Rodzina żądała, byśmy oddali im naszą sypialnię na święta, ale skończyło się na awanturze i wyjechali z niczym – „Gdzie mam ten gar z galaretą postawić?” – czyli opowieść o wizycie krewnych, sporze o łóżko i nieodłącznym zimnym nóżkach na balkonie w polskim mieszkaniu

twojacena.pl 10 godzin temu

I gdzie ja mam wstawić ten garnek z galaretką? W lodówce ani kawałka miejsca, wszystko zawalone twoim no, tym carpaccio i awokado, phii, język można połamać zrzędziła pani Maria, usiłując wcisnąć ogromny emaliowany gar na dolną półkę, przepychając ślicznie poustawiane pojemniki.

Magdalena, mieszając na kuchence sos do pieczeni, głęboko westchnęła i zaczęła w myślach liczyć do dziesięciu. To był przecież dopiero początek. Goście pojawili się niecałe dwadzieścia minut temu, a mieszkanie już zamieniło się w rozgardiasz przypominający wielką cygańską imprezę, która postanowiła przearanżować życie domowników po swojemu.

Ciociu Mario, postawcie ten gar na balkonie, jest zimno, zabudowane, nic się galaretce nie stanie powiedziała serdecznie Magdalena, starając się nie podnieść głosu. W lodówce mam przygotowane składniki na sałatki, nie mogą się przemrozić.

Na balkonie?! obruszyła się ciotka, pulchna kobieta z trwałą ondulacją i w kwiecistym szlafroku, który przywiozła i założyła zaraz po wejściu. Tam brudno, kurz z miasta leci! Poza tym, kto normalny trzyma jedzenie na podłodze. Dobra, zabiorę twoje pudełka z zielskiem, i tak nikt tego nie je. Chłopu trzeba mięsa, a nie trawy.

Magdalena rzuciła błagalne spojrzenie w stronę męża. Adam, wysokie i spokojne chłopisko, siedział przy stole, kroił chleb i z całej siły próbował stać się niewidzialny. Doskonale znał charakter cioci Marii i jej córki, kuzynki Magdaleny Basii, która właśnie robiła inspekcję łazienki, głośno wyrażając swoją opinię o fugach.

Adaś, pomóż cioci zanieść galaretę na balkon zdecydowała Magdalena. Wyjęłam tam specjalną szafkę i przetarłam. Żadnego kurzu, słowo.

Adam wstał potulnie, zabrał ciężki garnek od niechętnej ciotki i zniknął na przedpokoju. Ciocię Marię bez galarety natychmiast zainteresowała sama Magdalena.

A ty czemu taka blada, Magda? Znowu siedzisz na tych swoich dietach? Skóra i kości. Popatrz na moją Basię, zdrowa, zaokrąglona, aż miło patrzeć. Ty tylko chudniesz. I ten wasz remont wszystko białe, szare. Ponuro. Złote tapety byś przyklejała, teraz takie ładne w sklepach, wygląda jak u hrabiny.

My lubimy minimalizm, ciociu Mario odparła krótko Magdalena, próbując sos. Każdy ma swój gust.

W tym momencie wpadła do kuchni Basia. Była starsza od Magdy o trzy lata, ale zachowywała się jakby była co najmniej piętnaście lat starsza i zawsze wykładała młodszej, jak powinno się żyć. Za Basią snuło się dwóch jej synów, pięcio- i sześcioletnich, już umazanych czekoladą.

Magda, serio masz tylko prysznic w łazience? Basia westchnęła, zarzucając nogę na nogę. Myślałam, iż będzie wanna. Jak ja chłopaków wymyję? Przecież się kąpią, pląskają.

Basia, remont robiliśmy pod siebie. Wolimy prysznic. Chłopcy mogą się opłukać, to już nie niemowlaki odpowiedziała Magdalena, próbując opanować narastającą złość.

Wizytę planowano długo. Magdalena miała nadzieję do ostatniej chwili, iż rodzina z pobliskiego miasta zmieni plany. Ciocia Maria i Basia z dziećmi narzuciły się na święta w stolicy, bo trzeba rodzinę odwiedzać i pochodzić po pięknym Krakowie. Wychowana w polskiej gościnności Magda nie odmówiła, choć dobrze pamiętała poprzednią wizytę sprzed trzech lat tydzień dochodziła do siebie i myła mieszkanie jak po festiwalu.

Wtedy byli jeszcze w starej dwupokojowej pakamerze z powycieranym linoleum. Teraz Magda i Adam wreszcie wprowadzili się do przestronnego trzypokojowego mieszkania, właśnie skończyli kosztowny, designerski remont. To był ich azyl. Każdy detal był wymyślony i wywalczony w bojach z ekipą remontową.

Magdalena szczególnie ceniła sobie sypialnię. To była świątynia spokoju, z granatowymi ścianami, zasłonami zaciemniającymi, ogromnym łóżkiem z materacem kosztującym tyle co używany maluch, i puszystym dywanem, w którym nogi ginęły jak w śniegu. Z Adamem ustaliła jedno: gości do sypialni nie wpuszczać, drzwi zamknięte na klucz. Dla gości był salon z rozkładanym narożnikiem i w ostateczności Adamowy gabinet z wygodną kanapą.

Mamo, chce mi się pić! zawołał młodszy syn Basi, szarpiąc rękaw matki.

Idź poproś ciocię Magdę o sok machnęła Basia ręką. Magda, daj im coś do picia, bo z trasy wyschli.

Magdalena wyciągnęła z lodówki karton soku jabłkowego i nalała chłopakom do szklanek.

Tylko ostrożnie, żeby nie rozlać! Tu jest prawdziwy parkiet ostrzegła.

Oj, nie panikuj z tym parkietem prychnęła ciocia Maria. Rzeczy są dla ludzi, nie ludzi dla rzeczy. U dzieci zawsze coś kapnie. Rozleją, wytrzesz! Magda, zrobiłaś się jakaś spięta. Kraków ci do głowy uderzył.

Adam wrócił z balkonu, wyczuł napięcie i zaproponował:

Może już czas do stołu powoli? Już piąta, za chwilę żegnamy Stary Rok.

Kolacja rozpoczęła się w chaosie. Chłopcy biegali wokół stołu, podkradali plasterki kiełbasy i sera, Basia rozmawiała donośnie przez telefon, opowiadając koleżance o podróży, a ciocia Maria recenzowała każde danie.

Sałatka z krewetkami? wyłowiła widelcem owoc morza, obejrzała dokładnie. Nie rozumiem tego. Śledzik pod pierzynką to jest rzecz! A to wymysły, trawa i guma. Madziu, ugotowałabyś porządną kartoflankę z koperkiem, zamiast tego puree z truflami Jaki to ma zapach?! Jakby się zepsuło.

To delikates, mamo przeciągnęła Basia, odłożając telefon. Ale i tak wolę prostą kuchnię. Madziu, podaj grzybki. Sama marynowałaś czy kupne?

Kupne, od lokalnego rolnika odpowiedziała Magdalena.

No jasne. manualnie ci się nie chciało wywnioskowała ciocia Maria. Ja swoje przywiozłam, zaraz otworzę, zobaczycie, co to prawdziwe grzyby.

Magda po cichu przeżuwała, patrząc w talerz. Adam pod stołem przykrył jej dłoń własną i ścisnął pocieszająco. Wytrzymaj, tylko trzy dni, mówiło jego spojrzenie.

Około ósmej wieczorem, już po pierwszej butelce szampana, dzieci nieco się uspokoiły przy tabletach, a rozmowa zeszła na nocleg.

Ojej, zmęczyłam się tą trasą, kręgosłup mi się rozsypał narzekała ciocia Maria, masując lędźwie. Pociąg trzęsła jak wół na polu. Położyłabym się, nogi przypodkładała.

Tak, mama powinna się wygodnie przespać przytaknęła Basia. Magda, gdzieście nas ulokowali?

Magda zmobilizowała się. Na ten moment przygotowała się z wyprzedzeniem.

Dla Was rozłożyliśmy narożnik w salonie, bardzo szeroki, dwa dorosłe choćby w poprzek się zmieszczą. Dla Basi z chłopcami jest kanapa w gabinecie wygodna, rozkładana. Jakby ciasno, mamy jeszcze duży dmuchany materac. Wysoki i miękki.

Zapadła cisza. Ciocia Maria zamilkła, Basia podniosła brwi ze zdziwienia.

Co znaczy narożnik? dociekała ciocia, patrząc na Magdę jak na kosmitkę. Madziu, chyba żartujesz. Mam kręgosłup jak rusztowanie, na narożniku nie przeżyję! Potrzeba mi łóżka. Takiego jak trzeba, normalnego, mięciutkiego.

Ciociu Mario, narożnik jest ortopedyczny, kupiliśmy go z myślą o gościach, prosty, nie ma łączeń zaczęła tłumaczyć Magdalena.

Ale narożnik to nie łóżko! przerwała ciotka. Narożnik dla młodych! A ja jestem kobietą starszą, cierpiącą. Spodziewałam się, iż oddacie sypialnię. Przecież macie tam cud-materac.

Magdalena zastygła. Spodziewała się kaprysów i próśb, ale bezpośrednie żądania wyeksmitowania z własnego azylu przekroczyły jej najśmielsze obawy.

Sypialnię? Adam zmarszczył się. Pani Mario, sypialnia to nasza sfera prywatna. Tam śpimy.

A co z tego? Basi nie ruszało nic. Jesteście młodzi, zdrowi. Co wam szkodzi przez parę nocy pospać na narożniku czy podłodze? A mamie potrzebny komfort. W dodatku z dziećmi byłoby wygodniej, chłopcy w nocy się budzą i biegają, a drzwi od sypialni można zamknąć, nie będzie ich słychać.

Zaraz Magdalena poczuła uderzenie gorąca. Chcecie, żebym z Adamem przeniosła się na przejściowy salon i oddała wam swoje łóżko?

Madziu, nie dramatyzuj ciocia rozłożyła ręce. Przeniosła się, oddaję Przecież to tylko na święta, nie na zawsze! Gościom daje się to, co najlepsze. Matka mnie tak wychowała, babcia też. Ty chyba już ta Krakuska, o tradycyjnym podejściu zapomniałaś.

Pani Mario, tradycja to suto ugościć stwierdziła Magdalena. Ale łóżko to jak szczoteczka do zębów, rzecz osobista. Nie oddaję sypialni koniec tematu. Jak komuś narożnik nie pasuje, za rogiem jest hotel, mogę pomóc z rezerwacją.

Hotel?! Basia prawie się zakrztusiła. Wyrzucasz nas do hotelu? Za pieniądze? Mamo, słyszałaś?

Słyszałam, córeczko, słyszałam ciotka teatralnie złapała się za serce. O matko, źle mi! Ciśnienie mi skacze! Podajcie mi wodę, szybko!

Basia nalewała wodę w panice, wciskała matce tabletki; dzieci patrzyły zafascynowane na rodzinny dramat.

Tak, zarządziła Basia po chwili. Albo dostajemy sypialnię, albo zaraz wychodzimy. Nigdy więcej nas tu nie zobaczysz i powiem wszystkim w rodzinie, jaka z ciebie się zrobiła snobka z Krakowa. Wybieraj.

Magdalena spojrzała na Adama. Ten miał kamienną twarz, ale w oczach czytała całkowitą zgodę i ulgę. On też miał dość bezceremonialności, nagminnego przekraczania granic i wprowadzanego chaosu.

Dziwny wybór odparła spokojnie Magdalena, wstając. Dałam wam gościnę, stół pełen, wygodne spanie. Wy żądacie mojego łóżka, stawiacie ultimatum. o ile dla was ważniejsze jest leżenie w mojej sypialni niż rodzina, to faktycznie nasze drogi się rozchodzą.

A więc tak?! ciocia Maria zerwała się z miejsca, jakby cudownie ozdrowiała. Basiu, zbieramy się! Ubieraj dzieci! Nie zostaniemy tu ani minuty! Wolę na dworcu spać niż u takich.

Mamo, gdzie my pójdziemy? Pociągi już nie jeżdżą! Basia zaczęła panikować, nie przewidziała, iż Magda nie zadrży.

Wezwiemy taksówkę! Do Zosi pojedziemy, na drugi koniec miasta! Ona choć mieszka w starej kamienicy z mężem pijakiem, to dusza człowiek odda co ma! A ty, Magda, jedz te krewetki z Adamem!

Zaczęła się gorączkowa zbiórka rzeczy. Basia, złowrogo patrząc na siostrę, ładowała wszystko do toreb. Ciocia Maria łaziła, biadoliła pod nosem, rozliczała Magdalenę z rodzinnych przewin w stylu PRL.

Oddajcie nam prezenty! nagle zawołała ciotka w przedsionku. Przywiozłam wam zestaw lnianych ręczników! Nie zasługujecie, dam je Zosi.

Magdalena spokojnie podała jej pakunek (te ręczniki coś w rodzaju papieru ściernego, nie zamierzała ich używać) i bankę z grzybami.

Proszę bardzo. I swoje grzyby zabierzcie.

I słodycze dla dzieci też oddajcie! warknęła Basia, zabierając paczkę. I bombonierkę!

Adam stał w kącie, speszony dorosłym cyrkiem. Było mu wstyd nie za Magdę, ale za ludzi dorosłych, którzy zachowują się gorzej niż przedszkolaki.

Pakowanie trwało kwadrans, przez cały czas ciocia Maria nie milknęła, zawzięcie wyliczając Magdzie stare żale o pusty portfel i samotność na starość, bo nikt nie poda szklanki wody.

Wezwaliśmy taksówkę? spytał Adam, gdy goście się ubierali.

Dziękujemy, sami sobie zadzwonimy! syknęła Basia, stukając w ekran telefonu. Mamo, wychodzimy za pięć minut podjeżdża samochód. Na ulicy i tak lżej oddychać niż tu.

Wypadli na klatkę schodową niczym obrażona delegacja. Ciocia Maria na pożegnanie zatrzasnęła nowiutkie drzwi tak mocno, iż z sufitu posypała się szpachla.

W mieszkaniu zapadła cisza. Słychać było tylko pomruki lodówki i cykanie zegarka. Na stole niedokończona sałatka, porozrzucane serwetki i plamki soku na obrusie.

Magdalena usiadła ciężko na krześle, zakryła twarz dłońmi, ramiona się zatrzęsły.

Adam podszedł, objął ją ramieniem i pocałował w czoło.

Już po wszystkim, Madziu. Dali nogę.

Magdalena podniosła głowę. Nie płakała parskała śmiechem. Nerwowym, ale uwolnionym.

Adam, widziałeś ten popis? Lepiej na dworcu niż u was! Boszszsz, jakie to cudowne!

No, prawdziwe szczęście uśmiechnął się Adam. Ale wiesz co, galaretkę zostawili! Garnek został na balkonie!

Magdalena wybuchnęła śmiechem.

Galareta! Największy skarb! Wyobrażasz sobie minę Zosi, gdy taki desant wpadnie do jej klitki w noc sylwestrową?

Już ich sprawa filozofował Adam, nalewając szampana. Wiesz, dopóki nie wspomnieli o twojej mamie, jeszcze mi było trochę głupio. Ale potem miałem ochotę sam ich wystawić. Szacunek, Magda. Jesteś twarda.

Po prostu kocham naszą sypialnię, nasz spokój i ciebie przyznała Magdalena, sięgając po kieliszek. Chyba będzie to najlepszy Sylwester we dwójkę, jedzenia na kompanię, i nikt nie narzeka na zbyt egzotyczną sałatkę.

Zabrali się do sprzątania. Magdalena zebrała brudne talerze, Adam wrzucił je do zmywarki. W mieszkaniu jakby powietrze się oczyściło, znikła sztywna atmosfera pretensji i zawiści.

Magdalena spojrzała przez okno. Na zewnątrz padał ciężki, puszysty śnieg, przykrywając ślady taksówki. Miasto świeciło feerią świateł. Gdzieś tam, w tym śnieżnym zamęcie, jej krewni wieźli ze sobą bagaż marudzenia i frustracji. Było jej ich trochę szkoda. Z takim brzemieniem w duszy trudniej żyć, niż spać na narożniku.

Adaś zawołała. Włącz muzykę? Zapalmy świeczki! Przecież mamy święto.

Pewnie odkrzyknął Adam z kuchni. Za chwilę będzie pieczeń. Ta kaczka, na którą nikt się nie skusił.

Godzinę później siedzieli przy świeżo nakrytym stole. Paliły się świece, sączył się ciepły jazz, kaczka z jabłkami chrupiąca, pachnąca była rewelacyjna.

Za nas! Adam wzniósł kieliszek. Za dom, w którym zawsze jest miejsce tylko dla tych, którzy szanują.

I za granice dodała Magdalena, stukając się szkłem. Które trzeba umieć stawiać.

Później, już po północy, w ukochanej sypialni, w spornym łóżku, Magda czuła niewyobrażalny błogostan. Cisza oplatała, pościel pachniała świeżością, a nie cudzymi perfumami. Pomyślała, iż ciotka i Basia pewnie właśnie marzną na podłodze u Zosi albo siedzą na dworcu, przeklinając wygodnicką Magdę. Ale ta myśl nie budziła choćby grama wyrzutów.

Zrozumiała jedną prawdę: nie można być dobrą dla wszystkich, jeżeli to szkodzi tobie. jeżeli ceną spokoju są fochy roszczeniowej rodziny to bardzo uczciwa cena.

Rano telefon Magdaleny rozdzwaniał się od wiadomości. Pisała reszta krewnych, już dotarła wieść, iż Magda wygnała schorowaną ciotkę na mróz boso. Magdalena nie czytała, nie odpowiadała. Przełączyła telefon na tryb samolotowy, przeciągnęła się w łóżku i uśmiechnęła do nowego dnia.

A galaretę zjedli później podwórkowe psy. Były bardzo wdzięczne i nie narzekały ani na ilość czosnku, ani na konsystencję. W odróżnieniu od ludzi, zwierzęta doceniają każdą drobnostkę.

Idź do oryginalnego materiału