kształcie lilii. Bazyli przeskakuje przez próg sali, jakby i on nie chciał przegapić tej chwili.

Wtedy pojmuje, iż każda z nas jest rodową ozdobą. Nie trzeba nas przerabiać. Trzeba tylko pozwolić świecić własnym światłem.

A ono dzisiaj płonie we mnie pełnym blaskiem.

Idź do oryginalnego materiału