W Zakładzie Karnym w Krzywańcu budzik wyje o szóstej, ale ja od trzech tygodni wstaję o piątej czterdzieści. Nie dlatego, iż nie śpię. Po prostu zdążyłam się nauczyć, iż kto pierwszy przy kranie, ten ma ciepłą wodę. A ja — siedemdziesięciodwuletnia Irena Malczewska, skazana na dwa lata za oszustwa księgowe, o których do dziś twierdzę, iż były robotą mojego zięcia — ciepłą wodę cenię bardziej niż większość rzeczy na świecie. Woda tutaj pachnie chlorem i rdzą, ale kiedy parzy palce, przez chwilę można udawać, iż jest się w domu. W moim domu pachniało ciastem z jabłkami, którego nigdy nie zdążyłam upiec na ostatnie święta. Zdążyłam za to podpisać dokumenty, których nie powinnam była podpisywać. Jedenaście lat. Tyle dostał zięć. Dwa lata. Tyle dostałam ja.
Placyk gospodarczy za pawilonem B to moje poranne terytorium. Duża plastikowa balia, szara kostka mydlana, wyżymaczka, która zgrzyta jak stara winda w kamienicy na Zabłociu. Pierzemy odzież więzienną, ręczniki, czasem pościel z izby chorych. Brudna robota, ale rytmiczna. Ręce w wodzie, mydło, tarcie, płukanie, wyżymanie. Ręce same wiedzą, co robić, a myśli mogą sobie odpocząć. Właśnie dlatego lubię ten dyżur. I dlatego właśnie tamta kobieta wybrała mnie.
Nazywają ją Szakal. Naprawdę nazywa się Weronika Sokal i siedzi za zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem. Ma trzydzieści cztery lata, ręce jak u mężczyzny i taki spokój w oczach, po którym inne kobiety schodzą jej z drogi, zanim jeszcze otworzy usta. Trzyma w garści cały pawilon. choćby oddziałowe mówią do niej per „pani Weroniko". Raz widziałam, jak siedemdziesięciopięcioletniej kobiecie, która zajmowała lepszą pryczę, wsadziła szczoteczkę do zębów do muszli klozetowej i kazała jej nią myć zęby. Nikt nie pisnął. Ja też nie pisnęłam. Co miałam zrobić? Mam siedemdziesiąt dwa lata, serce po zawale i obiecaną przepustkę zdrowotną za dobre sprawowanie. Tu nie ma bohaterstwa. Tu jest przetrwanie do następnego widzenia z córką, która — jak się okazało — od lat mieszkała razem z moim zięciem w moim mieszkaniu i nie raczyła ani razu zadać sobie pytania, czy jej matka podpisałaby te papiery dobrowolnie.
Tego ranka, kiedy podeszła do balii, myślałam, iż chce mi zabrać mydło. To się zdarza. Szakal podchodzi, bierze, co chce, i odchodzi. Ale ona rzuciła obok balii stertę swojej odzieży. Przydeptanej, cuchnącej potem i tanim tytoniem z przemytu. — Wypierz mi to — powiedziała, patrząc gdzieś nade mną, na druty kolczaste. — Moja ręka nie od tego.
Pomyślałam wtedy o swojej pralce w Łodzi. O tym, iż po śmierci męża, osiem lat temu, stała nieruszana przez trzy miesiące, bo nikt nie umiał jej włączyć. I o tym, iż teraz i tak wolę te ręce w ciepłej wodzie niż puste popołudnia przed telewizorem, które miałam wtedy.
Popatrzyłam na stertę, potem na swoją balię. Zostało mi czterdzieści minut do apelu. — Nie zdążę — powiedziałam. — Mam jeszcze pościel z izolatki. Twoja odzież musi poczekać. Albo zrobisz to sama. Woda jest ciepła.
Zapadła cisza tak gęsta, iż usłyszałam własne tętno w uszach. Gdzieś z tyłu któraś z kobiet wypuściła powietrze przez zaciśnięte zęby. Szakal stała nade mną, przechylając głowę. Przez ułamek sekundy trwała tak bez ruchu, jakby ważyła coś w sobie. A potem złapała mnie za włosy.
Boli inaczej, niż myślałam. Nie tyle samo szarpnięcie, ile ten dźwięk — mokre plaśnięcie, kiedy twarz uderza w wodę z mydlinami. Woda wchodzi do nosa, do ust, gryzie oczy. Tonę w śmiechu losu, bo myślę: naprawdę, Irena? Po tym wszystkim, po sądzie, po komorniku, po sprzedaży mieszkania za grosze, umrzesz w balii z brudną pościelą? Trzyma mnie mocno. Jej palce są zimne, mimo iż woda gorąca. Jak u kogoś, komu już dawno zrobiło się wszystko jedno.
Nie wiem, ile to trwało. Trzy sekundy? Pięć? Potem podniosła mnie za włosy, obróciła i przysunęła twarz blisko mojej. Woda ściekała mi po brodzie, po szyi, po szarej bluzie. Z nosa ciekło. — Poprawię ci terminy, babciu — powiedziała cicho, ale tak, żeby wszystkie usłyszały. — Nauczysz się jeszcze, kto tu ustala grafik.
I wtedy to się stało. Nie wiem, skąd to przyszło. Może z miejsca, które trzymałam w sobie zamknięte od tamtego poranka, kiedy zięć przyjechał po klucze do mieszkania i powiedział: „Mama przecież i tak nie wyjdzie z tego żywa, a dzieci muszą gdzieś mieszkać". Nie krzyknęłam. Nie rzuciłam się na nią. Po prostu usiadłam z powrotem przy balii, zanurzyłam ręce w wodzie i powiedziałam: — To zróbmy tak. Ja ci wypiorę. Ale za jeden dzień odsiadki dostaniesz moją rację chleba. Całą. Przez trzydzieści dni. Umowa przy świadkach.
Plac zamarł. Dosłownie. Ta, co paliła przy trzepaku, zgasiła papierosa o ścianę. Weronika Sokal — Szakal — stała nade mną z mokrymi od moich włosów palcami i nic nie rozumiała. Zaskoczenie na jej twarzy było pierwszą ludzką rzeczą, jaką u niej widziałam. — Co? — zapytała. — Chleb za pranie? Myślisz, iż mnie na chleb stać?
— Nie — odpowiedziałam. — Myślę, iż stać cię na wszystko, ale nie zrozumiałaś, co znaczy zapłacić. To nie jest propozycja. To jest cennik. Chcesz mieć czysto? Płacisz. W tym miejscu jedyną walutą, której nikt ci nie ukradnie, jest jedzenie. Ja pranie, ty chleb. Ale mam drugi warunek.
— Jaki? — warknęła. — Że weźmiesz cały mój przydział? — Nie. Że przez cały ten miesiąc nie tkniesz żadnej kobiety w pawilonie. Ani słowem, ani ręką. Dopóki twoja odzież jest u mnie w balii, masz związane łapy. Ile razy kogoś skrzywdzisz, tyle razy twoje rzeczy lądują z powrotem w brudzie. Albo gorzej.
Roześmiała się. Krótko, sucho, jakby uderzyła pięścią w blat. — A myślisz, iż co mi zrobisz, stara? — powiedziała. — Wypiorę ci je i oddam — odparłam. — A potem powiem wszystkim, iż cię oszukałam. Że woda była zimna, a mydło — pół na pół z pastą do podłóg. I każda to powtórzy. Może nie tobie w twarz, ale za twoimi plecami na pewno. Zobaczysz, jak gwałtownie Szakal przestaje być straszny, kiedy wszyscy wiedzą, iż stara księgowa wytarła nim podłogę w pralni.
Stała i mrugała, a ja, z rękami w mydlinach, z mokrą twarzą, patrzyłam, jak strach powoli schodzi z całego podwórka. Nie ze mnie — z tamtych kobiet, tych przy trzepaku, tych przy oknie, tych z drugiej strony balii, które od miesięcy udawały, iż nie widzą. Przez ułamek sekundy pomyślałam, iż ta dziewczyna z rękami jak u mężczyzny musiała kiedyś sama stać po tej gorszej stronie wody — ale to nie była myśl, którą chciałam teraz rozwijać. Miałam czterdzieści minut do apelu, mokrą bluzę i pościel z izolatki, która sama się nie wypierze.
Szakal patrzyła na mnie jeszcze chwilę, jakby liczyła w głowie, czy warto. Potem schyliła się, kopnęła swoją stertę ubrań bliżej balii — tak, żeby leżała porządnie, nie byle jak — i odeszła bez słowa, nie oglądając się.
Odczekałam, aż jej plecy znikną za rogiem pawilonu, i dopiero wtedy zanurzyłam ręce z powrotem w wodzie. Wzięłam pierwszą z jej koszul, roztarłam mydło w dłoniach i zaczęłam prać. Woda była wciąż ciepła. Zostało mi trzydzieści pięć minut do apelu i cała sterta brudnych rzeczy do zrobienia, a ręce, choć trzęsły się jeszcze lekko, same wiedziały, co robić.













