Rodzicielska miłość — czyli o dzieciach, które są kwiatami życia (jak mawiała mama), o ojcu żartując…

twojacena.pl 9 godzin temu

Dzieci to kwiaty życia mawiała z uśmiechem mama. A tata zawsze dorzucał z przekąsem:
Ale potem rosną na grobach rodziców żartował, mrugając porozumiewawczo, zupełnie jakby chciał powiedzieć, iż dzieciaki potrafią czasem nieźle nabroić.
Elżbieta, zmęczona, ale rozpromieniona, zagarnęła dzieci do taksówki. Milenka miała cztery latka, Dawidek półtora. Byli u dziadków i spędzili cudowny weekend: z ciastkami, bajkami i przywilejami, których w domu nie znali wszystkiego więcej, słodziej, milszego.
Ela też była szczęśliwa, iż mogła znów odwiedzić swój dom rodzinny. Rodzice, siostry, kuzyni wszyscy przyjęli ją z otwartymi ramionami, bez pytań i ocen. Obiad mamy, taki, którego nie da się odmówić. Choinka, błyszcząca w świetle lampek, z dziwacznymi, starymi bombkami, które są ważniejsze niż wszystkie modne ozdoby razem wzięte. Długie, serdeczne toasty taty, te prawdziwe z serca. Prezenty od mamy zawsze potrzebne, zawsze z troską, zawsze z miłością.
Przez chwilę Ela poczuła się jak dziecko. Najchętniej powiedziałaby:
Mamusiu, tatusiu, dziękuję, iż jesteście.
W tym roku ona i Radosław postanowili przygotować dla jej rodziców wyjątkowy prezent. Nie z obowiązku, ale z wdzięczności. Za szczęśliwe dzieciństwo. Za miłość i wsparcie to dzięki nim życie Eli i jej sióstr było tak pełne. Za to, jak przyjęli Radka i oddali mu najcenniejsze, co mieli swoją córkę. Za ciągłą obecność w ich życiu, za udział w każdej ważnej chwili.
Zawsze marzyłem, żeby podarować tacie samochód powiedział Radosław kiedyś szeptem. Mój tata nie doczekał tego dnia.
Zamilkł na moment, po czym z przekonaniem dodał:
Ale twojemu tacie damy radę!
Ela uśmiechnęła się do męża spojrzeniem pełnym miłości, szacunku i wdzięczności.
Jak zaplanowali, Ela przyjechała z dziećmi do rodziców. W rękach niosła przezroczyste pudełka z sałatkami, mięsem i domowymi słodyczami: wszystko własnej roboty, z sercem.
Dawidek wręczył babci wielki bukiet róż ledwo mógł go utrzymać. Ela uściskała tatę, ucałowała i wdychała znajomy, domowy zapach.
A gdzie Radosław? Dlaczego bez niego? zapytali rodzice, trochę zaniepokojeni.
W tym momencie zabrzęczał telefon Eli.
To Radek uśmiechnęła się. Trochę się spóźni. Powiedział, żeby zaczynać bez niego.
Dzieci popędziły już do salonu. Pod wysoką, przystrojoną choinką, leżały pudełka i paczuszki z etykietkami, kto od Mikołaja co dostał.
Milenka, oczywiście, otrzymała najwięcej. W jednym pudle czekała magiczna kareta Kopciuszka, w drugim para białych koni z długimi złotymi grzywami choćby kryształowe pantofelki dla księżniczki! Dalej lekkie jak piórko sukienki z rozkloszowaną spódnicą i długie, ozdobione błyskotkami rękawiczki. Biżuteria, magiczne lusterko, kosmetyki dla dzieci, zestawy plastyczne, książki…
Dawid dostał wielkie pudełko z parkingiem wielopoziomowym małe, błyszczące autka jeździły windą na górę i śmigały po spiralnych zjazdach. W kolejnych paczkach: ogromny dinozaur ze świecącymi oczami, łuk ze strzałami, suchy basen i worek kolorowych piłeczek, kosmiczny blaster tęczowy jak zorza. I stos kolorowanek, kredek, magicznych flamastrów.
O Eli też nie zapomniano.
W małej szkatułce z kokardką błyszczały złote kolczyki z kamyczkami igrały ogniami lampek choinkowych.
Na stole stało jej ulubione ciasto Mrowisko: z orzechami, rodzynkami, kandyzowaną skórką pomarańczową i wiórkami czekolady, dokładnie takie jak w dzieciństwie.
Pod choinką leżały też prezenty dla Radka. Surowo zabroniono je otwierać przed powrotem ulubionego zięcia.
Ela z dziećmi obdarowali rodzinę swoimi prezentami: mamie wręczyła pudełeczko francuskich perfum, tacie srebrną bransoletę o nietypowym splocie. Milenka z powagą przekazała portret babci z dziadkiem trochę zabawny, trochę jak z policyjnego rysopisu, ale malowany z takim uczuciem, iż wszyscy mieli łzy w oczach i śmiali się do łez.
Ale najważniejszy prezent dopiero czekał!
Mijało pół godziny i po pierwszych toastach, gdy rozpakowywano podarki, Ela włożyła kolczyki mieniły się cudownie, podkreślając szczęście w jej oczach.
Milenka spojrzała uważnie i powiedziała nagle:
Mama, ty założyłaś te kolczyki, żebym powiedziała, jaka jesteś piękna?
Tak, dokładnie po to odpowiedziała Ela z uśmiechem.
Jesteś śliczna! oświadczyła Milenka śmiertelnie poważnie. Ja też! I tata! I choćby Dawidek! wszyscy znowu wybuchnęli śmiechem.
Gdzie nasz kochany zięć? Już powinien być! zawołał ktoś z rodziny.
I wtedy stało się coś wyjątkowego. Za oknem zabłysła lampka, rozległ się dźwięk klaksonu i na podjazd, mieniąc się śnieżnobiałą karoserią, wjechał nowiutki samochód z balonami uwiązanymi do lusterek i maski.
Wszyscy wybiegli na dwór rozbawieni, trochę zziębnięci, szczęśliwi.
Przed domem stała ona najnowszy model auta, wszystko błyszczało od chromu, a balony falowały na mroźnym wietrze.
Radosław wysiadł spokojnie, bez zbędnych słów. Podszedł do teścia, wyciągnął kluczyki.
To dla pana… z całego serca.
Objął go po męsku, mocno i solidnie, nie udając patosu. Ojciec Eli cofnął się pół kroku, uśmiechając niepewnie.
Dzieci, co wy… przecież to niemożliwe… plątał się w słowach, jakby bał się uwierzyć.
Już go sadzali za kierownicą, delikatnie, z czułością. Przesunął dłonią po kierownicy, spojrzał na podświetlony panel nowy, futurystyczny. Nowa tapicerka pachniała skórą i świeżym początkiem.
Ocierał łzy te, które niełatwo mu wycisnąć.
No, dzieciaki… tylko tyle potrafił powiedzieć. Potem wstał i obejmował po kolei: Elę, Radosława, wnuki, żonę.
Święta były cudowne.
Te dwa dni napełniły ich serca euforią dzieci i dorosłych. Ale wszystko się kończy trzeba wracać na swoje.
Rano Radek pojechał do pracy, a teść odwiózł go nowiutkim autem dumny, odmłodzony, jakby zrzucił parę lat i trosk. Ela patrzyła z okna i uśmiechała się: prezent żył własnym życiem, dokładnie tak, jak sobie wymarzyli.
Po południu Ela z dziećmi zamówiły taksówkę. Walizki były lżejsze niż w dniu przyjazdu, serca cięższe od miłości. Milenka jeszcze raz mocno przytuliła babcię, Dawidek pomachał dziadkowi, ściskając do ręki samochodzik na drogę.
Wsiadły do taksówki. Droga mijała spokojnie, dzieci gwałtownie zmęczyły się i, przytulone do siebie, zasnęły na tylnym siedzeniu szczęśliwe, spokojne, najedzone.
Ela poprosiła, żeby kierowca zatrzymał się przy małym sklepiku przy drodze.
Na chwilkę, muszę wziąć pampersy i wodę rzuciła przez ramię.
Po pięciu minutach wróciła do auta… i nagle serce ścisnęło jej lodowate przerażenie.
Dzieci nie było!
Kierowca rozbawiony rozmawiał z obcą dziewczyną na przednim siedzeniu.
Przepraszam bardzo… zaczęła Ela sztywno.
Dziewczyna gwałtownie się odwróciła:
Kim ty jesteś?! Co tu robisz?!
Kierowca wzruszył ramionami:
Nie znam pani! spojrzał pytająco na Elę. Kim pani jest?
Co wy wyprawiacie?! Gdzie są moje dzieci?!
Ty draniu! krzyczała tamta, okładając kierowcę torebką. Masz dzieci i jeszcze się umawiasz?!
Ty wpuszczasz byle kogo do auta?! wybuchła Ela. Gdzie są moje dzieci?!
Przez kilka minut w środku rozegrał się totalny chaos: krzyki, domysły, zasłużone pretensje i ogólne oskarżenia.
I nagle drzwi się otworzyły… Podszedł jakiś mężczyzna i spokojnie powiedział:
Proszę pani, to nie jest pani samochód. Pani auto stoi kawałek dalej.
Świat zamarł. Ela bez słowa, z ogniem w oczach, wybiegła i podbiegła do identycznej jasnej taksówki, która stała kilka metrów dalej.
Otworzyła drzwi.
Na tylnym siedzeniu spały jej dzieci. Dwa aniołki nie drgnęły nawet.
Ela wypuściła powietrze z ulgą, jakby wróciła właśnie znad przepaści. Wsiadła, zatrzasnęła drzwi i powiedziała cicho:
Jedźmy…
Wtedy dopadł ją śmiech prawdziwy, nerwowy, wyzwalający. Kierowca też się zaśmiał, ocierając łzy z kącików oczu, szczęśliwy, iż wszystko skończyło się bez tragedii, a z opowieścią na wieczór.
Ela spojrzała na śpiące dzieci i nagle zrozumiała: rodzice na co dzień łagodni, śmiejący się, czasem znużeni. Ale gdy pojawia się cień zagrożenia, w sekundę budzi się w nich lew!
Bez wahania, bez namysłu, bez strachu. Jest tylko jedno pragnienie chronić!
Taka jest miłość.
Cicha, gdy wszystko gra niezniszczalna, gdy w grę wchodzą dzieci.

Idź do oryginalnego materiału