Wiesz co, Kasia, tak sobie z Ryśkiem pomyśleliśmy: po co twoja działka ma się marnować? Na ferie zimowe z dzieciakami tam pojedziemy. Powietrze świeże, górka do zjazdów blisko, saunę napalimy. Ty i tak wiecznie w pracy siedzisz, a Andrzejowi odpoczynek by się przydał, ale z nami nie chce, mówi, iż marzy, żeby się tylko wyspać. Daj klucze, jutro rano wpadamy.
Słowa Iwony, szwagierki Kasi, huczały jej w uchu, jakby dochodziły spod wody, a jednocześnie jakoś głośniej niż powinny. Kasia trwała pośrodku kuchni, wycierając talerz, i próbowała złożyć wszystko do kupy. Bezczelność rodziny męża już dawno przeszła do rodzinnych anegdot, ale takiego natarcia nie przewidywała choćby w najgorszych snach.
Czekaj, Iwona powiedziała powoli, starając się utrzymać głos w ryzach, choć czuła, jak coś w niej zaczyna bulgotać. Jak to zdecydowaliście? Z kim to uzgodniliście? Działka to nie schronisko. To nasz, mój i Andrzeja, dom poza miastem. Sami zamierzaliśmy tam teraz pojechać.
A daj spokój! odparła Iwona i rozległo się w słuchawce głośne chrupanie, jakby przegryzała ciastko. Byliście! Andrzej powiedział mamie, iż będziecie siedzieć w domu przed telewizorem. U was i tak tyle miejsca, dwa piętra. Jak przyjedziecie, nie będziemy przeszkadzać. Tylko w sumie nie przyjeżdżajcie, bo my tam będziemy balować. Rysiek już zaprosił znajomych, będzie grill, muzyka No sami wiesz, z wami książkoholikami, nuda by była.
Kasia poczuła, jak się czerwieni. Przed oczami stanął jej obrazek: kompania Ryśka, amatora disco polo i mocnych trunków, ich dwóch dzikich nastolatków, którzy zakaz znają chyba tylko z literatury obcej, i jej nieszczęsna działka, którą przez pięć lat remontowała i urządzała, wkładając tam nie tylko oszczędności, ale i kawałek siebie.
Iwona, nie powiedziała twardo Kasia. Kluczy nie dam. Działka nie jest gotowa na tylu gości, ogrzewanie wymaga rozeznania, szambo jest kapryśne. I nie zamierzam, żeby tam balowała cudza ekipa.
To my jesteśmy cudza ekipa?! wrzasnęła Iwona, przełknąwszy kąsek. Bratowa, siostrzeńcy! Przemieniłaś się w lodówkę przez tę swoją księgowość? Zaraz zadzwonię do mamy, powiem, jak to nas traktujesz!
Dudniące sygnały były jak werble. Kasia odłożyła komórkę na blat. Palce jej drżały. I wiedziała, iż to dopiero początek. Zaraz wejdzie do gry teściowa, pani Janina, i zacznie się oblężenie regularne.
Andrzej wszedł do kuchni po chwili, z miną zbliżoną do dziecka złapanego na podkradaniu konfitur. Coś tam słyszał, ale czekał z nadzieją, iż żona sama to ogarnie.
Kasiu, nie przesadzasz? zaczął nieśmiało, obejmując ją niepewnie za ramiona. Iwona jest eee, trudna. Ale to rodzina. Obrażeni będą.
Kasia strząsnęła jego rękę i spojrzała mu w oczy. Było w nich coś nowego zmęczenie przemieszane z dziwną twardością.
Andrzej, pamiętasz zeszłego maja? zapytała cicho.
Andrzej zamrugał jak po bólu zęba.
Zdaje się
Zdaje się? uniosła głos. Przyjechali na dwa dni na grill. Połamaną jabłoń zostawili, którą mój tata sadził. Dywan w salonie spalony węglami z grilla szorowałam tydzień i plamy zostały. Po górach brudnych naczyń tłustych, bo Iwona ma hybrydę i nie zamierza sobie zniszczyć paznokci, a zmywarki choćby nie uruchomili, wszystko wrzucili z resztkami jedzenia i się zapchało! Rozbita waza, zniszczone piwonie na rabatce.
Dzieci bawiły się wymamrotał Andrzej, wgapiony w linoleum.
Dzieci? Mateusz ma piętnaście lat, Magda trzynaście. To nie maluchy w piaskownicy, tylko te dzieci, które zrobiły z sauny spaloną pieczarę nie otworzyli przepustnicy, ledwo nie puścili domu z dymem! Chcesz ich puścić na tydzień? Zimą?
Obiecali uważać Rysiek będzie miał oko.
Rysiek tylko na poziom wódki! Kasia odwróciła się gwałtownie do okna. Nie. Powiedziałam nie. To mój dom prawnie i faktycznie. Tam wtopiłam wszystkie pieniądze po babci. Znam każdy gwoździk. I nie zamierzam patrzeć, jak zamieniają to w chlew.
Wieczór minął w ciężkiej ciszy. Andrzej najpierw próbował pocieszyć się telewizorem, potem schował się do sypialni. Kasia siedziała przy wystygłej herbacie na kuchni, wspominając, jak zaczynali przebudowę domu.
To nie była zwykła działka to było marzenie. Stara chałupa po rodzicach, przez trzy lata wspólnie remontowana. Oszczędności szły choćby na gwoździe nowe ubrania? Niepotrzebne. Nad morze? Za drogo. Każda deska wyszlifowana jej rękami, ściany przez nią malowane, zasłony szyła własnoręcznie. To był jej azyl, świat wyrwany wielkomiejskiemu zmęczeniu i harówce. Dla rodziny męża darmowy hotel z elektrycznością i bieżącą wodą.
Nazajutrz, w sobotę, zadzwonił dzwonek. Kasia spojrzała przez wizjer i westchnęła ciężko. Na wycieraczce Janina, teściowa, w futrzanej czapie, z umalowanymi ustami, w jednej ręce wielka torba, z której sterczał ogon mrożonego karpia.
Otwieraj, Kasia! Pogadać trzeba! zagrzmiała, choćby nie witając się.
Kasia otworzyła. Janina wleciała do korytarza jak „lodołamacz Kruszowiec”. Andrzej momentalnie wyszedł, półradosny-półprzerażony:
Mamo! A czemu nie zadzwoniłaś?
Teraz do syna zapisów trzeba? fuknęła Janina, rzucając futro na ramiona Andrzeja. Wstawiaj czajnik. I uspokajacz, bo przez was serce wali mi drugi dzień.
W kuchni teściowa rozsiadła się jak sędzia trybunału. Kasia pokroiła keksa, nalała herbaty. I czekała.
Powiedz, synowo, co ci zawiniła Iwonka? Rodzona siostra twojego męża. Ludzie prosili jak człowiek daj klucze, wypocząć chcą. W mieszkaniu remont kurz, tynki, dzieci nie mają czym oddychać. A u was pałac się kurzy. Serio ci żal?
Pani Janino, po pierwsze, to nie pałac, tylko zwykły dom, który wymaga opieki. Po drugie, Iwona od pięciu lat remontuje i jakoś to nie usprawiedliwia okupacji cudzej własności. Po trzecie, do tej pory nie wywietrzał dym po ostatniej wizycie, chociaż prosiłam, by w domu nie palić.
Przesada! rozłożyła ręce teściowa. Wywietrzysz. Kasia, ty tylko rzeczami żyjesz, o ludziach nie pamiętasz. To się nazywa ciułactwo! My wychowaliśmy Andrzeja na człowieka szczodrego, a ty z niego robisz sknerę. A willi na cmentarz nie zabierzesz!
Mamo, Kasia naprawdę włożyła tam dużo pracy zająknął się Andrzej.
Ty się nie odzywaj! prychnęła matka. Pod pantoflem siedzisz. Serio mam się patrzeć, jak siostra z dzieciakami marznie na mrozie? Rysiek ma trzeciego stycznia urodziny, chciał rodzinne spotkanie, już zakupy zrobili. Teraz odwołać? Kpina przed znajomymi
Przepraszam, iż zaprosili bez pytania właścicieli odparła Kasia. To nazywa się bezczelność, pani Janino.
Teściowa pobladła i zamilkła na moment, jakby ktoś odciął jej prąd. Ona była przyzwyczajona do własnej władzy, zwłaszcza nad Andrzejem. Ale Kasia była inna, z tych, co walą prawdę prosto w oczy.
Bezczelność?! Janina teatralnie złapała się za pierś. To już tu doczekaliśmy? Od serca ją przyjęłam, jak córkę, a ona Andrzej! Słyszysz, jak się do matki odzywa? jeżeli natychmiast nie dasz kluczy Iwonie, odcinam się! Nigdy tam mojej nogi nie postawię!
I tak nigdy nie przyjeżdżacie, grządek nie lubicie puściła parę Kasia.
Ty żmijo! teściowa wstała, przewracając krzesło. Andrzej, daj mi klucze, ja sama przekażę Iwonie! Jasne? Kto tu rządzi?!
Andrzej spojrzał na żonę, potem na matkę. Rozdarty na pół. Bał się i matki, i stracić dogodne miejsce dla spokojnej kolacji z żoną. Ale gdzieś w głębi rozumiał też, iż dom i dla niego coś znaczy.
Mamo, klucze ma Kasia wydukał. Poza tym sami mieliśmy jechać.
Kłamiesz! fuknęła Janina. Słuchajcie. Jutro Iwona przyjedzie. Klucze mają być na stole. Spisz instrukcję do kotła. Inaczej, Andrzej, nie masz matki. I ty wskazała Kasię palcem na długo to zapamiętasz. Świat jest mały.
Janina wyszła, trzaskając drzwiami. Zaległa cisza, tylko zegar tykał.
Ty nie dasz? zapytał w końcu cicho Andrzej.
Nie dam. Więcej: jutro rano jedziemy tam sami.
Ale nie planowaliśmy Miałaś kończyć sprawozdania
Plany się zmieniły. jeżeli sami nie pojedziemy, oni wejdą oknem. Twoja siostra jest zdolna do wszystkiego. A jak nas tam zastaną, muszą odejść.
Kasia, to wojna
To obrona granic. Pakuj się.
Wyjechali jeszcze przed świtem. Miasto było ciche i różowe od lampek, ale w aucie panowało raczej skupienie niż święta. Andrzej co rusz patrzył na komórkę, którą Kasia ustawiła w tryb cichy.
Podróż trwała półtorej godziny. Na miejscu wieś spała pod śniegową pierzyną. Ich dom, jasny, z dachem jak ze świątecznej pocztówki, był jak z innego, lepszego świata. Kasia odetchnęła.
Rozpalili piec, włączyli podgrzewanie podłogi. Kasia odszukała stare kartony z bombkami. Zapach prawdziwej choinki unosił się w powietrzu, obok aromatu mandarynek. Napięcie puszczało. Andrzej wyszedł odśnieżać podjazd i Kasia zobaczyła przez okno, iż choćby się tym cieszy.
O trzeciej rozległ się klakson.
Przez płot przetoczyły się dwa samochody: wielki terenowy wóz Ryśka, oraz lekko obcy, osobowy. Wysypała się z nich ekipa: Iwona w jaskrawej kurtce, Rysiek z rozpiętą kurtką, dzieci, obca para z ogromnym dobermanem bez kagańca, i Janina, niczym wodzirej przed balangą.
Andrzej zamarł z łopatą.
Otwierajcie, gospodarze! Goście przyjechali! ryknął Rysiek na całą ulicę.
Kasia narzuciła kurtkę, naciągnęła walonki i wyszła na ganek. Andrzej stał przy furtce, niepewny.
Andrzej, puszczaj nas, zima! wrzeszczała Iwona, szarpiąc klamkę. Kasia, no rusz się, chciałyśmy zrobić niespodziankę! Razem weselej. Popijemy we czwórkę!
Kasia podeszła do męża, położyła mu rękę na ramieniu i zawołała przez płot:
Dzień dobry. Gości nie oczekiwaliśmy.
Nie rób cyrków! machnął ręką Rysiek, od którego czuć było denaturatem choćby przez śnieg. Czeka nas niespodzianka! Mamy mięso, skrzynkę wódki! Zobacz, Tomek z żoną i pies. Spokojny! No weź Andrzej, puść nas!
Z psem? Kasia dostrzegła jak doberman podnosi łapę na jej ulubioną tuię, starannie zawiniętą na zimę. Zejdźcie z moich roślin!
Oj, Kasia, to drzewko przecież! zachichotała Iwona. No, wpuśćcie, dzieci do toalety muszą!
Toaleta jest na stacji benzynowej, pięć kilometrów stąd powiedziała wyraźnie Kasia. Wczoraj mówiłam: działka zajęta. Odpoczywamy tu sami. Na dziesięciu ludzi i psa nie ma miejsca.
Po drugiej stronie płotu zaległa cisza. Widać, byli pewni, iż jak się zjawiają z buta, z matką i psiakiem nie da się ich wyrzucić. Tak im już nie raz się udawało.
Nie wpuścisz nas?! głos Janiny drżał od furii. Matkę na mrozie trzymać będziesz?! Andrzej! Powiedz coś!
Andrzej spojrzał Kasie w oczy, jakby prosząc o litość.
Kasiu No co Przecież już zajechali no jak tu teraz?
Tak, Andrzej Kasia patrzyła mu twardo w twarz. Jak otworzysz furtkę, za godzinę będzie tu burdel. Pies rozkopie grządki i nasika na dywan, dzieci zdemolują górę. Twoja siostra nie da mi gotować kuchni, a Rysiek będzie palić w salonie. Odpoczynek przepadnie. Chcesz tego, czy chcesz spokojnego Sylwestra ze mną? Wybieraj. Teraz.
Andrzej spojrzał na wrzeszczącą kompanię. Rysiek kopał koło, Iwona wrzeszczała o wyrodnej żmii, dzieci rzucały śnieżkami w okna. Janina łapała się za pierś.
Nagle przypomniał sobie, jak ostatnio naprawiał huśtawkę trzy dni. Jak wstydził się za spalony dywan. Jak marzył po prostu położyć się przy kominku i mieć spokój, zamiast biegać z butelką.
Naprostował się, podszedł do furtki i powiedział może cicho, ale wyraźnie:
Mamo, Iwona. Kasia ma rację. Uprzedzaliśmy, iż nie damy kluczy, gości nie przyjmujemy. Zawijajcie.
CO?! zawyli chórem.
Słyszeliście. To także mój dom. I nie chcę tutaj cyrku. Proszę odjechać.
Ja ci dam zaczął Rysiek, próbując wcisnąć rękę przez szczelinę.
Odejdź Rysiek, bo dzwonię na policję. Ochrona jest na osiedlu.
My to obcy, tak?! Janina jęknęła. Przeklnę cię, i tę żmiję! Więcej nas nie zobaczycie!
Spadajmy! wrzasnęła Iwona, szarpiąc męża. Oni psychopaci! Tomek, do ciebie pojedziemy, przynajmniej ciepło!
Tak, u mnie burżujka, da się żyć zadeklarował Tomek, wyraźnie chcąc zniknąć z rodzinnej awantury.
Samochody wyły, śnieg pryskał spod kół. Iwona wystawiła przez okno nieprzyzwoity gest. Janina siedziała z kamienną miną.
Po kilku minutach została cisza. Tylko żółta plama na osłonie tui przypominała o wizycie.
Andrzej wbił łopatę w śnieg i usiadł na schodach.
Boże, jaki wstyd wyszeptał. Własna matka
Kasia dosiadła się, przytuliła do ramienia.
Nie wstyd, Andrzej. Dojrzewanie. Pierwszy raz tak broniłeś nas nie ich klan, tylko nas.
Nie wybaczy mi.
Wybaczy, gdy będzie czego potrzebować. Pieniędzy na leki, pomocy przy dachówce. Tacy są. Ale teraz będą znać granicę. I szanować zaczną może nie od razu, ale z czasem.
Myślisz?
Wiem. A jeżeli nie przynajmniej nam będzie spokojniej. Chodź do domu, bo zmarzniesz. Ugotuję grzane wino.
Weszli do ciepłego światła. Kasia zasłoniła zasłony, odcinając ich maleńki świat od mroźnej ulicy i złych słów. Wieczorem patrzyli w ogień, w milczącej zgodzie.
Przez trzy dni panowała błoga cisza. Chodzili na spacery po lesie, smażyli mięso (tylko dla siebie), korzystali z sauny, czytali. Telefon milczał rodzina ogłosiła bojkot.
Trzeciego stycznia, jak przewidziała Kasia, przyszedł SMS od Iwony. Nie przeprosiny. Zdjęcie: barak, piecyk, wokół skrzynki, zamglone twarze w pośpiechu. Podpis: Bez was też się bawimy! Zazdrośćcie!.
Kasia spojrzała na zdjęcie, brudny stół, twarz Ryśka, potem na Andrzeja, śpiącego z książką na piersi, spokojnego jak nigdy.
Nie mam czego zazdrościć, Iwonko szepnęła i skasowała wiadomość.
Po tygodniu, gdy wrócili do miasta, zadzwoniła Janina. Głos beznamiętny, trochę obrażony, poprosiła tylko, by Andrzej zawiózł ją do przychodni. O działce ani słowa. Granica została ustalona. A choć zdarzały się potyczki, forteca trwała.
Kasia zrozumiała: czasem trzeba być złą dla innych, by być dobrą dla siebie i ocalić rodzinę. A klucze do działki już nie leżały w przedpokoju, tylko w sejfie. Tak na wszelki wypadek.











