Nazywam się Bożena Krupa i od jedenastu lat pracuję w rejestracji przychodni przy ulicy Kwiatkowej w Bydgoszczy. Widziałam tu wszystko: awantury o kolejkę, płacz w poczekalni, ludzi, którzy dzwonią do NFZ z pretensjami, iż skierowanie się zgubiło. Ale tamtej środy, dziewiątego września, zapamiętam inaczej.
Było wpół do ósmej rano, jeszcze przed otwarciem rejestracji, kiedy do budynku weszła kobieta, może pięćdziesiąt pięć lat, w za dużej kurtce przeciwdeszczowej. Usiadła na krześle pod automatem z kawą i siedziała tak przez dwadzieścia minut, nie ruszając się, z torebką na kolanach. Nie interesowałam się tym specjalnie – mało kto z samego rana ma ochotę na rozmowy, a ja miałam swoje sprawy: trzeba było odpalić system, sprawdzić listę pacjentów na dziewiątą.
Okazało się, iż przyszła do syna. Do gabinetu numer cztery, gdzie ordynuje doktor Adrian Sowiński, kardiolog. Zapytała mnie, czy może zaczekać, bo "nie chciała mu przeszkadzać w pracy, tylko chwilę popatrzeć, jak wychodzi na obchód". Nie umówiła się z nim. Po prostu przyjechała autobusem z Nakła, półtorej godziny drogi, bo – jak powiedziała – "dawno go nie widziałam, a to niedaleko, to czemu nie".
Doktor Sowiński przyszedł o ósmej piętnaście, w biegu, z telefonem przy uchu. Zobaczył matkę, przystanął może na trzy sekundy. Powiedział, iż ma dziś dwadzieścia osiem pacjentów i konsylium o dziesiątej, iż nie ma czasu, żeby usiąść, ale zapłaci jej za taksówkę powrotną i niech weźmie coś w bufecie, bo tam mają dobrą szarlotkę. Wyjął portfel, zostawił na blacie rejestracji sto dwadzieścia złotych – tyle akurat miał przy sobie – i poszedł do gabinetu. Drzwi się zamknęły.
Ja stałam może metr od niej. Widziałam, jak patrzy na te pieniądze na blacie, nie dotyka ich. Nie płakała, nic takiego. Poprawiła tylko pasek torebki i powiedziała do mnie, cicho, jakby tłumacząc się: "On zawsze taki zapracowany. Odkąd tata umarł, on jeden mi zostały." Potem wstała i wyszła na przystanek, zostawiając banknoty tam, gdzie leżały.
Nie moja sprawa była biegać za pacjentami z pieniędzmi, ale coś mnie ruszyło i wzięłam kopertę z szuflady, włożyłam te sto dwadzieścia złotych i schowałam do szafki – pomyślałam, może wróci, może zapomniała. Zmiana mi się kończyła o czternastej, miałam jeszcze odebrać wnuka ze świetlicy, więc nie zdążyłam się nad tym rozwodzić.
Przez kolejne dwa tygodnie widywałam ją jeszcze trzy razy. Zawsze rano, zawsze pod tym samym automatem, zawsze bez umówionej wizyty. Raz przyniosła słoik konfitury z czarnej porzeczki – "bo syn lubił jak był mały" – i zostawiła go u mnie w rejestracji, bo doktor akurat operował. Za trzecim razem przyszła w listopadzie, kiedy już było zimno, w tej samej kurtce, i powiedziała, iż boli ją w klatce piersiowej, ale nie chce "zabierać synowi czasu w głupstwa", więc lepiej umówi się w przychodni rejonowej w Nakle.
Zmarła dwa miesiące później, w styczniu, na zawał, w domu, sama. Dowiedziałam się od pielęgniarki z gabinetu czwartego, iż pogrzeb odbył się w Nakle, a doktor Sowiński wziął dwa dni wolnego – pierwszy raz w tym roku, odkąd u nas pracował.
Kiedy wrócił, przyszedł do rejestracji rano, jeszcze przed pacjentami. Zapytał, czy nie mam przypadkiem czegoś, co jego matka zostawiała – "bo pielęgniarka mówiła, iż pani coś przechowuje". Wyjęłam z szafki kopertę ze stoma dwudziestoma złotymi, dokładnie tę, nietkniętą od września, i pusty już słoik po konfiturach, który umyłam i trzymałam na parapecie, bo szkoda mi było wyrzucić.
Nie powiedziałam nic więcej, tylko podałam mu kopertę. Otworzył ją przy blacie, zobaczył te same dwa banknoty po pięćdziesiąt i jeden dwudziestozłotowy, które jej dał na taksówkę. Stał tak chwilę, z kopertą w ręku, a ja udawałam, iż szukam czegoś w komputerze, bo nie wypadało patrzeć.
Później sam zaczął przychodzić do rejestracji trochę wcześniej niż trzeba, siadał na tym samym krześle pod automatem z kawą, zanim poszedł na obchód. Nie wiem, co tam sobie myślał. Ja tylko stawiałam mu czasem kubek herbaty na blacie, bez pytania, i szłam dalej do swojej roboty.










