Trzysta osiemdziesiąt złotych. Tyle kosztowała bukiet, który Halina Zarębska trzymała w rękach, stojąc przed kwiaciarnią przy rynku w Tarnowie. Kupiła róże koloru starego różu, bo takie miała na swoim ślubie trzydzieści cztery lata temu, i pomyślała, iż to będzie ładny gest dla córki.
Wesele Kasi odbywało się w sali bankietowej "Dwór Myśliwski" pod miastem, dwadzieścia minut jazdy autobusem numer 11, potem jeszcze kawałek pieszo przez las. Halina jechała sama – mąż zmarł cztery lata wcześniej, a jedyny syn mieszkał w Norwegii i przyjechać nie mógł, bo w pracy akurat mieli remont hali.
Autobus się spóźnił. Kierowca tłumaczył coś o objeździe przez roboty drogowe na Krakowskiej. Halina siedziała z bukietem na kolanach i patrzyła przez okno na mokre pola – padało od rana, taki typowy październikowy deszcz, który nie leje, tylko sika drobno i uparcie. W radiu kierowcy leciała piosenka Zenka Martyniuka, ktoś z tyłu autobusu nucił pod nosem.
Kiedy dotarła, przyjęcie już trwało od godziny. Przy wejściu do sali stała teściowa Kasi, Bożena Wichrowska, w garniturze koloru butelkowej zieleni, z listą gości w laminowanej teczce.
– Pani Halino – powiedziała Bożena, zerkając na kartkę. – Pani nazwiska tu nie ma.
– Jak to nie ma. Jestem matką panny młodej.
– Wiem, kim pani jest. Ale to jest lista stołu głównego i lista VIP dla fotografa. Kasia prosiła, żeby usadzić panią… – Bożena obróciła teczkę, jakby to miało coś wyjaśnić – …przy stoliku numer osiem. Z dala od parkietu, żeby pani nie przeszkadzał hałas.
Halina stała z bukietem, z którego kapała woda na wykładzinę, i patrzyła na salę. Stół główny był udekorowany żywymi orchideami, obok siedziała matka pana młodego, Ewelina, w sukni koloru szampana, śmiała się do zdjęcia, które robił fotograf z dronem.
Stolik numer osiem stał przy toaletach.
Nikt nie zauważył, kiedy Halina usiadła. Kelnerka postawiła przed nią talerz z zimną już wołowiną, bo danie główne serwowano od czterdziestu minut, a ona dopiero doszła z przystanku. Obok niej siedział wujek pana młodego, który przez cały wieczór opowiadał o swoim nowym Duster i o tym, jak drożeje paliwo na Orlenie.
Kasia podeszła do niej dopiero po pierwszym tańcu, spocona, z rozmazanym trochę tuszem pod okiem.
– Mamo, dobrze iż jesteś. Usiadłaś już? Dobrze, dobrze.
– Kasiu, dlaczego nie ma mnie przy stole głównym?
– Bożena powiedziała, iż tak będzie wygodniej. Że nie chciała, żebyś siedziała blisko głośników, wiesz, jak masz to ucho…
– Mam jedno ucho, nie dwoje uszu z waty. Poza tym to twój ślub.
Kasia spojrzała na matkę, potem na Bożenę, która akurat kroiła tort razem z synową w białym fartuszku "Szefowa kuchni na jeden dzień", i powiedziała tylko:
– Mamo, nie zaczynaj teraz. To istotny dzień.
Odeszła. Halina zjadła zimną wołowinę, wypiła jeden kieliszek wina musującego i o dwudziestej trzeciej trzydzieści zamówiła taksówkę, bo autobusy już nie jeździły.
W domu, w dwupokojowym mieszkaniu na Osiedlu Westerplatte, zdjęła buty, które obcierały ją od trzech godzin, i usiadła przy kuchennym stole. Na parapecie stał kaktus, który dostała od Kasi jeszcze na studiach – jedyna roślina, której nie udało jej się zabić. Zaparzyła herbatę, ale zapomniała o niej, i wystygła, zanim zdążyła wypić choć łyk.
Nazajutrz zadzwoniła Kasia, zdyszana, jakby biegła.
– Mamo, przepraszam za wczoraj, Bożena trochę przesadziła z tym stołem, wiesz jaka ona jest…
– Kasiu, ja nie mam pretensji o stolik. Mam pretensje, iż moja córka pozwoliła obcej kobiecie posadzić mnie przy toaletach na moim jedynym ślubie, jaki będę miała okazję zobaczyć.
Cisza w słuchawce trwała chwilę za długo.
– Nie przesadzaj. To tylko stół.
– To nie był tylko stół, Kasiu. Ale dobrze. Rozumiem.
Halina odłożyła telefon i przez tydzień nie dzwoniła. Myślała za to o czymś innym – o mieszkaniu, w którym mieszkała od dwudziestu ośmiu lat, kupionym wspólnie z mężem za pieniądze z jego renty inwalidzkiej i jej pensji krawcowej. Mieszkanie było zapisane w testamencie na Kasię – jedyny majątek, jaki Halina miała do zostawienia, wart około czterystu dwudziestu tysięcy złotych według wyceny agencji nieruchomości, którą kiedyś zrobiła "dla ciekawości".
W czwartek Halina pojechała do notariusza przy ulicy Krakowskiej, tego samego, u którego mąż podpisywał kiedyś umowę kupna mieszkania. Zabrała ze sobą teczkę z dokumentami – akt własności, dowód osobisty, stary testament w kopercie z pieczęcią.
– Chciałabym zmienić testament – powiedziała, siadając na krześle po drugiej stronie biurka.
Notariusz, młody mężczyzna z aktówką pełną segregatorów, zapytał, czy chce zmienić spadkobiercę.
– Nie. Chcę dodać zapis. Mieszkanie zostaje dla córki. Ale chcę, żeby w testamencie było wpisane, iż warunkiem jest zapewnienie mi miejsca przy stole rodzinnym na każdej uroczystości rodzinnej, do której zostanę zaproszona, aż do mojej śmierci. jeżeli ten warunek nie zostanie spełniony choćby raz, mieszkanie ma przypaść fundacji hospicyjnej przy ulicy Lwowskiej.
Notariusz uniósł brwi, ale zapisał wszystko dokładnie tak, jak podyktowała.
Kasia dowiedziała się o tym trzy miesiące później, przypadkiem, kiedy matka wspomniała o tym przy okazji rozmowy o czymś zupełnie innym – o cenach ziemniaków na targu przy Wałowej. Zapytała wprost, czy to prawda.
– Prawda – odpowiedziała Halina. – Papier leży u notariusza, kopię masz w szufladzie w moim biurku, tej dolnej, zamykanej na klucz.
– Mamo, to jest… to jest szantaż.
– To jest umowa. Ty i twoja teściowa umawiacie się, gdzie kto siedzi na przyjęciach. Ja też się umawiam. Tylko moja umowa dotyczy tego, co zostanie po mnie.
Kasia przyjechała do niej tydzień później, sama, bez męża. Usiadły przy tym samym kuchennym stole, na tym samym miejscu, gdzie Halina piła wystygłą herbatę po weselu. Kaktus na parapecie akurat zakwitł – drobny, różowy kwiatek, który pojawiał się raz na parę lat i nikt nigdy nie wiedział, kiedy.
– Bożena się wściekła, jak jej powiedziałam – zaczęła Kasia.
– Wierzę.
– Powiedziała, iż robisz z siebie ofiarę.
– Może i robię. Ale Kasiu, ja nie chcę być ofiarą stolika numer osiem do końca życia, żeby wam było wygodnie. Chcę usiąść tam, gdzie jest miejsce dla matki panny młodej. To wszystko.
Kasia milczała długo, obracając w palcach filiżankę.
– Za miesiąc chrzciny córki Marcina, mojego brata cioteczne… no wiesz, tam gdzie Bożena też będzie.
– Wiem.
– Usiądziesz przy głównym stole. Ja to załatwię. Osobiście.
Halina nie odpowiedziała od razu. Wstała, podlała kaktus, chociaż nie potrzebował wody, i dopiero wtedy powiedziała:
– Zobaczymy, Kasiu. Papier zostaje tam, gdzie jest.







