Dzieci to kwiaty życia lubiła powtarzać mama. A tata, z rozbawionym uśmiechem, dorzucał zawsze:
Na grobie własnych rodziców, nawiązując żartobliwie do dziecięcych psot, kaprysów i nieustannego hałasu.
Elżbieta z ulgą, ale i szczęściem, wypuszcza powietrze, sadzając dzieci do taksówki. Michalinka ma cztery lata, Dawidek półtora. Spędzili cudowny czas u babci i dziadka: z domowym ciastem, przytulaniem, bajkami i pozwoleniem na trochę więcej euforii niż w domu.
Elżbieta również była naprawdę szczęśliwa z tego wyjazdu. Rodzice, siostry, kuzyni rodzinny dom zawsze przyjmuje bezwarunkowo i bez pytań. Obiady mamy nie do przejedzenia, jakich nigdzie nie znajdziesz. Choinka rozświetlona światełkami i starymi, wzruszającymi ozdobami. Toasty taty trochę przydługie, ale prosto z serca. Prezenty od mamy troskliwe, przemyślane, podarowane z miłością.
Przez chwilę Elżbiecie zdaje się, iż znowu jest dzieckiem. Ma ochotę po prostu powiedzieć:
Mamusiu, tatusiu, dziękuję, iż jesteście!
W tym roku razem z Radosławem postanowili przygotować dla rodziców Elżbiety wyjątkowy prezent. Nie z obowiązku z wdzięczności. Za beztroskie dzieciństwo. Za miłość i czułość, które wypełniły lata życia Elżbiety i jej sióstr. Za zaufanie, z jakim rodzice przyjęli Radosława i oddali mu swoje największe skarby córkę. Za wsparcie rodziny, za wiarę w ich wybory, za obecność przy każdym ważnym kroku.
Zawsze marzyłem, by kupić tacie samochód powiedział kiedyś cicho Radosław. Ale mój tata nie doczekał tego dnia.
Po chwili dodał już zdecydowanie:
Za to twojemu na pewno kupimy!
Elżbieta tylko się uśmiecha, patrząc na męża z tą miłością, którą wypełnia wdzięczność, szacunek i przyszłość.
Zgodnie z planem Elżbieta z dziećmi odwiedza rodziców. W dłoniach trzyma przezroczyste pojemniki z własnoręcznie przygotowanymi sałatkami, mięsem, słodkimi wypiekami wszystko domowe, troskliwie ugotowane.
Dawidek z powagą wręcza babci bukiet róż tak wielki, iż prawie przeważa malca. Elżbieta tuli tatę, całuje go, zaciąga się znajomym, ciepłym zapachem domu.
A gdzie Radosław? Czemu go nie ma? zaczynają się dopytywać rodzice.
W tym samym momencie Elżbiecie dzwoni telefon.
To Radek, uśmiecha się, trochę się spóźni. Kazał zaczynać bez siebie.
Dzieci już pędzą do salonu. Pod wysoką, przepięknie ubraną choinką piętrzą się paczki i paczuszki z podpisami komu tego roku prezent przyniósł Święty Mikołaj.
Najwięcej, rzecz jasna, trafiło się Michalince. W jednej paczce zaczarowana karoca Kopciuszka. W drugiej para cudownych białych koni z długimi złotymi grzywami. choćby kryształowe pantofelki dla malej księżniczki. Dalej lekka jak chmurka sukienka z falbanami i długie rękawiczki ozdobione błyszczącymi kamyczkami. Biżuteria, magiczne lusterko, zestawy do kreatywnej zabawy i książki
Dawidek dostaje wielkie pudło z kilkupoziomowym parkingiem: maleńkie, lśniące autka wjeżdżają windą na górę i z piskiem spadają po spiralnych zjazdach. W kolejnych paczkach: ogromny dinozaur z świecącymi oczami, łuk ze strzałami, suchy basen i worek kolorowych piłeczek, kosmiczny blaster z tęczowym światłem. Oczywiście stos kolorowanek, kredek i magicznych pisaków.
Elżbiety też nie pominięto!
W malutkim pudełeczku z kokardką błyszczą złote kolczyki z kamyczkami iskrzą się odbijając światła choinki.
A na stole, na pokaźnej paterze, kusi jej ulubione ciasto Mrowisko. Z orzechami, rodzynkami, kandyzowanymi owocami i wiórkami czekolady. Zupełnie jak dawniej.
Pod choinką leżą osobno pakunki dla Radosława. Kategoryczny zakaz otwierania obowiązuje do jego przyjazdu.
Elżbieta i dzieci obejmują bliskich i rozdają własne upominki: mamie flakon prawdziwych francuskich perfum, tacie srebrną bransoletę o niezwykłym splocie. Michalinka z powagą przekazuje portret babci i dziadka nieco zabawny, trochę jakby z policyjnego portretu pamięciowego, ale narysowany z taką miłością, iż wszyscy się śmieją i rozpływają.
Najważniejszy prezent czeka jeszcze na swój moment!
Po trzydziestu minutach już po pierwszych toastach, gdy emocje trochę opadają, a rodzina ogląda podarunki Elżbieta zakłada kolczyki. Błyszczą, podkreślając szczęście w jej oczach.
Michalinka patrzy w skupieniu i nagle mówi:
Mamo, założyłaś te kolczyki, żebym powiedziała, iż jesteś piękna?
Właśnie po to odpowiada Elżbieta zgodnie z prawdą.
Jesteś bardzo piękna! zapewnia z powagą Michalinka. I ja jestem! I tata! Dawidek też! znowu eksplozja śmiechu.
No i gdzie ten nasz ukochany zięć? Już czas, by się pojawił!
I wtedy się pojawia. Zapala się lampka przy bramie, skrzydła ogrodzenia rozsuwają się i na podwórko, głośno trąbiąc, wjeżdża wielki, biały samochód, lśniąc nowiutką karoserią.
Wszyscy wybiegają na zewnątrz gwarno, radośnie, śmiejąc się i przytulając w lekki mróz.
Przy bramie stoi ona. Nowa, błyszcząca samochodowa limuzyna z balonikami przyczepionymi do lusterek i maski.
Radosław wysiada spokojnie zza kierownicy. Podchodzi do ojca Elżbiety i wręcza mu kluczyki.
To dla Pana Z całego serca.
I przytula go mocno, męsko, bez zbędnego ceremoniału. Ojciec robi krok w tył, uśmiecha się z pewnym niedowierzaniem.
Co wy wymyśliliście Ja nie mogę plącze się w słowach, jakby bał się uwierzyć.
Ale już go delikatnie sadzają na fotelu kierowcy. Gładzi dłonią kierownicę, patrzy na nowoczesną, podświetloną deskę rozdzielczą niemal kosmiczną. Nowe wnętrze pachnie skórą i obietnicą podróży.
Ojciec ociera oczy te oczy, w których rzadko widać łzy.
No wy to tylko tyle zdoła powiedzieć. A potem przytula po kolei każdego: Elżbietę, Radosława, wnuki, żonę.
Można śmiało powiedzieć święta się udały.
Wszyscy są szczęśliwi. Dwa dni pod wspólnym dachem napełniły euforią małe i dorosłe serca.
Ale wszystko ma swój czas pora się rozjeżdżać do domów.
Rano Radosław jedzie do pracy, a teść wiezie go nowiutkim samochodem pewnie, z dumą, jakby zrzucił dobrych parę lat i trosk. Elżbieta patrzy za nimi i uśmiecha się: prezent żyje swoim życiem, tak jak miało być.
Po obiedzie Elżbieta z dziećmi zamawia taksówkę. Walizki lżejsze niż przy wyjeździe, za to serca pełniejsze. Michalinka jeszcze raz ściska babcię, Dawidek macha dziadkowi, kurczowo trzymając w dłoni autko na drogę.
Wsiedli do auta. Podróż spokojna, dzieci gwałtownie zasypiają przytulone do siebie na tylnym siedzeniu najedzone, zadowolone, szczęśliwe.
Po drodze Elżbieta prosi kierowcę o postój przy małym sklepiku:
Na chwilę. Muszę kupić pampersy i wodę tłumaczy szoferowi.
Po kilku minutach wraca, siada do samochodu I serce wpada jej do żołądka.
Dzieci są nieobecne!
Kierowca beztrosko gawędzi z jakąś nieznajomą dziewczyną na przednim siedzeniu.
Co tu się dzieje wypowiada Elżbieta powoli, niemal nieświadomie.
Dziewczyna się odwraca:
Kto to jest?! Co za baba?!
Kierowca wzrusza ramionami:
Nie wiem! i, zwracając się do Elżbiety: Kim pani jest? O co chodzi?
Zwariowaliście?! Gdzie moje dzieci?!
Ty drań! wrzeszczy dziewczyna. Masz jeszcze dzieci?! i zaczyna go okładać torebką.
Ty każdego wpuszczasz do auta?! już krzyczy Elżbieta. Gdzie są moje dzieci?!
Przez następne kilka minut w samochodzie panuje chaos, krzyki, gestykulacje, pretensje i ogólna groza.
Aż nagle otwiera się drzwi… Ktoś zagląda i spokojnie mówi:
Proszę pani, to nie pani samochód. Ja stoję trochę dalej.
Świat zastyga. Elżbieta z pasją trzaska drzwiami, wyskakuje i pędzi do identycznego, jasno-kremowego auta stojącego kawałek przed tamtym.
Otwiera drzwi.
Na tylnym siedzeniu smacznie śpią jej dzieci. Dwa aniołki, choćby nie drgnęły.
Elżbieta wypuszcza z siebie powietrze, jakby właśnie wróciła z krawędzi przepaści. Siada, zatrzaskuje drzwi i warczy do kierowcy:
Jedźmy
I nagle ogarnia ją śmiech. Prawdziwy, nerwowy, oczyszczający. Kierowca też wybucha śmiechem, wycierając oczy i ciesząc się, iż wszystko skończyło się dobrze bez dramatu, ale z historią na całe życie.
Elżbieta patrzy na swoje śpiące dzieci i nagle pojmuje prostą prawdę: rodzice na co dzień bywają łagodni, zmęczeni, roześmiani, czasem rozkojarzeni. Ale gdy tylko pojawi się cień zagrożenia przebijają się w nich lwy!
Bez wahania, bez analizy, bez strachu. Liczy się tylko jedno ochrona!
Tak działa miłość rodzicielska.
Cicha, kiedy wszystko jest dobrze i nie do pokonania, gdy chodzi o dzieci.










