Krewni się obrazili, iż nie pozwoliłem im przenocować w moim nowym mieszkaniu
Martynka, czemu milczysz? Już kupiliśmy bilety, pociąg przyjeżdża w sobotę o szóstej rano. Nie prześpij się tylko, musisz nas odebrać z walizkami i z dziećmi, sama rozumiesz. Taksówki teraz drogie, a ty masz duże auto, wszyscy się zmieścimy głos ciotki Grażyny był donośny jak trąba powietrzna, zagłuszał choćby szum wody, którą Martyna puściła, żeby nalać sobie wanny.
Zamarłem w miejscu, telefon przyciskając barkiem do ucha. Stałem w przedpokoju nowiusieńkiego mieszkania, pachnącego jeszcze farbą i świeżością. Klucze odebrałem raptem miesiąc temu. Dwadzieścia lat kredytu, trzy lata zaciskania pasa, odkładanie na wszystkim choćby na kawie czy nowej koszuli. Pół roku remontu, po którym potrafiłbym rozpoznać najlepszy panel podłogowy lepiej niż niejedna ekipa remontowa. To była moja twierdza. Mój wyczekiwany raj, gdzie wszystko leżało na swoim miejscu, nie było kurzu, planowałem pierwszy weekend w ciszy, z widokiem na panoramę miasta.
Zaczekaj, ciociu Grażynko w końcu odzyskałem głos, wyłączyłem wodę i przeszedłem do kuchni, gdzie na stole stał niedopity kubek herbaty ziołowej. Jakie bilety? O czym ty w ogóle mówisz? Przecież nikogo nie zapraszałem.
W słuchawce zapanowała napięta cisza pełna zawieszenia. Po chwili Grażyna zebrała powietrze, aż słyszałem jej świszczący oddech, zwiastujący burzę.
Jak to „nie zapraszałeś”? Martynka, co z tobą? Przecież jest okazja wujek Mirek ma siedemdziesiątkę, mieszka w twoim mieście, zapomniałeś? Cała rodzina przyjeżdża. Po co mamy płacić za hotel, skoro ty mieszkasz w pałacu? Mama mówiła, iż kupiłeś trzypokojowe i wszystko wyremontowałeś. Przyjedziemy: ja, wujek Roman, Basia z mężem i bliźniakami. Tylko szóstka. Zmieścimy się. Położysz materace, nie jesteśmy wymagający.
Usiadłem na wysokim stołku, czując gwałtowne pulsowanie skroni. Sześć osób. Grażyna, która głośno chrapie i lubi rządzić cudzą kuchnią. Roman, który nie odmówi kieliszka i potem pali na balkonie (a mój balkon jest połączony z salonem i stoi tam droga sofa). Basia, kuzynka, uważająca, iż jej dzieci, pięcioletnie bliźniacze burze, mogą wszystko choćby rysowanie po ścianach i skakanie po fotelach. I jej ponury mąż Arek, który potrafi opróżnić lodówkę w jeden wieczór.
Ciociu Grażyno powiedziałem twardo, patrząc na idealną zabudowę kuchenną kolorze kości słoniowej. Nie mogę was ugościć. Remont dopiero skończony, choćby nie mam jeszcze całej kanapy. Nie ma gdzie spać, a na weekend mam istotny raport do dokończenia.
Bez przesady! obruszyła się ciotka. Jakiego raportu, w weekend? A mebli nie musi być, przywieziemy swoje koce, na podłodze położymy. Naprawdę nie wpuścisz rodziny? Przecież my cię wychowywaliśmy! Pamiętaj, jak ci dałam niemiecką lalkę na piąte urodziny?
Ten argument o lalce słyszałem za każdym razem, gdy coś było potrzebne ciotce. Zresztą, lalka była bez nogi i kupiona na wyprzedaży, ale w rodzinnych opowieściach urastała do rangi skarbu.
Ciociu, rozumiem. Ale nie. To nowe mieszkanie, nie jestem gotów na gości, tym bardziej w takiej liczbie. Wujek Mirek mieszka na drugim końcu miasta, półtorej godziny komunikacją ode mnie. Lepiej wynająć mieszkanie blisko niego na kilka dni. Pomogę znaleźć, wyślę linki.
Słuchajcie wszyscy! zawołała ciotka, a jej głos podniósł się o oktawę. Linki on nam wyśle! Wielki pan! Kupił mieszkanie i się wywyższa! Rodziny nie poznaje! Gdyby nie my, to w życiu byś…
Ciociu Grażyno przerwałem, czując lodowaty spokój. Nie chodzi o wywyższanie się. Tak po prostu jest. Nie mogę was przyjąć. Proszę, nie kupujcie biletów, jeżeli liczycie na nocleg u mnie. Po prostu nie otworzę.
Nacisnąłem koniec rozmowy, nie słuchając już kolejnej lawiny żalów. Dłonie mi drżały. Wiedziałem, iż to dopiero początek. Zaraz wytoczą ciężką artylerię.
I rzeczywiście, po dziesięciu minutach zadzwoniła mama.
Martyna, co się z tobą dzieje? usłyszałem bez żadnego wstępu. Grażyna dzwoni we łzach, ciśnienie jej podskoczyło, pije melisę. Powiedziała, iż ich wyrzuciłeś?
Mamo, nikogo nie wyrzuciłem. Po prostu nie zgodzę się, żeby szóstka ludzi mieszkała u mnie. Nowe mieszkanie, jasne ściany, drogi parkiet. Znasz dzieci Basi? Ostatnio jak byli u babci to pomalowali kota na zielono i wywrócili telewizor. A Basia śmiała się: One tak poznają świat. Nie chcę, żeby poznawały świat w moim mieszkaniu.
Ale przecież to rodzina! mama przemawiała tonem, którym tłumaczy się dzieciom literki. No wytrzymasz dwa dni. Schowasz wazony, przykryjesz kanapę folią. Zachowasz dobre stosunki rodzinne. Grażyna wszystkim powie, jaki jesteś niewdzięczny. Wstyd mi będzie przed ludźmi!
Mamo, ja się nie wstydzę. Dlaczego mam poświęcać własny spokój i majątek, by ciotka Grażyna zaoszczędziła dwa tysiące na noclegu? Mają na podróż i prezenty, to znajdą też na wynajem.
Egoista z ciebie jęknęła mama. Po ojcu to masz. On też wiecznie dbał o święty spokój. Zostaniesz kiedyś sam, nikt ci choćby szklanki wody nie poda!
Wolę nalać sobie sam, niż potem szorować mieszkanie po rodzinnej inwazji mruknąłem i rozłączyłem się.
Przez cały tydzień chodziłem jak na rozżarzonych węglach. Rodzina umilkła. Ani ciotka, ani Basia nie odzywały się w sieci. Już prawie miałem nadzieję, iż odpuścili. Albo wynajęli kwaterę, albo zrezygnowali z przyjazdu. Pocieszałem się tym, iż postawiłem sprawę jasno. Nie znaczy nie.
Sobota zaczęła się wyśmienicie. Wyspałem się, zaparzyłem mocną kawę, założyłem ulubiony szlafrok i wyszedłem do salonu. Słońce zalewało pokój, odbijając się w szkle wazonu. Cisza, spokój, harmonia. Planowałem czytać książkę, zamówić sushi, wieczorem wziąć długą kąpiel.
Domofon zadzwonił o dziewiątej rano natarczywy, zdecydowany.
Podskoczyłem, prawie wylewając kawę na jasny dywan. Już wiedziałem, kto to. Na małym ekranie zobaczyłem tłum ludzi, wielkie torby, czerwoną twarz ciotki Grażyny, wujka Romana w czapce oraz dzieci klikające wszystkie możliwe przyciski.
Martynka, otwieraj! Niespodzianka! wrzasnęła Grażyna prosto w kamerę, widząc, iż zapala się lampka. Wróciliśmy właśnie z dworca, jesteśmy ugotowani, wpuść nas choć na szklankę wody!
Oparłem się o ścianę. Przyszli zlekceważyli odmowę, uznali, iż nie będę miał odwagi zamknąć im drzwi przed nosem. Stara metoda: postawić przed faktem dokonanym.
Wziąłem głęboki oddech, policzyłem do pięciu i wcisnąłem przycisk.
Dzień dobry. Prosiłem, byście nie przyjeżdżali do mnie.
Oj, przestań się wygłupiać! machnęła ręką ciotka, jakby odganiała muchę. Przejdzie ci. My przecież nie obcy. Otwieraj, dzieci muszą do toalety, nie wytrzymają.
W sąsiednim bloku jest kawiarnia, toaleta bezpłatna. Nie otworzę.
Jak to nie otworzysz? Grażyna przysunęła twarz do kamery aż przycisk jej nosa rozlał się po ekranie. My z siatami! Rodzina! Mama twoja wie, iż jesteśmy! jeżeli nie otworzysz, cała klatka się dowie jakie z ciebie zero!
Proszę bardzo odpowiedziałem. Uprzedzałem. Hotele macie podane w smsie. Do widzenia.
Odłożyłem słuchawkę i wyłączyłem dźwięk domofonu.
Po chwili ktoś zadzwonił do drzwi. Musiał ich puścić któryś z sąsiadów. Zamarłem. Teraz byli już tuż za cienkimi drzwiami.
Dzwonek nie milkł. Ktoś zaczął walić pięściami.
Martyna, otwórz! Nie masz serca! wrzeszczała Basia. Dzieci zmęczone, ty chyba oszalałeś!
Otwieraj, pasożycie! ryczał Roman. Słoninę i ogórki ci wiozłem!
Stałem w przedpokoju, ściskając ramiona. Było mi naraz strasznie, wstydliwie i przykro. Miałem ochotę otworzyć, żeby tylko uciszyć ten cyrk. Co pomyślą sąsiedzi? przeszło mi przez myśl. Ale potem zerknąłem na jasną podłogę. Wyobraziłem sobie, jak za moment wpadnie tu sześcioro ludzi w błotnistych butach, torby poobdzierają ściany, a zapach wódki i tanich perfum przejdzie na meble. Jak potem będę się czuł obcy we własnym domu.
Nie.
Podszedłem do drzwi i powiedziałem głośno:
Wzywam policję. jeżeli zaraz nie odejdziecie, zgłaszam próbę wtargnięcia i chuligaństwo.
Za drzwiami zapadła cisza.
Matkę własną do grobu wpędzisz! zawyła Grażyna. Policję na rodzinę! Żeby ci język odpadł!
Liczę do trzech zapowiedziałem, wyciągając telefon. Raz…
Mamo, ona naprawdę zadzwoni, lepiej idźmy usłyszałem głos Basi, już mniej bojowy. Naprawdę wezwie tych glin, będzie wstyd.
Dwa.
Babo jedna! ryknął Roman, chyba kopiąc drzwi. Zadław się tym pałacem! Zgnij tu sam!
Trzy.
Słychać było szuranie, hałas toreb, dziecinny płacz.
Idziemy, idziemy syczała Grażyna. Nogi więcej tu nie postawię! Wszyscy się dowiedzą, jaka tu paskuda mieszka! Wszyscy!
Kroki cichły na schodach (może windę zajęli inni albo nie chcieli czekać). Stałem przy drzwiach, chłonąc powracającą w końcu ciszę. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, jak trzęsą mi się ręce.
Osunąłem się po ścianie na cieplutki gres i ukryłem twarz w dłoniach. Poleciały mi łzy nie z żalu do nich, tylko z napięcia. Dałem radę. Obroniłem swoją przestrzeń.
Telefon, który został w salonie, rozdzwaniać się zaczął na nowo. Wiedziałem kto dzwoni. Zobaczyłem dziesięć nieodebranych: od mamy, od Grażyny, od jakichś nieznanych numerów pewnie już rozesłali informację do dalszej rodziny.
Wyłączyłem telefon zupełnie.
Poszedłem do kuchni, nalałem sobie wody i wypiłem jednym haustem. Spojrzałem przez okno. Na dole kręciły się znane sylwetki. Zobaczyłem, jak pakują się do taksówki, gestykulując i pokazując na moje okna.
Przypomniała mi się sytuacja sprzed pięciu lat. Byłem wtedy studentem, na praktykach w Poznaniu, gdzie Grażyna mieszkała. Akademik nie przyznał mi miejsca, na wynajem nie było mnie stać. Zapytałem ciotki o dach nad głową na tydzień usłyszałem: Wiesz, Martynka, remont mamy, kurz, niewygodnie ci będzie, Basia ma chłopaka, będą się krępować Poradzisz sobie. Przez trzy dni spałem wtedy na ławce na dworcu, trzymając plecak, zanim znalazłem tanią kwaterę u starszej pani za pomoc w ogrodzie.
Wtedy jakoś rodzina nie buzowała we krwi Grażyny. Teraz, kiedy mam trzy pokoje nagle odzywa się pokrewieństwo.
Nie tym razem powiedziałem cicho do siebie. Nie w tym życiu.
Włączyłem cicho muzykę, zaparzyłem sobie świeżą kawę i usiadłem w ulubionym fotelu. Dzień był popsuty, ale mieszkanie zostało całe.
Wieczorem, kiedy włączyłem telefon, spadła na mnie lawina wiadomości:
Już nie jesteś naszą rodziną! pisała Grażyna.
Jak mogłeś tak zranić mamę? Serce jej pękło! to Basia.
Wstydzę się, iż cię urodziłam od mamy. To bolało najbardziej.
Patrzyłem długo na te literki. Chciałem odpisać, przypomnieć historię z dworca, o obojętności ciotki, o swoim prawie do prywatności. Ale zrozumiałem nie usłyszą. Dla nich jestem tylko zasobem, który się zbuntował.
Napisałem tylko mamie: Mamo, kocham cię. Ale jestem dorosły i mam prawo decydować o własnym mieszkaniu. jeżeli kiedykolwiek będziesz chciała mnie odwiedzić sama, po wcześniejszej zapowiedzi, zapraszam. Ale szantaż z rodziną nie działa. Pięć lat temu ciocia wyprosiła mnie na bruk w obcym mieście. Oddaję tylko dług.
Odpowiedzi nie dostałem.
Minęło parę dni. Życie w moim idealnym mieszkaniu wróciło do normy. Sąsiedzi w windzie patrzyli ciekawie, ale nikt nic nie powiedział. Najwyraźniej błędy Grażyny zapadły w pamięć, ale nie tak, jak chciała. Młoda sąsiadka z psem mrugnęła choćby pewnego dnia: Gratuluję nowego mieszkania! Porządne drzwi pan ma, powiem szczerze.
Po miesiącu zadzwoniła mama. Głos miała suchy, bez emocji. Spytała, jak idzie w pracy, czy płacę raty na czas, o Grażynie nie padło choćby słowo. Ja też milczałem.
Relacje z rodziną się zamroziły. Przestali zapraszać mnie na rodzinne imprezy, wykasowali ze wspólnego czatu na WhatsAppie. Odkryłem, iż niczego mi nie ubyło. Przeciwnie zniknęła konieczność kupowania głupich prezentów, udzielania się w dyskusjach o ożenku, dzieciakach czy zarobkach.
Pół roku później, tuż przed Nowym Rokiem, zadzwonił dzwonek do drzwi. Spojrzałem przez wizjer była tam Basia, sama, bez dzieci i męża. Wyglądała fatalnie i była zapłakana.
Otworzyłem.
Cześć powiedziała cicho. Mogę wejść?
Wahałem się sekundę, ale cofnąłem się, robiąc przejście.
Wejdź. Zdejmij buty na wycieraczce.
Basia weszła do kuchni, usiadła na brzegu krzesła.
Odeszłam od Arka wyrzuciła z siebie i się rozpłakała. Pił ostatnio, rękę podniesie Dzieci zostawiłam u mamy, sama nie mam gdzie pójść. Mama mówi, sama sobie winna, męża trzeba szanować. Grażyna powtarza: Trzeba znosić, bo dzieciom ojciec potrzebny. Nie mam już siły.
Spojrzała na mnie łzami.
Martyna, mogę zostać na parę dni? Tylko tak długo, aż znajdę pokój. Będę cicho, choćby na podłodze.
Patrzyłem na kuzynkę. Przypomniałem sobie jej twarz pół roku temu, wykrzywioną przez judzącą złość w wizji domofonu: Nie masz sumienia!. Teraz siedziała przede mną zwyczajna, skrzywdzona kobieta. I nagle zrozumiałem różnicę. Wtedy to była bezczelna nachalność daj, bo ci się należy. Teraz prośba.
Nie potrzeba na podłodze westchnąłem. Z kanapy w salonie można zrobić łóżko.
Basia zamarła, niedowierzając.
Po tym wszystkim pozwolisz mi zostać?
Tak, ale pod warunkami. Zaparzyłem jej herbatę. Po pierwsze: żadnych dzieci, nie mam warunków na maluchy. Po drugie: mieszkasz u mnie max tydzień, do czasu aż coś wynajdziesz. Pomogę ci znaleźć mieszkanie. Po trzecie: zero doradzania mi w moim życiu i żadnego skarżenia Grażynie. Dowiem się wynosisz się natychmiast.
Dziękuję szepnęła. Martynka, dziękuję. Byliśmy głupi. Po prostu zazdrościliśmy ci, iż wybiłeś się, kupiłeś mieszkanie, żyjesz po swojemu. A my zostaliśmy w tym bagnie…
Zazdrość to kiepska cecha zauważyłem. Niszczy ludzi. Pij herbatę, pościelę ci.
Basia mieszkała u mnie pięć dni. Cichutka, grzeczna, sprzątała po sobie, bała się dotknąć dywanu. Po pięciu dniach znalazła pokój u starszej pani i się wyprowadziła.
To zmieniło jej życie. Basia, poznawszy inny świat spokojny, czysty, pełen szacunku zaczęła się zmieniać. Wniosła pozew o rozwód, znalazła pracę, ograniczyła relacje z toksyczną matką i ciotką. Czasem zaczęliśmy dzwonić, wyjść do kina.
Grażyna do dziś nie wybaczyła. Ale mnie to już nie ruszało. Wieczorami, siedząc w salonie przy lampce wina i książce, patrzyłem na rozświetlone miasto i myślałem, iż mój dom moja twierdza to nie slogan z powieści, tylko życiowa konieczność. I że, by było naprawdę po mojemu, czasem trzeba po prostu nie spuszczać mostu zwodzonego. Nawet, jeżeli na drugim brzegu czekają osoby o twoim nazwisku.











