Dzieci są jak kwiaty życia powtarzała zawsze mama. Tata, śmiejąc się, dorzucał:
Tylko kwitną najlepiej na grobie swoich rodziców żartując z dziecięcych psot, kaprysów i tego wiecznego hałasu w domu.
Ela westchnęła zmęczona, ale szczęśliwa, sadzając dzieci do taksówki. Malwinka miała cztery lata, Antoś półtora. U dziadków spędzili cudowny czas: ciastka, uściski, bajki i przyzwolenie na trochę więcej niż w domu przyjemności.
Ela była naprawdę wdzięczna za ten wyjazd. Rodzice, siostry, kuzyni dom rodzinny przyjmował bez pytań, bez jakichkolwiek warunków. Mama gotowała jak zwykle: nie dało się odmówić. Choinka ubrana w stare, wzruszające ozdoby, iskrzyła się światłami. Dadkowe toasty, choćby jeżeli przydługie, leciały prosto z serca. Prezenty od mamy przydatne, troskliwe, zawsze z miłością.
Przez chwilę Elaine poczuła się znowu małą dziewczynką. Mówiła sobie w myślach:
Mamusiu, tatusiu dzięki, iż jesteście.
W tym roku razem z Przemkiem postanowili podarować rodzicom Eli coś wyjątkowego. Wcale nie z poczucia obowiązku, tylko z wdzięczności. Za szczęśliwe dzieciństwo, za miłość i opiekę, którą Ela i jej siostry miały na co dzień. Za zaufanie wobec Przemka i to, iż przekazali mu skarb najcenniejszy swoją córkę. Za rodzinne wsparcie, wiarę w ich własną drogę i obecność w każdym ważnym momencie.
Zawsze marzyłem, żeby sprezentować tacie samochód powiedział kiedyś cicho Przemek. Ale mój tata tego nie doczekał.
Zamilkł na moment, a potem już pewnie dodał:
Za to twojemu na pewno damy radę!
Ela tylko się uśmiechnęła do męża, tym swoim spojrzeniem pełnym wdzięczności, szacunku i wszystkich wspólnych planów na przyszłość.
Jak się umówili, Ela przyjechała z dziećmi do rodziców. Miała ze sobą przezroczyste pudełka: sałatki, mięsa, domowe ciasta wszystko własnej roboty i przygotowane z sercem.
Antoś wmaszerował dumnie do domu i wręczył babci olbrzymi bukiet róż taki ogromny, iż prawie był większy od niego samego. Ela uściskała tatę, wycałowała, wdychając ten znajomy, domowy zapach.
A gdzie Przemek? Czemu nie z tobą? dopytywali rodzice z troską.
W tym momencie zadzwonił telefon.
To Przemek uśmiechnęła się Ela. Troszkę się spóźni, mówi żebyście zaczynali bez niego.
Dzieciaki już mknęły do salonu. Pod wysoką, kolorową choinką leżały podpisane prezenty od Gwiazdora.
Malwinka, rzecz jasna, dostała najwięcej. W jednym pudełku była bajkowa kareta, w drugim para przepięknych białych koni z lśniącymi grzywami. choćby kryształowe pantofelki dla księżniczki! Potem lekkie, rozkloszowane sukienki z mieniącymi się kamyczkami, długie rękawiczki, biżuteria, magiczne lusterko, dziecięce kosmetyki, kreatywne zestawy, książki…
Antoś otrzymał wielką stację parkingową: samochodziki jeździły windą w górę, a potem z piskiem sunęły w dół spiralą. Był też ogromny świecący dinozaur, łuk ze strzałami, suchy basen i worek kolorowych piłeczek, kosmiczny pistolet, mnóstwo kolorowanek, kredki i czarodziejskie flamastry.
Ela została obdarowana małym pudełeczkiem przewiązanym wstążką w środku złote kolczyki z kamyczkami, połyskujące światłem choinki.
Na stole, na dużym półmisku, królował jej ukochany Mrowisko ciasto z mnóstwem orzechów, rodzynek, kandyzowanych owoców i czekolady. Dokładnie takie jak zawsze w dzieciństwie.
Pod choinką czekały też paczki dla Przemka nikomu nie wolno było ich ruszać bez ukochanego zięcia.
Ela z dziećmi przekazali swoje podarunki: mamie francuskie perfumy, tacie srebrną bransoletę z ciekawym splotem. Malwinka wręczyła portret dziadków trochę śmieszny, trochę przypominający zdjęcie poszukiwany przez policję, ale namalowany z sercem i rozczulił wszystkich do łez.
Ale główny prezent był dopiero przed nimi!
Po pół godzinie, po pierwszych toastach, kiedy atmosfera się rozluźniła, Ela włożyła kolczyki. Błyszczały w jej uszach, podkreślając szczęście wypisane na jej twarzy.
Malwinka zerknęła na mamę z powagą i nagle wypaliła:
Mamusiu, założyłaś te kolczyki, żebym powiedziała, iż jesteś śliczna?
Tak, dokładnie po to odpowiedziała Ela z uśmiechem.
Jesteś bardzo śliczna! zapewniła poważnie Malwinka. I ja! I tata! I choćby Antoś! wszyscy wybuchnęli śmiechem.
A gdzie nasz kochany zięć? Chyba już czas, żeby się pojawił!
I właśnie wtedy się pojawił. Na podjeździe zamigała lampka, brama się otworzyła i wjechał duży, biały samochód, lśniący jak nowy, z balonami przyklejonymi do lusterek i maski.
Wszyscy wybiegli na dwór gwarno, mieszając śmiech z narzekaniem na lekki mróz.
Przed bramą stała ona – nowka sztuka, błyszcząca samochód. Przemek wysiadł, podszedł spokojnie do taty Eli i wręczył mu kluczyki:
To dla Pana… z głębi serca.
Objął go mocno i po męsku bez żadnej egzaltacji. Tata odsunął się o krok, uśmiech zaskoczony i wzruszony.
Co wy kombinujecie, dzieci Nie mogę słowa wiązały mu się na języku.
Ale już delikatnie posadzili go za kółkiem. Przejechał dłonią po kierownicy, spojrzał na panel wszystko lśniło, wyglądało jak z przyszłości. Wnętrze pachniało skórą i nadchodzącymi podróżami.
Otarł łzy tak rzadko widziane.
Aleście mnie załatwili wykrztusił. Potem wstał i wyściskał wszystkich: Elę, Przemka, wnuki, żonę.
Słowem święta były wymarzone.
Wszyscy szczęśliwi. Te dwa dni w rodzinnym domu napełniły serca euforią i małych, i tych dorosłych. Ale wszystko co dobre kiedyś się kończy czas było wracać do siebie.
Rano Przemek pojechał do pracy. Teść odwoził go już swoim nowym autem, pewny siebie, dumny, jakby nagle odjął sobie z dziesięć lat. Ela patrzyła przez okno i cieszyła się w środku: prezent żył swoim życiem, jak sobie wymarzyli.
Po południu Ela zamówiła z dziećmi taksówkę. Walizki były jakby lżejsze niż w dzień przyjazdu, za to serca pełne. Malwinka jeszcze raz przytuliła babcię, Antoś pomachał dziadkowi, ściskając w rączce auto na drogę.
Wsiedli do taksówki. Droga była spokojna, dzieci gwałtownie odpłynęły w sen, skulone na tylnej kanapie najedzone, przytulone, szczęśliwe.
W połowie drogi Ela poprosiła o przystanek przy małym sklepiku.
Za chwilkę wracam, muszę kupić pampersy i wodę rzuciła do kierowcy.
Po pięciu minutach wróciła, zajęła miejsce i… serce jej zamarło.
Dzieci nie było!
Kierowca zagadywał jakąś obcą dziewczynę z przodu.
Co jest wydukała Ela.
Dziewczyna odwróciła się gwałtownie:
Kim pani w ogóle jest?!
Kierowca rozłożył ręce:
Nie wiem, a pani kto? Po co pani tu wsiadła?
Pan sobie żartuje?! Gdzie są moje dzieci?!
Ty świnio! wydarła się dziewczyna na kierowcę. Masz dzieci i mi nie powiedziałeś?! i tłukła go torebką.
I ty wpuszczasz do auta kogo popadnie?! krzyczała już Ela. Gdzie są moje dzieci?!
Kilka minut zamieszania, wrzask, machanie rękami, totalna katastrofa.
I nagle otwiera się drzwi… jakiś facet zagląda i mówi spokojnie:
Przepraszam, pani to nie ten samochód. Tamten stoi kawałek dalej.
Ela pobladła, wyskoczyła z auta i podbiegła do stojącej kawałek dalej niemal identycznej taksówki.
Otwiera drzwi.
Na tylnej kanapie śpią jej dzieci. Dwa aniołki choćby nie drgnęły.
Ela tak odetchnęła, jakby wróciła właśnie z krańca świata. Wsunęła się, trzask drzwi, rzuciła jedno słowo:
Jedziemy
A potem… ogarnęła ją fala śmiechu. Prawdziwego, nerwowego, uwalniającego. Kierowca zaczął się śmiać razem z nią, ocierając łzy ulgi. Wszystko skończyło się dobrze narodziła się za to historia do opowiadania latami.
Ela popatrzyła na śpiące dzieci i zrozumiała coś prostego: na co dzień rodzic może być zmęczony, zagubiony, rozkojarzony. Ale gdy pojawia się choć cień zagrożenia wstępuje w niego lew!
Bez wahania, strachu, bez żadnych pytań. Po prostu chroni!
Tak właśnie działa rodzicielska miłość.
Cicha, kiedy wszystko gra. Niezłomna, kiedy dzieje się coś złego.












