Rodzina męża zjechała się na moją działkę odpocząć, a ja wręczyłam im łopaty i grabie

newskey24.com 3 godzin temu

Rodzina męża zajeżdża na moją działkę odpocząć, a ja wręczam im łopaty i grabie

No co się guzdrzesz? Otwieraj bramę, goście już pod bramą! głos teściowej, głośny jak dzwon i nieznoszący sprzeciwu, przebił się choćby przez buczenie kosiarki sąsiada. Przyjechaliśmy z poczęstunkiem i dobrym humorem, a wy się zamknęliście na cztery spusty, jak w bunkrze!

Agata zatrzymała się w pół drogi, ścierając grzbietem ręki pot z czoła pośród grządek z truskawkami. Rękawice ubabrane ziemią zostawiły ciemny ślad na policzku, ale kompletnie przestało jej to robić różnicę. Wyprostowała się powoli, czując ból w krzyżu, i spojrzała na wysoki metalowy płot.

Tego najazdu absolutnie się nie spodziewała.

Spojrzała na męża. Marek stał przy szopie z młotkiem w ręku, równie zdezorientowany co ona. Wzruszył ramionami i bezgłośnie zamamrotał: Nie zapraszałem.

Mareczku! poniosło się z ulicy, tym razem z pretensją w głosie. Uśpiło cię tam? Matka przyjechała, siostra przyjechała, a wy się chowacie!

Agata wzięła głęboki wdech, zdjęła rękawice i rzuciła je do wiadra. Jej wymarzone wolne weekendy, które planowała przeznaczyć na konkretne prace na swoich sześciu arach, właśnie legły w gruzach. Skinęła mężowi głową: no otwieraj, nie ma odwrotu.

Bramka uchyliła się, a na podwórko wtoczył się srebrny SUV, błyszczący w słońcu. Pierwsza wyskoczyła Teresa tęższa, zawsze głośna dama w krzykliwej sukience i kapeluszu z szerokim rondem. Za nią jego siostra Grażyna biała bluzka, szorty, paznokcie świeżo zrobione. Na końcu jej mąż, Rafał, przeciągający się leniwie i mrużący oczy przed słońcem.

Bagażnik uniósł się, a na widoku znalazły się siatki z węglem drzewnym, zgrzewki piwa i mięso na grilla w plastikowych połciach.

Matko Boska, co za skwar! Teresa machnęła kapeluszem. Agatko, ty jak wyglądasz? My postanowiliśmy niespodziankę zrobić. Dzwoniłam do Marka, nie odbiera. Myślę: zawitamy, pogoda piękna, grilla zrobimy, poopalamy się. Tu gdzieś rzeka płynie?

Agata patrzy na tę karuzelę szczęścia z niemym rozdrażnieniem. Działka została jej po babci. To jej miejsce na ziemi, każdy skrawek znała na pamięć. Po ślubie z Markiem wszystko tutaj remontowała własnym sumptem, sadziła, doglądała. Marek pomagał z łaski raczej niż z chęci. Natomiast jego rodzina pojawiała się tu wyłącznie wtedy, gdy wszystko rozkwitało, żeby pojeść owoce i poleżeć w hamaku.

Dzień dobry, pani Tereso odezwała się spokojnie Agata. Rzeczywiście niespodzianka. A my tu właśnie pracujemy.

Praca nie zając! rzucił wesoło Rafał, wyciągając z bagażnika skrzynkę piwa. Nie ucieknie. Weekend jest od odpoczynku! Marek, dawaj grill, zaraz się zabierzemy za relaks!

Grażyna już błądziła po ogrodzie.

Aga, gdzie masz leżaki? A chciałam się poopalać. I powiedz, maliny już masz dojrzałe? Można się poczęstować?

Zielone jeszcze rzuciła sucho Agata. Leżaki w szopie. Zakurzone.

Przecież Marek wyciągnie i przetrze! zakończyła temat teściowa, kierując się na werandę. Aga, idź się ogarnij, nie wypada gospodyni chodzić jak parobek. Nakryj do stołu jesteśmy głodni po drodze. Sałatki pokrój, ogóreczki, koper. Mięso panowie sami zrobią.

Teresa wygodnie rozsiadła się w plecionym fotelu na werandzie tym samym, który Agata kupiła sobie na wieczorne lektury po czym omiotła posesję spojrzeniem.

Trawa przy płocie jak na pastwisku zauważyła. No, trudno. Marek potem wykosi.

Agata spojrzała na męża. Marek przestępował z nogi na nogę i wcale nie miał odwagi spojrzeć żonie w oczy. Wiedział, iż te dni wolne zaplanowali co do minuty. Przekopywanie nowego kawałka ogrodu, malowanie ogrodzenia, rozbiórka starej szklarni. Wieczorem miał podjechać samochód z obornikiem. Teraz oczekiwano od Agaty, iż będzie targać się w kuchni, kroić surówki i obsługiwać zacnych gości, którzy zrobili sobie ośrodek wczasowy na jej własnej działce.

Coś w niej pękło. Spokojnie, chłodno.

Marek zawołała. Mąż zadrżał. Chodź na chwilę.

Odeszli do studni.

Wiedziałeś, iż przyjadą? spytała cicho.

Nie, naprawdę! szepnął Marek, zerkając niepewnie w stronę matki. Rano dzwoniła, pytała gdzie jesteśmy. Powiedziałem, iż na działce. Żadnego słowa o przyjeździe. No, nie wyprosimy ich przecież Rodzina Wytrzymajmy, zjemy mięso, posiedzimy…

Wytrzymajmy? Agata parsknęła. Marek, w zeszły weekend nie przyjechaliśmy tu, bo twoja mama chciała do galerii handlowej. Dwa tygodnie temu Grażyna miała urodziny. Mamy sezon! jeżeli dziś znowu nie zrobimy, co zaplanowałam, stracę rozsady, ogrodzenie zgije do jesieni.

Agatka…

Żadnej Agatki. To moja działka. Moje zasady. Chcą jeść, wypoczywać na łonie przyrody? Bardzo dobrze. Praca hartuje.

Odwróciła się na pięcie i poszła do szopy po sprzęty. Zgrzyt metalu uciszył gości na werandzie. Po chwili wyszła, taszcząc naręcze łopat, grabi, motykę i puszkę z farbą.

Podeszła do tarasu i z hukiem rzuciła sprzęty pod nogi zaskoczonej rodziny.

Słuchajcie, kochani goście powiedziała stanowczym głosem, drżącym od napięcia. Skoro przyjechaliście bez zaproszenia, połączymy przyjemne z pożytecznym. Organizujemy czyn społeczny.

Czyn społeczny?! Grażyna odsunęła nogą brudną łopatę. Żartujesz sobie? My przyjechaliśmy na wczasy!

A ja nie jestem ani animatorką, ani kucharką przecięła Agata. Plany miałam jasno sprecyzowane. jeżeli chcecie zostać pomagacie. Kto nie pracuje, nie je. Takie mamy stare, dobre, polskie przysłowie.

Teresa, która już zdążyła ugryźć jabłko bez pytania, zamarła.

Aga! Co ty wyprawiasz? My gośćmi jesteśmy! Do syna przyjechaliśmy! Marek, czemu milczysz? Żonę masz jak zołza, matkę do roboty goni!

Marek podszedł do tarasu i stanął obok żony. Wciąż jednak nic nie powiedział.

Pani Tereso przejęła ster Agata. Bez dramatów. Działka jest moją własnością, dostałam ją od babci jeszcze przed ślubem. Dobrze o tym wiecie. Jestem tu gospodynią, Marek mi pomaga, bo jesteśmy rodziną. Państwo przyjeżdżacie na gotowe. Chcecie grilla? Proszę bardzo. Oto zakres prac.

Agata rozdała sprzęty mimo sapania.

Rafał, podała łopatę szwagrowi, który dotąd tylko trzymał butelkę piwa. Najważniejsze zadanie dla ciebie: przekopać pas przy płocie, tam glina, dasz radę. Dopóki tego nie zrobisz, grilla nie odpalamy.

Rafał się zachłysnął.

Aga! Mam urlop! Kręgosłup mnie boli…

Ruch to zdrowie. Łopata wygodna, dam radę. Grażyna! szwagierka zbladła. Masz grabie. Skosisz trawę za domem, wrzucisz do kompostownika i jeszcze wypielisz marchew. Sama chciałaś się opalać plecy ci się równo opalą.

Ja nie będę! pisnęła Grażyna. Manicure sobie zniszczę! Wczoraj trzy stówki zapłaciłam! Mamo, powiedz jej coś!

Teściowa wstała na całe swoje sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu i stanęła naprzeciw Agaty jak burza.

Dość tych żartów. Marek, zbierz te żelastwa. Robimy obiad. A ty wbiła palec w Agatę nie chcesz nas tu widzieć, to powiedz wprost! Ale żeby własną matkę do kopania gonić! My starsi ludzie!

Pani Tereso, opowiadała pani ostatnio, jak to na zumbie trzy godziny pod rząd tańczyła skwitowała spokojnie Agata. Wytrzymałość na pewno jest. Pani powierzam najdelikatniejsze zajęcie: malowanie płotu przy rabacie. Farba bezzapachowa, pędzel nowy. Do roboty.

Zabieramy się stąd! ryknęła teściowa. Rafał, pakuj wszystko! Nigdy więcej tu nie przyjadę! Marek, patrz co masz za żonę! Matkę wyrzuca!

Agata skrzyżowała ręce.

Nikogo nie wyrzucam. Oferuję uczciwą wymianę. Pomoc za gościnę. Nie chcecie nie przeszkadzajcie mi w pracy. Kucharką za darmo nie robię. Mam swoje plany.

Marek! rozdarła się Teresa. Powiedz coś! Jesteś chłop, czy szmata?

Marek popatrzył na czerwone oblicze matki, obrażoną minę siostry, na Rafała, który już kombinował, gdzie postawić skrzynkę z piwem. Potem spojrzał na Agatę zmęczoną, brudną, ale swoją. Przypomniał sobie, jak planowała co wieczór grządki, cieszyła się z każdego nowego listka, marzyła o nowej szklarni.

Mamo odezwał się cicho. Agata ma rację.

Co?! wyjęli wszyscy jednocześnie.

Ma rację powtórzył już głośniej Marek. To jej działka. Przyjechaliśmy tu pracować. To obiecałem. Zjawiliście się bez zapowiedzi. jeżeli chcecie odpocząć, pojechać na camping, to macie pięć kilometrów dalej świetny ośrodek. Są domki, leżaki, kucharze. U nas praca.

Zapadła cisza jak makiem zasiał. Tylko trzmiel bzyczał nad piwonią. Teresa łapała powietrze, nie mogąc uwierzyć w zdradę syna.

No to dziękuję syknęła w końcu. Jedziemy! Rafał, już! Nie będę tu z tymi burżujami powietrza marnować.

Zbierali się gwałtownie i ostentacyjnie. Rafał z żalem zapakował piwo do auta. Grażyna tupała, siadając w samochodzie. Teresa, zanim zatrzasnęła drzwi, popatrzyła na synową z jadowitym wyrzutem.

Jeszcze tego pożałujesz! ryknęła. Nie dzwońcie, jak wam wody trzeba będzie!

SUV ruszył, zostawiając tumany kurzu.

Agata i Marek zostali na środku podwórka. Cisza, która wróciła, była jak balsam. Agata poczuła, jak napięcie z niej schodzi i siadła na schodach na taras.

Marek usiadł obok, złapał ją za rękę. Ciepłą, trochę spoconą.

Jak się czujesz? zapytał.

W porządku odpowiedziała szeptem. Myślałam, iż mnie zamordują. Albo przeklną.

Przekląć może i przeklęli zaśmiał się Marek. Ale przejdzie im. Mama, jak będzie czegoś potrzebowała, i tak zadzwoni. Grażyna dłużej będzie obrażona.

Przetrwam położyła mu głowę na ramieniu. Dzięki, iż stanąłeś po mojej stronie. Myślałam, iż znowu przemilczysz

Ileż można udawać. Niby przyjeżdżają, ale pytanie: co u was? im z gardła nie przeszło. Tylko: daj, podaj, zrób. A ty tu harujesz. Wstyd mi się zrobiło. To naprawdę twój dom. Każdy kąt.

Agata się uśmiechnęła.

Nasz dom, Marek. jeżeli chcesz tu być, a nie tylko jeść grilla.

Chcę zadeklarował poważnie. Zresztą, Rafał rzucił łopatę, idę dokopać tę glinę. Dla ciebie jest ważne.

Marek wstał, chwycił narzędzie i ruszył do płotu. Agata patrzyła z czułością. Po raz pierwszy od dawna poczuła, iż są drużyną. Ludźmi, którzy razem bronią swojego świata.

Wstała, otrzepała spodnie. Słońce jeszcze stało wysoko, roboty było w bród. Ale teraz wydawała się lżejsza.

Po godzinie Marek, spocony, ale zadowolony, kończył przekop. Agata podeszła z dzbankiem domowej lemoniady.

Przerwa! zarządziła.

Usiedli na tej samej werandzie, gdzie niedawno szalały emocje.

Wiesz Marek zamyślił się, biorąc łyk oni i tak nic nie zrozumieli.

Co masz na myśli?

Wcale nie o robotę chodziło. Gdyby po prostu zapytali: W czym pomóc?, może byśmy ich sami potem posadzili do odpoczynku. A tymczasem… Natarli jak buldożery.

To kwestia szacunku, Mareczku. Do cudzego domu, do cudzego wysiłku.

Telefon Marka zapiszczał. Mama pisze: Jesteśmy na campingu. Drogo, jedzenie niesmaczne. Wstydu nie macie.

Agata parsknęła śmiechem.

Przynajmniej mają wczasy, jak chcieli. Bez łopat i grabi.

I bez naszego grilla dodał Marek. Swoją drogą, czy mięso zostało?

Zabrali. Za to mamy młode ziemniaki, koper i śledzia. I święty spokój.

Wieczór zapadł cicho nad ogrodem. Skakały świerszcze, gdzieś szczekał pies. Agata i Marek kończyli malować płot już przy zmierzchu, zmęczeni, upaprani, ale szczęśliwi. Na kolację jedli gotowane ziemniaki z masłem i koperkiem. Niebo w gębie.

Wiesz co odezwała się Agata, mocząc chleb w aromatycznym oleju słonecznikowym to była cenna lekcja.

Dla nich?

Dla nich i dla nas. Nauczyliśmy się mówić nie. Może nie jest to proste, ale warto.

Trudne, ale warto przyznał Marek. Słuchaj, Aga… Co powiesz na to, by za tydzień zamknąć się tu tylko we dwoje? Żadnych gości. Tylko my. Może choćby bez łopat po prostu będziemy.

Umowa stoi! podsumowała Agata. Ale szklarnię rozebrać trzeba.

W tej chwili pod dom podjechało auto. Agata znieruchomiała z widelcem w powietrzu. Czyżby wrócili? Marek ostrożnie uchylił zasłonkę.

Spokojnie. To do Pana Stasia, do sąsiadów.

Agata zaśmiała się z ulgą. W końcu poczuła prawdziwy spokój. Ten dzień pokazał, iż jej mąż potrafi stanąć na wysokości zadania, a działka to nie tylko ziemia to twierdza odporna choćby na rodzinne najazdy.

Ale to nie koniec historii. Tydzień później, w środowy wieczór, gdy byli już w mieszkaniu w Krakowie, ktoś zadzwonił do drzwi. Na progu stała Teresa. Bez kapelusza, bez Grażyny z małą torbą w ręku i nietypowo skruszona.

Można wejść? spytała, nie ruszając dalej.

Agata była zaskoczona, ale odsunęła się.

Proszę bardzo.

Usiadła niepewnie przy kuchennym stole, postawiła torebkę.

Tu trochę pierogów z kapustą. Sama lepiłam.

Marek zatrzymał się w przedpokoju.

Cześć, mamo. Coś się stało?

Stało, nie stało westchnęła. Wstyd mi się zrobiło. Chodziłam całą tygodnię jak struta. Sąsiadka, pani Zosia, mówiła jak ją synowa z domu wyrzuciła za pouczanie. A ja? Tak samo się zachowałam, wpadłam jak burza, pokrzyczałam. A wy harujecie. Działka wygląda jak z gazety, nie to co za starych czasów.

Pokręciła torbę.

No, wybaczcie starej głupiej babie. Zawsze traktowałam Marka jak synka na smyczy. Dorósł. Żona z charakterem dobrze. Bez charakteru dziś ani rusz.

Agata spojrzała na męża. Nie spodziewała się przeprosin raczej obrazy, pretensji.

Daj spokój, pani Tereso wstawiła wodę na herbatę. Nie chowamy urazy. Ale proszę rozumiemy się, mamy własne plany.

Zrozumiałam, zrozumiałam przytaknęła Teresa. Bez telefonu nie przyjadę. Nie będę doradzać Grażyna jeszcze się boczy. Mówi, iż zniszczyłaby paznokcie. No trudno młoda, zrozumie kiedyś.

Ten wieczór przesiedzieli przy herbacie z pierogami. Rozmawiało się powoli, czasem niezręcznie, ale lody puściły. Granice, które Agata tak wyraźnie zaznaczyła tamtego dnia, nie tylko nie zburzyły rodziny, ale właśnie ją wzmocniły. Szacunek zdobyty łopatą cenił się tu bardziej niż grzeczna ugodowość.

Łopaty na działce czekały już zawsze na widoku jako wspomnienie, iż praca uszlachetnia, a z nachalnych gości potrafi zrobić porządnych ludzi. Gdy za miesiąc rodzina zadzwoniła z zapytaniem: W czym pomóc, jeżeli byśmy wpadli?, Agata wiedziała: front obrony przetrwał. I wygrała, na własnych zasadach.

Idź do oryginalnego materiału