A my tu zebraliśmy się z rodziną i uznaliśmy: po co twoja działka ma stać pusta? Przyjedziemy tam z dzieciakami na ferie zimowe. Powietrze świeże, górka na sankach pod nosem, saunę rozpalimy. Ty, Danusiu, i tak wiecznie zabiegana w pracy, a Wiesiek odpocząć musi, tylko upiera się, iż sam w domu się wyśpi. Także dawaj klucze, jutro od rana wpada!
Słychać było Hanię, szwagierkę Danuty, przez słuchawkę, jakby właśnie pilotowała tłum na Woodstocku. Danka wstrzymała ręką ścierkę z jeszcze wilgotnego talerza i odsunęła telefon od ucha. Bezczelność rodziny męża od dawna dorobiła się statusu miejskiej legendy, ale tego poziomu tupetu szczerze się nie spodziewała.
Zaraz, Hania wypowiedziała spokojnie, siląc się, żeby głos nie zadrżał od rosnącej irytacji. A kto to zdecydował? Z kim zasiadłaś do tej narady? Działka to nie dom kultury ani hotel. Mamy tam z Wieśkiem jechać, od dawna planowaliśmy!
A daj spokój! Hania wyraźnie przeżuwała coś w słuchawce Wiesiek mówił mamie, iż będziecie tylko w domu, przed telewizorem. Przecież miejsca macie jak na hotel dwa piętra! Jak się nawiniecie, to nie przeszkadzacie, ale lepiej nie bo u nas ekipa rozrywki, hałas. Andrzej kumpli sprowadzi, muzę puści, karkówka z grilla Z tobą i tymi twoimi książkami to nuda, przecież!
Danuta aż spąsowiała. W wyobraźni od razu widziała całą ekipę: Andrzej, mąż Hani kombinator, hołdujący disco-polo i bimbrowi, dwójkę ich nastoletnich dzieci nieznających słowa nie wolno oraz biedna działka, do której Danuta władowała całą duszę i oszczędności.
Haniu, nie powiedziała stanowczo. Kluczy nie dam. Działka niegotowa na gości, trzeba umieć ogarnąć centralne, szambo to żywe stworzenie, a poza tym nie mam ochoty, by kręciło się towarzystwo po moim domu.
Myślisz, iż co? Że obcy? Hania aż zapiszczała i przełknęła. Siostra męża, bratankowie! Całkiem zwariowałaś od tych swoich cyferkowych tabelek! Zadzwonię do mamy, niech ci powie, jak rodzinę traktować!
Sygnał w słuchawce zabrzmiał jak salwy na pogrzebie. Danuta powoli odłożyła telefon. Ręce jej się trzęsły. Czuła, iż to tylko przygrywka zaraz włączy się ciężka artyleria, czyli teściowa, Janina, i zacznie oblężenie.
Wiesiek wszedł do kuchni z miną kota, co właśnie potłukł wazon i udaje, iż nic się nie stało. Oczywiście słyszał rozmowę, ale najwyraźniej uznał, iż lepiej się nie mieszać.
Danusiu, no czemu tak na ostro? zaczął okrężną drogą, próbując ją objąć. Hanka to trochę świr, ale to jednak rodzina. Zaraz się obrażą…
Danka zsunęła jego rękę, spojrzała zmęczonym, lodowatym wzrokiem.
Wiesiek, pamiętasz zeszły weekend majowy? spytała cicho.
Wiesiek skrzywił się, jakby połknął pestkę.
Było, było…
Było? Przyjechali na kilka szaszłyków. Skończyło się: zerwaną jabłonką, co mój tata sadził, zasłoną przepaloną od niedopałka, tygodniem szorowania wykładziny (nie zeszło), górą brudnych naczyń bo Hanka miała manikiur, chociaż zmywarki choćby nie włączyli, tylko wrzucili tam resztki i zapchali filtr. A roztrzaskana waza? Zdeptane piwonie?
No dzieci, przecież…
Dzieci?! Twój bratanek ma piętnaście lat, a bratanica trzynaście. To nie bobasy w piaskownicy, tylko wyrośnięci nastolatkowie, którzy doskonale wiedzą, jak sieje się zniszczenie. A potem jeszcze zrobili w saunie dymarnię, bo zapomnieli uchylić szyber ledwie chaty nie spaliły! I ty im chcesz samodzielnie zostawić wszystko na tydzień zimą?!
Mówili, iż będą ostrożni… Andrzej obiecał pilnować.
Andrzej pilnuje, żeby mu wódka nie uciekła sprzed nosa! Danuta machnęła ręką w stronę okna. Nie, Wiesiek. Powiedziałam: nie. To mój dom formalnie i faktycznie. Remont zrobiłam z pieniędzy po babci. Ja tam każdą śrubkę znam. I nie pozwolę zrobić chlewu.
Wieczór przeszedł w ledwo tkliwą ciszę. Wiesiek próbował przełączyć Polsat, ale po kilku minutach wyłączył i poszedł do sypialni. Danuta siedziała w kuchni z herbatą, wspominała, jak własnymi siłami budowali dom.
To nie była zwykła działka. To było marzenie stary domek po rodzicach przebudowywali trzy lata. Danuta nie kupowała ciuchów, nie jeździła nad Bałtyk; wszystko szło na remont. Sama szlifowała bale, malowała ściany, szyła zasłony, wybierała płytki do kominka. To był jej azyl, gdzie odpoczywała po zgniłym mieście i robocie zmarłym dla ducha. Dla rodziny Wieśka darmowa baza wypadowa.
Następnego dnia, w sobotę, zabrzmiał domofon. Danka westchnęła, spojrzała przez wizjer. Oczywiście: Janina, cała ustrojona, futrzana czapa, ostre szminki i torba, z której dyndał ogon mrożonego sandacza.
Otwieraj, Danuta! Słowo mam! krzyknęła teściowa, nie bawiąc się w uprzejmości.
Janina wjechała do mieszkania jak ślizgacz lodołamacza. Wiesiek już się kręcił w drzwiach, ucieszony i lekko przerażony:
Mamo, czemu niezapowiedzianie?
Do syna trzeba się teraz rejestrować?! parsknęła Jana, rzucając futro Wieśkowi. Zróbcie mi herbatę. I melisę. Serce mnie boli od wczoraj przez was oboje.
Na kuchni Janina przeistoczyła się w panią sądu. Danuta nalała herbaty, pokroiła trochę babki, zrezygnowana.
No, opowiadaj, synowo zaczęła teściowa, siorbiąc. Czemu to Hanka ci nie pasuje? Rodzona krew, siostra męża twego. Po ludzku poprosiła o klucze, chcą odsapnąć. U nich remont, kurz, dzieci płuca duszą. A wy macie pałac, co pustką wieje. Żal ci?
Pani Janino odrzekła spokojnie Danka, patrząc prosto w oczy przede wszystkim to nie pałac, tylko zwykły dom, wymagający opieki. Po drugie, u Hani ten remont trwa od pięciu lat i to jeszcze nie powód, żeby nasz dom okupować. I jeszcze raz: po ich ostatnim pobycie nie mogę pozbyć się zapachu papierosów w zasłonach, chociaż prosiłam, żeby w środku nie palić.
Wielkie rzeczy, zapalili! teściowa aż pacnęła w blat. Wywietrzyć można. Ty, Danusia, za dużo rzeczy liczysz, ludzi nie zauważasz. To się nazywa materializm! Wiesia wychowałam na dobrego, otwartego, a ty robisz z niego sknerę. Do grobu działki nie zabierzesz!
Mamo, ale Danka naprawdę tam włożyła multum pracy… próbuje Wieś, niemrawo.
Milcz! syczała matka. Pantoflarz! Żona cię robi w balona. A siostra i bratankowie mają na mrozie siedzieć? Andrzej ma przecież okrągłe urodziny, czterdzieści pięć lat! Chcieli spędzić NORMALNIE, w naturze. Już gości zaprosili, mięso nakupili. I co teraz? Kompromitacja przed kuzynostwem?
To nie moja sprawa, iż gości zaprosili, zanim właściciele się zgodzili ucięła Danka. To po prostu chamstwo, pani Janino.
Teściowa aż zafioletowiała. Nie przywykła do oporu, a już szczególnie od Danuty.
Chamstwo?! Janina złapała się teatralnie za serce. Do niej jak do córki, a ona… Wiesiek! Słyszysz, jak ona do matki mówi?! jeżeli zaraz nie oddasz kluczy Hance, przysięgam przeklnę ten dom! Nigdy się tam nie pojawię!
Nie była pani tam ostatnio choćby wtedy, jak trzeba było rabatki przekopywać… nie wytrzymała Danka.
Ty jędzo! Teściowa zerwała się, aż krzesło poleciało do tyłu. Wiesiek, daj mi klucze! Sama Hance przekażę! Jesteś tu pan czy figurant?
Biedny Wiesiek spojrzał najpierw na żonę, potem na matkę. Rozdzierała go lojalność i wrodzone tchórzostwo. Pamiętał jeszcze dobrze, jak w zeszłym roku naprawiał taras, który Andrzej złamał próbując wciągnąć grill przez deszcz.
Mamo, klucze ma Danuta I w sumie, może pojedziemy sami.
Kłamiesz! huknęła Janina. Dobrze. Hanka jutro przyjedzie rano po klucze. To je masz mieć na stole! I napisz instrukcję do pieca. Inaczej, Wiesiek, przestajesz być moim synem. Ty wskazała Dankę zapamiętaj ten dzień. Świat jest mały.
Trzasnęła drzwiami. Słychać było tylko tykanie zegara.
Nie oddasz? zapytał po chwili Wiesiek cicho.
Nie oddam odparła Danuta. I powiem więcej: jutro rano ruszamy na działkę. Sami.
Ale nie planowaliśmy… Chciałaś dokończyć sprawozdania.
Plany się zmieniają. jeżeli my jej nie zajmiemy, Hanka wprost wejdzie przez okno. A tak nie będą mieli wyjścia.
Danka, to wojna
Nie, to obrona granic. Pakuj rzeczy.
Wyjechali bladym świtem. Miasto ciche, ustrojone na Nowy Rok, ale dwójka nie czuła świątecznej atmosfery. Wiesiek nerwowo zerkał na telefon (którego Danuta kazała wyciszyć).
Podróż do działki trwała półtorej godziny. Na miejscu ośnieżona wieś spała. Ich jasny, sosnowy domek wyglądał jak z kartki świątecznej. Danuta odetchnęła. Tu była bezpieczna.
Podpalili w kominku, włączyli podgrzewanie podłogowe. Danuta przyniosła z piwnicy bombki. niedługo pachniało mandarynkami i igliwiem. Wiesiek rozgarniał śnieg przed domem, szczerząc zęby i machając łopatą jak dzieciak. Paranormalny spokój w końcu do niego zawitał.
Grzmot uderzył o trzeciej popołudniu.
Pod bramą rozległ się klakson. Danuta zagląda przez okno serce jej zjechało do pięt. Stały dwie fury. Jedna stary jeep Andrzeja, druga jakaś osobówka. Z samochodów wysypuje się ferajna: Hanka w pstrokatym puchu, Andrzej z rozpiętą kurtką, dzieci, dziwna para z psem ogromnym rottweilerem, bez kagańca i oczywiście Janina stercząca na czele peletonu.
Wiesiek zamarł ze szpadlem na środku podwórka.
Otwierajcie, właściciele! Goście przyjechali! ryknął Andrzej, a jego baryton zadudnił przez całą wieś.
Danuta zarzuciła kurtkę, wcisnęła gumowce i wyszła na ganek. Wiesiek stał przy bramce sparaliżowany.
Wiesiek, otwieraj, zamarzamy! wrzeszczy Hanka, szarpiąc klamkę. Danuta, wyłaź! Chcieliśmy niespodziankę! Razem milej! Wspólnie świętujemy!
Danuta podeszła i ścisnęła męża za ramię, głośno mówiąc:
Dzień dobry. Ale my gości nie zapraszaliśmy.
Oj, nie wygłupiaj się! machnął Andrzej, od którego wyczuwało się opary choćby zza płotu. Jest mięso, skrzynka wódy, choćby Marian z żoną przyjechał, przywieźli psa, spokojny, nie gryzie. Wiesiek, wpuść!
Pies? Zobaczyła, jak rottweiler podnosi nogę przy jej ukochanym tujce, którą osłaniała na zimę. Wypędzić psa z moich roślin!
Oj tam, drzewo! rozchichotała się Hanka. Otwierajcie, dzieci siku chcą!
To niech się przesiusiu na stacji benzynowej pięć kilometrów stąd wyrecytowała Danuta. Mówiłam: działka zajęta. Odpoczywamy we dwójkę. Miejsca dla dziesięciu plus psa brak.
Zapanowała cisza. Krewni próbowali przetrawić informację. Myśleli, iż jak przyjadą, a razem matka, nikt ich nie wyrzuci stara sztuczka: postaw przed faktem dokonanym.
Nie wpuścisz nas?! Janinie aż głos się załamał ze złości. Matkę własną na mrozie zostawisz? Wiesiek! Powiedz coś!
Wiesiek spojrzał na żonę. W oku prośba.
Danusia, no przecież… Przyjechali już… Tak się nie robi…
A właśnie, Wiesiek Danuta patrzyła twardo. jeżeli otworzysz furtkę, za godzinę mamy jazdę na całego. Pies rozorze rabaty, narobi na dywan, dzieci rozniosą piętro, Hanka mnie będzie uczyć gotować pomidorową w mojej kuchni, Andrzej odpali fajka w salonie, a nasz urlop szlag trafi. Chcesz tego? Albo chcesz świętego spokoju tutaj ze mną? Decyzja.
Wiesiek popatrzył na wrzeszczącą rodzinę pod bramą, na Andrzeja, co już kopie koło jeepa, na Hankę, która drze się ty bezduszna…, na dzieci, co śnieżkami ciskają w szybę, Janina teatralnie łapie się za serce.
I nagle przypomniał jak w zeszłym roku trzy dni naprawiał huśtawkę, jak wstyd mu było przed Danką za tę plamę na wykładzinie, jak marzył o tym, żeby poleżeć pod kołdrą przy kominku, nie latać po sok dla Andrzeja.
Wyprostował się, podszedł do furtki, mówiąc nie bardzo głośno, ale wyraziście:
Mamo, Hanka. Danuta ma rację. Mówiliśmy, iż nie damy kluczy i nie czekamy na gości. Wracajcie.
Co?! rodzina wyła chórem.
Co słyszeliście. To mój dom także. I nie chcę tu burdelu. Wracajcie.
Ty… Ja cię… Andrzej próbował wcisnąć rękę przez kraty.
Spadaj, Andrzej Wiesiek złapał szpadel wygodniej. Zaraz dzwonię na policję powiem, iż intruzi się dobijają. Mamy tu monitoring.
MY intruzi?! Janina zakrztusiła się z oburzenia. Przeklęty bądź, Judaszu! I twoja żmija! Nie pojawię się tu nigdy więcej!
To idziemy! wrzasnęła Hanka, ciągnąc Andrzeja. Psychole! Jedziemy do Mariana na działkę wprawdzie niedokończona, ale przynajmniej normalnie…
Tak, idziemy! poparł Marian, wyraźnie zadowolony, iż może się wycofać.
Fury mruczały, jechały tyłem po śniegu, Hanka wystawiła okno i pokazała Danucie coś, czego nie znajdziesz w Savoir-vivre. Janina siedziała sztywno, oczy wlepione w przednią szybę.
Pięć minut później koło działki znów było cicho. Został tylko ślad łapy psa na osłonie tujki.
Wiesiek wbił szpadel w śnieg i osiadł na schodkach.
O Boże, co za wstyd szepnął. Matka…
Danuta przysiadła koło niego, przytuliła się do ramienia.
To nie wstyd, Wiesiek. To dorosłość. Pierwszy raz naprawdę postawiłeś się i obroniłeś rodzinę. Tę naszą, nie ich.
Nigdy nie wybaczy.
Wybaczy. Jak będzie potrzebować pomocy lub pieniędzy. Tacy ludzie długo się nie obrażają, jeżeli to nieopłacalne. Ale od dziś wiedzą, iż tu rządzi granica. Nie najedzie się już tak bez pytania. Kiedyś docenią. Albo przestaną próbować.
Serio?
Serio. A jeżeli nie będzie nam lepiej. Chodź, bo zmarzniesz. Ugotuję grzańca.
Weszli do ciepłego domu. Danuta zaciągnęła zasłony, odgradzając swój mały świat od reszty chłodów. Wieczorem siedzieli przy kominku, gapiąc się na żar w cichej, miłej, dobrej ciszy.
Trzy dni przeleciały błogo. Spacery po lesie, grill, sauna, książki. Telefony milczały rodzina obraziła się w pełnej krasie.
3 stycznia, jak przewidziała Danuta, na messengerze Wieśka zawisło zdjęcie od Hanki: szopa, koza do ogrzewania, wokół kartony po wódce, roześmiane (choć podpuchnięte) twarze. Podpis: A my choćby lepiej się bawimy! Zazdrośćcie!.
Danka spojrzała na zdjęcie, potem na męża czysty, zrelaksowany, smacznie chrapiący w fotelu z książką i tylko szepnęła:
Nie ma czego zazdrościć, Haniu.
Usunęła zdjęcie, żeby nie zakłócać Wieśkowi snu.
Gdy po tygodniu wrócili do miasta, Janina sama zadzwoniła. Głos obrażony, ale poprosiła Wieśka, by podwiózł ją do przychodni. Tematu działki nie poruszyła ani słowem. Granica została wyznaczona. Czasem jeszcze bywały ostrzały, ale twierdza się trzymała.
Danuta wiedziała jedno: czasem trzeba być bezduszną dla innych, by samej zostać przyzwoitą i ocalić rodzinę. A klucze? Teraz leżą nie w korytarzu na szafce, tylko zamknięte w sejfie. Na wszelki wypadek.











