Randka na wolności, czyli jak próba otwarcia małżeństwa zakończyła się rozwodem, samotnością i nowym…

polregion.pl 5 godzin temu

Słuchaj, Basia… Może spróbujemy otwartego związku? ostrożnie rzucił Wojtek.
Co proszę? Basia nie od razu załapała. Ty to poważnie mówisz?
A co w tym dziwnego? To już normalne, Wojtek wzruszył ramionami, próbując wyglądać na oazę spokoju. Wiesz, w Europie tak robią, tam to codzienność. choćby mówią, iż to podkręca małżeństwo. Sama mówiłaś na diecie, iż raz na jakiś czas kawałek serniczka nie zaszkodzi, choćby pomaga nie rzucić się później na słodycze. Tak samo tu różnorodność musi być.

Basia zamrugała, przetrawiając słowa. Porównywanie kochanki do czekoladki tego jeszcze nie słyszała. Czysty majstersztyk absurdu. Albo tupetu.

Wojtuś zaczęła bardzo spokojnie. Jak chcesz odejść, to po prostu odejdź po ludzku. Dam ci wolność, ale mnie nie mieszaj w te swoje wybryki.
Basieńko, no od razu jadowicie! Przecież cię kocham. Tylko… nie ma tych iskier. Potrzeba nam ognia, bo tylko śpimy plecami do siebie, a gadamy wyłącznie o zakupach i rachunkach za prąd. Nuuuda, coś się w tym naszym sosie musi zadziać. Nie zabraniałbym ci, o nie też możesz trochę poświntuszyć, poznać kogoś nowego. Co, źle?

Basia zmrużyła oczy. O, dobrze go znała te pływające oczka, stukot palcami po stole… Jasne, facetowi marzy się wolność. Najlepiej już wczoraj.

Wojtek, powiedz mi szczerze. Już kogoś masz? I teraz próbujesz mi wciskać, żebym się nie czepiała?
Oj zaczyna się! machnął ręką Wojtek. Taki ze mnie idiota, żebym cię pytał, mając kogoś na boku? W ogóle żałuję, iż zaczynałem. Ty jesteś jak z innego wieku, Basieńko. Zresztą, zapomnij…

Mąż z miną mocno skrzywdzonego świętego powlókł się do drugiego pokoju. A Basia została ze swoim kociołkiem myśli.

Dwadzieścia pięć lat. Najlepsze lata życia oddała temu człowiekowi, znosiła jego wzloty, upadki, chude lata, wieczne nadgodziny, które teraz wyglądały zupełnie inaczej… Teraz siedzi przed nią pucołowaty, herszt kanapy i proponuje wspólne przestępstwo przeciwko rodzinie. No pewnie. „Rozrywka” jakie to wygodne słowo.

Spali osobno tej nocy. Znaczy, spali… Basia, jak to Basia, miała oczy szeroko otwarte. Patrzyła w sufit, potem w okno, próbowała znaleźć choć cień odpowiedzi na pytanie jak do tego doszło? Przecież kiedyś Wojtek nosił jej bzy całymi naręczami, stawał na rzęsach, by zrobić wesele z przytupem, popłakał się na porodówce, gdy przyszła na świat ich córka. A teraz… Może naprawdę lepiej, żeby po prostu sobie poszedł.

Kiedy to się wszystko rozlazło? Może jak przestała robić makijaż w domu, bo i po co dla niego ładnie wyglądać? A może jak po raz pierwszy zapomniał o rocznicy ślubu, bo szef zrobił awanturę? Teraz to bez znaczenia.

Z jednej strony kusząco: złożyć papiery rozwodowe, nie oglądać się za siebie. Z drugiej można tak wywalić na śmietnik połowę życia?

Nie było tam może namiętności, ale była rutyna, wspólne mieszkanie i wygoda. Wydawało się, iż Wojtek to taka ostojna skała. Córcia dawno wyfrunęła z gniazda, starość zagląda zza rogu, no i wiele razy siebie nawzajem wyciągali z różnych dołków. On kiedyś choćby wziął na siebie spory kredyt, żeby pomóc jej mamie… Który facet szedłby na takie ustępstwa?

W środku Basa kipiała. Żal, lęk, wściekłość. „Może on myśli, iż nikt inny na mnie nie spojrzy?” nagle przyszło jej do głowy. „Że jestem starą pierzyną, której zostaje robienie rosołu i dzierganie skarpetek wnukom? A on, po zabawie, łaskawie wpadnie na kolację?”

No nie.

Otóż proszę bardzo, oznajmiła w kuchni o poranku. Jak chcesz, tak będzie.
Że co?
Zgadzam się na twoje otwarte związki.

Wojtek mało się nie zakrztusił herbatą. Spodziewał się furii, a Basia machnęła ręką i powiedziała: „spoko”.

Noo… Fantastycznie. Może ci się choćby spodoba, rzucił. A w ogóle, dziś wracam późno.

Serce Basi znów się ścisnęło. Tak nagle?

…Wieczór dusił szarością. Basia czuła się jak znoszony płaszcz z przeceny: porzucona, smutna. Jakby dostała etykietkę: „Nie dla współczesnych”.

Spojrzała w lustro. Zmęczone oczy, zmarszczki tu i ówdzie, skóra już nie ta, ale figura jeszcze w porządku. Włosy gęste. Może wcale nie jest taka brzydka? Może to z Wojtkiem coś nie halo?
Innym się podobała. Na przykład Andrzej, kierownik z sąsiedniego działu, którego przenieśli do ich firmy miesiąc temu.

Przystojniak, lekka siwizna przy skroniach, głos z chrypką, spojrzenie łobuzerskie. Od wejścia obsypywał ją komplementami, trzymał drzwi, nosił kawę. Kilka razy zapraszał na lunch, a tydzień temu na kolację do restauracji.

Panie Andrzeju, jestem na diecie… Małżeńskiej, odparła wtedy żartobliwie Basia.
Basieńko, ślub to tylko strona w dowodzie, nie wyrok uśmiechnął się Andrzej. Ale nie będę nalegał.

Wojtek chciał „rozrywki”? Chciał, by się „odświeżyła”? Pff, czemu nie.

Dobry wieczór, Andrzeju. Oferta na kolację przez cały czas aktualna? Mam nagle ochotę na drobne odstępstwo od diety, napisała mu na WhatsAppie.

To nie była choćby zemsta. Basia chciała poczuć się znowu kobietą, odzyskać resztki własnej tożsamości, które mąż deptał już drugi dzień.

…Reszta wieczoru jak w komedii romantycznej. Andrzej przesuwał krzesło, napełniał kieliszek, słuchał z uwagą, patrzył tak, jakby tylko ona liczyła się w lokalu.

W Basi coś się obudziło. Trochę było jej głupio, ale jednocześnie znów przypomniała sobie, jak to jest być interesującą kobietą. W końcu pojawiło się coś poza pierogami i brudnymi skarpetkami Wojtka.

U mnie na lampkę? zaproponował Andrzej, gdy skończyła deser. Kupimy wino po drodze, obejrzymy coś fajnego… i przedłużymy wieczór.

Kiwnęła głową. W środku brzęczało: „Ostrożnie!”, ale gwałtownie przypomniała sobie minę męża, kiedy mówił „odetchnij”.

Ledwo weszli do Andrzeja, nagle telefon Basi oszalał. Mąż. Raz, drugi odrzuciła połączenie. Nic nie pomogło.

Halo, odebrała, starając się nie wybuchnąć śmiechem.
Gdzie ty jesteś?! ryknął Wojtek. Dziesiąta wieczorem, lodówka pusta, jeść nie ma czego, ciebie nie ma! Zwariowałaś?

Basia oniemiała. Andrzej, słysząc awanturę, znikł z pokoju. Cały romans wyparował gdzieś w eterze.

Właśnie… jestem na randce, Wojtku.
Słucham?! Na jakiej do jasnej cholery randce?!
Tłumaczyć jak dziecku? Przecież sam wczoraj proponowałeś. Otwarty związek, poznawaj innych. No, więc poznaję. Źle?

Cisza pełna furii z drugiej strony słuchawki, aż w końcu się rozlało:

Ty… Ty naprawdę poszłaś do kogoś? Żartowałem! Chciałem cię sprawdzić! Sprawdzić, rozumiesz? A ty tylko czekałaś na okazję. Foch dla pozoru, a potem zwiałaś?!

Basi trochę zabrakło słów.

A ty do kogo dzisiaj się wybierałeś?
Do nikogo! W pracy byłem, o! odburknął Wojtek. Albo ty się pakuj, albo ja się wynoszę. Rozwód, dziękuję bardzo.

Rozłączył się. Basia gapiła się w ścianę, jakby miała nadzieję, iż powie jej coś mądrego. Została z poczuciem totalnego upokorzenia.

Wszystko w porządku? zapytał cicho Andrzej.
A, drobiazgi… próbowała się sztucznie uśmiechnąć.
Basia… Andrzej spojrzał na zegarek. Klimat się trochę popsuł. Może lepiej pojedziesz, poukładasz sobie to wszystko.

I tak skończyła się bajka. Karoca wróciła do postaci dyni, a rycerski kawaler stał się człowiekiem, który raczej nie chciał babrać się w czyjeś dramaty. Trudno mu się dziwić liczył na lekki wieczór, dostał odcinek „Trudnych spraw”.

Może należało od razu złożyć papiery o rozwód jak zwykle, dobre pomysły przychodzą po fakcie.

Nie wróciła tamtej nocy do domu. Pojechała do hotelu. Nie chciała bić się z Wojtkiem po nocach, potrzebowała oddechu, żeby zrozumieć jedno: tak, jak było, już nie będzie.

Minęły trzy lata…
Życie, niczym rzeźbiarz, usunęło wszystko, co niepotrzebne chociaż bolało.

Wojtek podejrzanie gwałtownie znalazł nową sympatię. Jeszcze przed oficjalnym rozwodem. Zbiegła z nim jednak wtedy, kiedy podzielili się pieniędzmi po sprzedaży mieszkania w Warszawie. W sumie choćby zabrała jego część.

Z Andrzejem nie wyszło nic. Spotykali się jeszcze w biurze, ale bez kawy i uśmiechów, raczej „dzień dobry, do widzenia”. Basia zrozumiała prostą rzecz: faceci, którzy chętnie wchodzą w rolę kochanków, znikają jak poranna mgła, ilekroć padnie hasło „partner życiowy” albo choćby „podpora w problemach”.

Ale Basia choćby nie miała potrzeby szukania kogoś nowego. Okazało się, iż w nowym mieszkaniu ma mnóstwo czasu i energii. Kiedyś wszystko pożerała codzienność i humorzasty Wojtek. Teraz mogła zadbać o siebie. Wreszcie dla siebie.

Poranne baseny uwolniły ją od bólu pleców, kurs angielskiego rozruszał głowę. Obcięła się krótko, wymieniła całą garderobę.

A najlepsze została babcią.

Córka, Mariola, urodziła pół roku temu. Początkowo, w samym środku rozwodowej burzy trzymała stronę taty. Wojtek potrafił zrobić z siebie ofiarę jak z reklamy: „Mama cię zdradziła, zniszczyła rodzinę, ja jestem biedny”.

Ale czas przywrócił sprawiedliwość. Mariola przyjechała do niej, pogadać, pooceniać, popatrzeć prosto w oczy. I zobaczyła nie wyrachowaną ladacznicę, jak mówił ojciec, tylko zmęczoną, szczerą kobietę.

Basia opowiedziała wszystko jak było. Że to Wojtek pierwszy wszystko sugerował. Że od lat spóźniał się z pracy. Że ona z nim czuła się samotna już dawno. Mariola, już mężatka, zrozumiała matkę. Zwłaszcza gdy eks-tata paradował z nową narzeczoną, wtedy już była po stronie Basi na amen.

I teraz Basia siedziała na kuchni u Marioli, huśtała sześcio-miesięczną Sonię na kolanach, a mała chwytała ją entuzjastycznie za palec.

Tata dzwonił, skrzywiła się córka. Chciał przyjechać na Sonię popatrzeć.
I? dopytała spokojnie Basia.
Powiedziałam, iż nas nie będzie w mieście, westchnęła Mariola. Nie chcę go tu widzieć, mamo. Gada na ciebie okropnie, raz plotkuje, raz chce, żebyście się zeszli. Zawsze mam po nim nerwicę. Najbardziej nie chcę, żeby próbował Sonię nastawiać przeciwko tobie. Niech sobie siedzi ze swoją wolnością…

Basia nic nie powiedziała. Tylko mocniej przytuliła wnuczkę.

Wojtek dostał, o co mu chodziło: pełną wolność. Nikt już nie krzyczy z kuchni, nikt nie przeszkadza obejrzeć meczu, tylko iż ta wolność miała smak przejrzałej cebuli gorzką i samotną. Ale już na wszystko było za późno.

Idź do oryginalnego materiału