Rodzina, jak wiatr w polskim podwórku, zawsze przynosi zamieszanie mówi stare przysłowie.
Jadzia, urodzona w małej wiosce pod Krakowem, od dziecka śniła o ucieczce z pola i sierpniowych łąk. Nie widziała siebie jako dojarkę, pasterkę ani zbieraczkę grzybów. Gdy skończyła szesnaście lat, spakowała się i wsiadła w pociąg do Łodzi. Zacięła sobie przysięgę: Nigdy nie wrócę do tej zadupia, cokolwiek się stanie.
W Łodzi dostała się do technikum mechanicznego, przydzielono jej łóżeczko w akademiku. Po dwóch latach podjęła pracę jako operator żurawia wieżowego przy budowie nowego centrum handlowego.
Czas na małżeństwo przyszedł szybciej niż myślała. Przez weekendy, w trzecią sobotę po południu, Jadzia z przyjaciółkami tańczyła w parku przy Ratuszu. Tam poznała Krzysztofa, który również szukał tańczącej żony. Nie było więc namysłu od razu podbili się do Urzędu Stanu Cywilnego.
Wysłali list do wsi: Mamo, tato, wchodzę za mąż! Przyjedźcie!. Rodzice nie mogli przyjechać, bo poprzedniego dnia wychowali starszą córkę. Mama napisała: przyjedziemy później, zobaczymy wnuki.
Wesela przeszły w mglisty sen, a potem codzienność wciągnęła ich w ciasny dom przy ul. Słonecznej trzy pokoje, dwie łazienki, wspólna kuchnia. Krzysztof, jego matka, siostra z synem, brat z żoną i Jadzia wszyscy razem w tej małej przedsionkowej krainie.
Mimo ciasnoty, Jadzia i Krzysztof byli szczęśliwi. Dostali najmalutki pokój, a teściowa kochała zię w syntezatorze: posłuszna, pracowita, nie wypowiadała zbędnych słów. Dzieci teściowej było pięcioro, dwie córki z mężami mieszkały oddzielnie. Najmłodsza, Łucja, przyniosła kłopoty. Zrodziła synka w podwórku szpitalnym, a potem mężczyzna zniknął bez śladu, zostawiając po sobie jedynie wspomnienie. Krzysztof musiał odebrać swoją siostrę i dziecko z oddziału noworodków. Wtedy pielęgniarka, z nutą czarnego humoru, rzuciła: Teraz będziesz całe życie wychowywać brata. Wszyscy się roześmiali.
Życie płynęło jak w wirującym kalejdoskopie. Kiedy Łucja przyprowadziła do domu swoją żonę, nagle Jadzia poczuła wrogość. Przyjechała z jakiejś odmęty, zgarnęła mu męża! zgrzytała Łucja. Jadzia nie wchodziła w sprzeczki, milczała, nie mówiła Krzysztofowi. Teściowa zaś pouczała: Jadzia, nie gniewaj się na Łucję! Ona zazdrości, bo jest samotna i pechowa. Nie mów Krzysztofowi nic, bo on może się zemścić.
Ciche dni przerodziły się w krzyk, gdy w domu urodziła się ich córeczka Lila. Łucja stała się jeszcze bardziej burzliwa, codzienne kłótnie przybierały formę bitew. Jadzia, niczym dzika kota, broniła dziecka. Kiedy walka stała się zbyt gwałtowna, Krzysztof chwycił żelazko i posłał go w stronę Łucji. Jadzia zamarła z przerażenia, ale żelazko trafiło w ścianę Łucja od tego czasu milczała.
Łucja miała jednak kochanków i często zostawiała synka Damiana pod opieką Jadzi. Spotkania z kochankami kończyły się krótko; Damian był dla niej ciężarem. Jadzia, w gniewie, skrytycznie krzyknęła: Zajmij się swoim synem! Rośnie zła mała łobuz. Damian rzeczywiście podbijał dom: kradł pieniądze, grał w piłkę w salonie, w kieszeniach szumiało drobne monety, a mu jeszcze nie było dziewięciu lat.
Kiedy rodzice Jadzi przyjechali zobaczyć Lilię, zobaczyli ciasny domek i szumy sporów. Ojciec, z troską, rzekł: Jadziu, wróć do rodzinnego domu, nie wytrzymasz tu dłużej. Matka szepnęła na ucho: Wracaj, bo Wiktor (syn Krzysztofa) zawsze zagląda na podwórze, przywita cię z radością. Jadzia odpowiedziała: Nie przyjechałam tu po życie rolnika, by wracać do traktorów.
W końcu Krzysztof, po trzech latach pracy na huty, otrzymał mieszkanie w Łodzi. Szczęście wylało się po brzegi, a niedługo urodził się ich syn, Piotrek. Rodzina przeniosła się do własnego gniazdka może puste i chłodne, ale już własne.
Rok później umarła matka Krzysztofa. Łucja po stracie przybrała siwe włosy niczym sierpnięcie księżyca. Codziennie siadała przy grobie, zamykała bramę i patrzyła w dal, szepcząc pod nosem. Mieszkańcy mówili: Nie zamykaj bramy, zostaniesz w środku. Ona odpowiadała: Nie obchodzi mnie to. Czas leczy rany.
Łucja w końcu znalazła nowego kochanka i planowała ślub. Zaprosiła Jadzę do domu na herbatkę. Gdy Jadzia szykowała się do wyjścia, Łucja zatrzymała ją: Jadzia, przepraszam. Zazdrościłam ci, bo naprawdę kochasz Krzysia. Dla mnie jesteś najdroższą osobą na świecie. Jadzia, zdumiona, odpowiedziała: Jak pięknie mówisz, Łucjo!. Łucja uśmiechnęła się smutno i pocałowała ją w policzek.
Rankiem młodszy brat Krzysztofa zadzwonił: Krzysiek, Łucja nie wstała! Zmarła we śnie. Miała 37 lat, chorobę serca. Pogrzebowano ją przy grobie matki, w tej samej ogrodowej bramie.
Rok później na jej grobie wciąż pojawiały się świeże kwiaty, które codziennie odnawiał nieżyjący mąż Łucji. Z czasem zastąpił je sztuczne róże.
Damian, teraz czternastoletni sierota, stał przed dylematem. Odnalazł ojca, ale ten miał nową rodzinę i nie miał miejsca dla syna. Wszyscy chcieli go wysłać do świetlicy, bo był trudny. Krzysztof, jednak, głośno ogłosił: Nie ma mowy o świetlicach! To nasz krewny, a w rodzinie jest zamieszanie, więc zostaje z nami. Ustanowiono opiekę prawną. Krewni westchnęli z ulgą: Na szczęście nie wzięliśmy na siebie grzechu.
Krzysztof i Jadzia żyli z Damianem kradli, kłócili się, ale przetrwali. Damian dorósł, poślubił i nazwał syna Łubomir, a drugiego Kacpra, na cześć opiekunów. Krewni zdumiewali się: Patrzcie, jak się zmienił Damiu!.
Znów na grobie Łucji pojawiały się świeże kwiaty, tym razem przynoszone przez jej syna.
Takie są sny, które snują się po polskich wsi i miastach, splatając losy, kłopoty i niespodziewane pokój w sercu.






