Pracuję w rejestracji na trzecim piętrze od dziewięciu lat i myślałam, iż mnie już nic nie zaskoczy. Zmiana nocna, telewizor w poczekalni pokazuje powtórkę jakiegoś teleturnieju bez dźwięku, automat z kawą znowu zjada monety – normalny wtorek. A potem przyjechała ta rodzina do pana Zdzisława z sali szóstej i wszystko się zmieniło.
Pan Zdzisław leżał u nas od jedenastu dni. Serce. Lekarze już w niedzielę powiedzieli córce, iż to kwestia czasu, może tygodnia, może mniej. Ta córka, Bożena, miała może czterdzieści pięć lat, przyjeżdżała codziennie po pracy, siadała przy łóżku i głównie milczała. Widziałam ją tyle razy przy moim okienku, iż zapamiętałam jej twarz na zawsze – taką ściągniętą, jakby cały czas coś przełykała.
We wtorek wieczorem, około dwudziestej trzeciej, przyszedł jej brat. Marek, młodszy, mieszka gdzieś pod Piotrkowem, prowadzi warsztat samochodowy. Nie widziałam go wcześniej ani razu przez te jedenaście dni. Podszedł do mnie, zapytał o numer sali takim tonem, jakby robił mi łaskę, iż w ogóle się zjawił. Miał na sobie kurtkę pachnącą smarem, ręce czerwone od zimna – to była połowa listopada, na dworze może cztery stopnie.
Poszedł na salę. Zza szyby nie słyszę wszystkiego, ale drzwi były uchylone, bo w tej sali klimatyzacja chodzi cały czas i pacjenci proszą, żeby nie zamykać. Usłyszałam, jak mówi do ojca coś w stylu: tato, no weź się ogarnij, przecież nie możesz tak. Jakby to była kwestia silnej woli. Bożena wyszła wtedy na korytarz, stanęła pod oknem i patrzyła w ciemność, w te światła na parkingu. Nie płakała. Stała nieruchomo, z rękami skrzyżowanymi na piersi, jakby chciała się czymś przytrzymać.
Zapytałam ją, czy przynieść wody. Powiedziała, iż nie, dziękuje, i iż Marek zawsze tak ma – przyjeżdża, kiedy już prawie za późno, i próbuje naprawić to, czego naprawić się nie da. Powiedziała to bez złości, raczej z takim zmęczeniem, jakby powtarzała zdanie, które mówiła sobie już wcześniej wiele razy.
Później dowiedziałam się od pielęgniarki z tamtego dyżuru więcej – siedziała przy panu Zdzisławie najczęściej i to jej Bożena mówiła najwięcej, chyba dlatego, iż musiała komuś powiedzieć, żeby nie zwariować. Ten warsztat pod Piotrkowem – ojciec dał na niego pieniądze jakieś dwanaście lat temu, sto dwadzieścia tysięcy złotych, cały posag żony, świętej pamięci matki Bożeny i Marka. Miało być na pół, na spółkę, ale papiery Marek zrobił tylko na siebie. Bożena nigdy o to nie walczyła, bo mówiła, iż rodzina to nie sąd. Ojciec też nie naciskał, bo syn, bo chłopak musi mieć na start.
W środę rano stan pana Zdzisława się pogorszył. Lekarz dyżurny wychodził z sali dwa razy, za drugim razem już nie uśmiechał się do nikogo. Marek zniknął gdzieś koło południa – powiedział, iż musi odebrać telefon w sprawie klienta, i już nie wrócił tego dnia. Bożena siedziała przy łóżku sama, trzymała ojca za rękę, a on w pewnym momencie, jakby zebrał ostatnie siły, powiedział coś, co ona później powtórzyła tej samej pielęgniarce przy zmianie kroplówki: iż żałuje, iż dał Markowi wszystko na warsztat, a Bożenie nic, bo myślał, iż ona i tak da radę sama, silna dziewczyna, zawsze taka była.
Pan Zdzisław zmarł w czwartek nad ranem, kwadrans po piątej. Byłam wtedy akurat na zmianie i to ja dzwoniłam do rodziny – najpierw do Bożeny, bo to jej numer był na górze karty, potem, na jej prośbę, do Marka. Marek przyjechał po dwóch godzinach, w tej samej kurtce co poprzednio. Stanął w korytarzu, nie wszedł choćby do sali od razu, tylko zapytał mnie, czy da się jeszcze coś zrobić z formalnościami dzisiaj, bo ma klienta umówionego na jutro rano i chciałby wiedzieć, kiedy będzie mógł wyjechać.
Nie skomentowałam tego. Nie moja sprawa, powtarzam to sobie codziennie za tym okienkiem. Ale coś we mnie się ścisnęło, kiedy Bożena, słysząc to pytanie z korytarza, weszła do środka po prostu i zamknęła za sobą drzwi, tak iż stał sam na zewnątrz przez dobre pięć minut.
Pogrzeb był w poniedziałek, na cmentarzu Doły. Nie byłam, oczywiście, ale wiem, bo Bożena wróciła potem jeszcze raz do szpitala odebrać rzeczy ojca z depozytu – zegarek, portfel, okulary. Podpisywała papiery przy moim okienku i wtedy powiedziała, iż w tym tygodniu idzie do notariusza. Nie po to, żeby coś zabierać Markowi z warsztatu, bo na to i tak nie miała żadnych papierów w ręku. Ale ojciec zostawił jej mieszkanie na Retkini, w którym mieszkał, warte jakieś czterysta tysięcy złotych. Chciała przepisać je na córkę, z zapisem, iż dopóki sama żyje, ma do niego dożywotnie prawo, ale iż nigdy, pod żadnym pozorem, nie wpisze tam nazwiska brata ani jego dzieci.
Powiedziała to spokojnym głosem, jak informację o pogodzie. Zapytałam, czy nie chce z nim porozmawiać, wyjaśnić. Odpowiedziała, iż rozmawiali już wystarczająco długo, jedenaście dni, i iż on wybrał, na co odebrać telefon.
Wiem, iż dwa tygodnie później Marek dzwonił do szpitala, pytał, czy zostały jeszcze jakieś dokumenty ojca, bo szukał czegoś związanego ze starą umową na warsztat, jakby chciał to jeszcze raz sprawdzić, przeliczyć. Powiedziałam mu, iż wszystko odebrała pani Bożena, zgodnie z procedurą, i iż dalsze pytania powinien kierować do niej. Zapadła cisza po drugiej stronie, dłuższa niż to bywa przy zwykłym niedosłyszeniu. Potem podziękował i się rozłączył.
Nie wiem, czy w końcu porozmawiali jak trzeba. Ale za każdym razem, kiedy zmieniam pościel na sali szóstej, widzę tę kobietę pod oknem, ręce skrzyżowane na piersi, i to długie milczenie w słuchawce po stronie Marka, kiedy zrozumiał, iż nie ma już do kogo zadzwonić w tej sprawie.











