Aż trudno uwierzyć, ale serial Rick i Morty miał premierę już 13 lat temu. Kiedy sobie to uświadomiłem, do głowy przyszły mi dwie myśli. Po pierwsze, jestem coraz starszy. Po drugie, tak długi czas obecności produkcji na antenie to imponujący wynik. Oczywiście pomiędzy kolejnymi sezonami zdarzały się bardzo długie przerwy, więc nie ma tu mowy o nieprzerwanej emisji. Jednak fakt, iż widzowie byli w stanie tak długo czekać na kolejne przygody najinteligentniejszego alkoholika we wszechświecie, również świadczy o statusie tej produkcji. Czy najnowszy, dziewiąty już sezon spełnił oczekiwania?
Najnowsza odsłona nie różni się strukturą od swoich poprzedników. W każdym odcinku Rick i Morty przeżywają inną przygodę, której konkluzja następuje wraz z końcem epizodu. Co prawda pojawia się więcej wątków poświęconych reszcie rodziny Smithów, ale tę tendencję można zauważyć już od kilku sezonów. Mam za to wrażenie, iż relacja pomiędzy głównymi bohaterami od jakiegoś czasu stoi w miejscu.
Fot. Kadr z serialuAnimacja zawsze potrafiła pomiędzy zwariowanymi przygodami i niewybrednymi żartami przemycić wątki emocjonalne oraz dać widzowi temat do rozmyślań. Patrząc na cały serial, wyraźnie widać, jak Morty zmienił się z wiecznie przerażonego i niepewnego siebie dzieciaka w niemal równorzędnego partnera Ricka. Niejednokrotnie przeżywał też indywidualne przygody. Sam Sanchez coraz bardziej otwierał się emocjonalnie i pod płaszczykiem ironii oraz sarkazmu próbował troszczyć się o rodzinę. W dziewiątym sezonie właśnie tej warstwy emocjonalnej najbardziej mi zabrakło.
Szczególnie zawiódł mnie pierwszy odcinek. Miałem wrażenie, iż tak mocno skupiono się na scenach akcji i efektownych wybuchach, iż zapomniano o napisaniu fabuły. Same walki, których było w tym sezonie całkiem sporo, pod względem animacji i choreografii dawały radę. Wygląda jednak na to, iż skupiono się na efektach kosztem historii.
Gdybym miał ogólnie określić poziom odcinków, powiedziałbym, iż jest sinusoidalny. Było kilka epizodów, które zrobiły na mnie większe wrażenie. Większość była jednak co najwyżej w porządku. Nie były złe, ale nie zostawały ze mną na długo po seansie. Czasami podczas przerw między emisjami miałem choćby problem z przypomnieniem sobie, co wydarzyło się tydzień wcześniej.
Fot. Kadr z serialuNie twierdzę, iż produkcja nie daje już euforii z oglądania. przez cały czas dobrze się ją śledzi, a jak wspomniałem, zdarzają się choćby świetne odcinki. Słowem kluczowym jest jednak „zdarzają się”. Przeszliśmy od dzieła, na którego każdy sezon czekałem z entuzjazmem, do czegoś w rodzaju niedzielnego serialu do śniadania. Humor wciąż przeważnie działa i przez cały czas lubię patrzeć na znane postacie, ale seans nie angażuje mnie już tak jak dawniej.
Mam wrażenie, iż po rozwiązaniu wątków przeszłości Ricka i Złego Morty’ego serial stracił nieco kierunek. Za bardzo skupił się na metanarracji i popkulturowych nawiązaniach. Te elementy zawsze były obecne, ale wcześniej stanowiły dodatek do konsekwentnie rozwijanej w tle głębszej fabuły. Nowy sezon pozostawia wrażenie, jakby nie miał już nic więcej do dodania i był jedynie zlepkiem przypadkowych przygód.
Choć moja recenzja mogła wybrzmieć negatywnie, Rick i Morty to przez cały czas fajna produkcja. Być może utraciła część dawnej, skłaniającej do przemyśleń głębi, ale wciąż potrafi dostarczyć dobrej rozrywki. Niektóre epizody przez cały czas pozytywnie zaskakują, ze szczególnym wskazaniem na ostatni, dziesiąty odcinek.
Nie wiem, czy formuła powoli się wyczerpuje, czy może dziewiąty sezon jest w pewien sposób przejściowy, a twórcy szykują dla nas coś mocnego na później. Mam nadzieję, iż chodzi o tę drugą możliwość. Osobiście bawiłem się nieźle, chociaż zdecydowanie mogło być lepiej.
Fot. główna. Materiały promocyjne










