Rama jest jak druga skóra obrazu. Rozmowa z Justyną Pyrzyńską z poznańskiej Pracowni Oprawy

kulturaupodstaw.pl 1 godzina temu
Zdjęcie: fot. Tobiasz Jankowiak


Rozmawiamy o tym, jak z zainteresowania stolarką wyrosła firma, do której zgłaszają się klienci z całej Polski oraz świata – i o tym, ile fizycznego wysiłku oraz cierpliwości kosztuje praca, której efektem końcowym jest stworzenie odpowiedniego tła dla prezentacji sztuki.

Mateusz Kiszka: Skąd w ogóle wzięła się Pracownia Oprawy?

Justyna Pyrzyńska: Powód był zaskakująco prozaiczny – mój mąż Krzysztof nauczył się robić ramy, które wspólnie zaczęliśmy zdobić. Zakochaliśmy się w tym, jak odpowiednia oprawa potrafi wpłynąć na odbiór pracy. Dla przykładu, pomyślmy o zwykłej pocztówce – niby nic szczególnego. Ale dobrze oprawiona, zamienia się nagle w dzieło sztuki. Zobaczyliśmy w tym ogromny potencjał.

Pierwsze ramy Krzysztof piłował piłą kątową w wynajętym mieszkaniu – i szczerze mówiąc, kilka z tego wychodziło. Uczyliśmy się na własnych błędach, bo szkół ramiarskich w Polsce po prostu nie ma. Istnieje wprawdzie zawód pozłotnika, ale jest tylko końcowy etap przygotowania ramy. Żeby zrobić dobrą oprawę od podstaw, trzeba być po trosze stolarzem, po trosze konserwatorem, artystą i fotografem.

fot. Pracownia Oprawy

To rodzinne przedsięwzięcie – prowadzę je z mężem Krzysztofem, który odpowiada za stolarnię i digitalizację. Ja skończyłam liceum plastyczne, Uniwersytet Artystyczny im. M. Abakanowicz – wtedy była to Akademia Sztuk Pięknych w Poznaniu – i filozofię na UAM. Ze światem sztuki byłam związana od zawsze, choć gdy kończyłam liceum, w Polsce trudno było o jakąkolwiek pracę, w szczególności w zawodach artystycznych – to był czas tuż po transformacyjnym boomie, rozpoczynał się właśnie kryzys ekonomiczny.

Więc łapaliśmy się wszystkiego: malowaliśmy murale na elewacjach, robiliśmy rekwizyty do sesji zdjęciowych dla magazynów wnętrzarskich – patery i wazony z papieru, guzików czy gipsu, ponieważ wnętrza pokazywane wtedy w prasie wcale nie były urządzone prawdziwymi przedmiotami. Ponadto, zaczęliśmy stawiać pierwsze kroki w branży ramiarskiej.

MK: Jak wyglądały początki pracowni?

JP: Pierwsze pomieszczenie użyczył nam znajomy. Był to dawny warsztat ślusarski na Staszica po jego dziadku, gdzie kiedyś produkowano wiertła i śrubki. Kiedy zabrakło tam miejsca na wiertarkę i piłę, przenieśliśmy się do małej pracowni na Wawrzyniaka. Następnie na Strzałkowskiego, a na koniec na ulicę Poznańską, gdzie z przodu mieliśmy mały kiosk, a z tyłu pracownię – dokładnie tam, gdzie dziś mieści się nasz dział kartonów.

Robiliśmy wtedy dosłownie wszystko naraz: ramy, ich zdobienia, oprawy. Zaczynaliśmy od klasycznych, dekoracyjnych ram i historycznego pozłotnictwa – dwudziestocztero karatowe złoto, ornamenty, konserwacja i renowacja starych obiektów.

Szybko okazało się jednak, iż to zajęcie zupełnie nieopłacalne. W Polsce nie ma zbyt wielu kolekcjonerów z dworkami, którzy zlecaliby takie renowacje, a koszt tej pracy jest ogromny – jedna rama potrafi zająć miesiąc, po osiem godzin dziennie. Nie wiem jak dzisiaj, ale wtedy dysproporcja poświęconego czasu do zarobków była po prostu zbyt duża.

MK: To wtedy nastąpił zwrot w stronę sztuki współczesnej?

JP: Rynek sztuki w Polsce dopiero się wówczas rodził. Nasza historia jest mocno związana z poznańskimi Jeżycami – trochę przez przypadek, po prostu tu mieściła się nasza pierwsza pracownia. Z czasem w mieście zaczęły powstawać nowe galerie prezentujące sztukę współczesną – Pies, Stereo, Starter prowadzona przez Marikę Zamoyską. Część tych osób znałam jeszcze z liceum, a przez kolejne znajomości poznaliśmy też środowisko skupione wokół grupy Penerstwo. Kiedy ci ludzie zaczęli wchodzić na rynek sztuki, my odpowiadaliśmy na ich potrzeby – stąd wzięły się minimalistyczne formy oprawy i wszystko, co dziś kojarzy się z prezentacją sztuki współczesnej.

fot. Pracownia Oprawy

Zamknęliśmy dział pozłotnictwa i zaczęliśmy specjalizować się w nowych rozwiązaniach. Niedługo potem doszedł też druk fotografii. Spora część poznańskich galerii przeprowadziła się do Warszawy, co pozytywnie wpłynęło na naszą pozycję na rynku – uruchomiła się lawina marketingu szeptanego. Okazało się, iż łatwiej jest drukować i oprawiać na miejscu, niż zlecać druk firmom zewnętrznych i wozić materiały tam i z powrotem.

Szkoły dla ramiarzy, doradców czy kuratorów wystaw w Polsce nie ma, więc cały czas uczymy się sami – na szkoleniach z druku czy zarządzania kolorem. Z czasem musieliśmy nauczyć się też kolejnego istotnego komponentu: zarządzania projektami i ludźmi. Jako producenci wystaw musimy przecież ogarnąć kuratorów, artystów i całe zespoły instytucji. Na początku byliśmy w tym bardzo nieśmiali – zakładaliśmy, iż skoro jest kurator i jest artysta, to wszystko samo się poukłada. Bardzo gwałtownie okazało się, iż wcale nie.

MK: Zyskaliście przy tym sporą renomę, a jednocześnie prawie w ogóle nie inwestujecie w marketing. Skąd ta decyzja?

JP: To tak naprawdę nie jest żadna decyzja – po prostu nie mamy na to czasu. Kiedyś mieliśmy choćby szyld, bo zależało nam na rozpoznawalności, ale dziś byłoby to bardzo problematyczne: pracujemy z powierzonymi dziełami sztuki i musimy dbać o ich bezpieczeństwo, więc nie możemy pozwolić sobie na to, żeby ktoś przypadkowo zapukał do drzwi. Umawiamy się z klientami mailowo albo telefonicznie. To najczystszy możliwy marketing szeptany – zdarza się, iż ktoś z Poznania dowiaduje się o nas dopiero od klienta z Warszawy czy Wrocławia.

Zaczynaliśmy od zera – bez dotacji, bez oszczędności. Mieliśmy tylko długi, pożyczoną opalarkę i wkrętarkę, którą dostałam od taty na urodziny. Każdy stół, każde urządzenie w tej pracowni kupiliśmy z zarobionych pieniędzy; przez te wszystkie lata nie udało nam się dostać żadnej dotacji – zawsze byliśmy albo za mali, albo nie z tego regionu, albo nie w tym czasie.

Niemal cały nasz czas wolny i życie osobiste jest poświęcone pracy. To jednak nasza pasja, więc trudno tu mówić o żalu.

Dwukrotnie planowaliśmy zresztą otworzyć showroom w Warszawie, żeby nie wozić próbek tam i z powrotem. Za drugim razem mieliśmy już choćby upatrzone miejsce, ale decyzję odłożyliśmy na maj. W marcu wybuchła pandemia i plany się rozsypały. Paradoksalnie to właśnie dzięki temu, iż byliśmy małym, kilkuosobowym zespołem, udało nam się wtedy przetrwać.

MK: Czym dziś dokładnie zajmuje się Pracownia Oprawy?

JP: Oprawą, drukiem, transportem, kontaktem z klientem i digitalizacją. Ten ostatni dział jest u nas najmłodszy – działa od zeszłego roku, pracujemy metodą FADGI, czyli amerykańską metodologią digitalizacji. Powstał nie z chęci zarobku, tylko z realnej potrzeby: prace, w drodze z jednego krańca świata na drugi, wpadają do nas tylko na chwilę, na samą oprawę, a potem jadą dalej – na targi, na kolejne wystawy. zwykle nie ma czasu w ich porządną digitalizację.

fot. Tobiasz Jankowiak

Teraz robimy to u siebie. Archiwizacją jeszcze się nie zajmujemy – przygotowane pliki przekazujemy klientom i staramy się na bieżąco zwalniać przestrzeń, bo to ogromne ilości danych, a nie mamy jeszcze systemu do odpowiedzialnego przechowywania takich zasobów. Wolimy, żeby klienci przesyłali nam pliki zdalnie, niż przynosili pendrive’y.

Na co dzień pracujemy we dwoje z mężem, wspierają nas trzy zatrudnione osoby oraz grono współpracowników zewnętrznych – kierowcy, podwykonawcy poszczególnych elementów. Sam transport robi się jednak coraz trudniejszy przez nowe przepisy – trzeba mieć odpowiednią licencję kierowcy, więc myślimy poważnie o uruchomieniu czegoś w rodzaju małego działu spedycji.

MK: Wiemy, jak ciężkie potrafią być ramy i szkło – jak bardzo obciążająca fizycznie jest ta praca?

JP: Bardzo. Duże obiekty, szkło, deski z tartaku ważące sto pięćdziesiąt kilogramów – to wszystko trzeba przenosić, przestawiać, przepuszczać przez maszyny. Po latach takiej pracy wystąpiły u mnie problemy zdrowotne, które groziły dosłownym unieruchomieniem, więc musiałam zmienić styl życia i zacząć trenować, żeby móc dalej pracować. Stąd czasem relacje sportowe, które pojawiają się w naszych mediach społecznościowych.

Do tego dochodzi całe spektrum chorób zawodowych: wzrok męczy się od wpatrywania w monitory i prześwietlania prac pod światło, płuca cierpią od pyłu drzewnego i oparów lakierów czy bejc, skóra bywa podrażniona przez chemię konserwatorską. No i stres – zwłaszcza gdy zbliża się termin wystawy, a praca wciąż jest gdzieś w transporcie.

Z czasem wprowadziliśmy też własny system opakowań – to pomysł mojego męża, którego zmęczyły stosy folii bąbelkowej, w którą owijaliśmy prace za każdym razem, gdy jechały do galerii i z powrotem. Każda nasza praca ma jednak inny format, więc gotowe kartony nie miały większego sensu.

Zaczęliśmy więc projektować własne pudełka, dopasowane do konkretnej pracy, tak aby transport był bezpieczny i możliwie ekologiczny. To zresztą jedna z naszych naczelnych zasad: robić jak najwięcej samodzielnie i kontrolować cały proces od początku do końca. Jedynym wyjątkiem są elementy z plexi – tu współpracujemy z podwykonawcą, ponieważ sam materiał jest nietrwały i niewdzięczny, a na uruchomienie własnej linii brakuje nam póki co miejsca.

MK: Są realizacje, które szczególnie zapadły wam w pamięć?

JP: Sporo. Ostatnio dużym i bardzo nietypowym projektem była wystawa we Wrocławiu poświęcona archiwum fotografii Marilyn Monroe – około stu osiemdziesięciu zdjęć z archiwum państwowego, plus prace współczesnych artystów. Zrobiliśmy do niej około stu dwudziestu ram w dwóch kolorach, różowym i zielonym, bo cała wystawa utrzymana była w tej kolorystyce. Część zdjęć była wypożyczona i trzeba je było potem oddać, więc oprawy musiały zostać zaprojektowane tak, by łatwo można było wyjąć z nich prace.

Justyna i Krzysztof Przyńscy

Innym razem dostałam do produkcji sto trzydzieści zdjęć na wystawę o ogródkach działkowych z całego świata – z tygodniowym terminem i bez profili kolorystycznych w plikach. Artysta był akurat gdzieś po drugiej stronie świata, bez dostępu do komputera, więc kolory musiałam dobierać czysto na wyczucie. Bardzo stresujące doświadczenie, choć ostatecznie efekt go zadowolił.

Zdarzają się też swoiste rekordy – jeden ze współpracujących z nami artystów zamówił największą jednorazową edycję odbitek, jaką kiedykolwiek zrobiliśmy: tysiąc sześćset sztuk. Bywa też, iż klienci przyjeżdżają do nas z naprawdę daleka — niedawno mieliśmy klientów z Belgii – ktoś im powiedział, iż tylko u nas warto oprawiać.

MK: Co dalej?

JP: Zbliża się nowy sezon wystawienniczy, więc już się przygotowujemy – głównie upraszczając i porządkując nasze procesy. Przy większych projektach czy instytucjach zawsze coś bywa utrudnione, bo decyzje muszą przejść przez wiele rąk, i zdarza się, iż umowa trafia do podpisu, gdy wystawa już wisi na ścianie.

Ale to specyfika tej pracy – trzeba w niej mieć dużo cierpliwości.

Idź do oryginalnego materiału