Marek Kowalczyk wrócił do domu w Poznaniu dzień wcześniej, niż planował. Delegacja do Hamburga skończyła się szybciej — kontrahent podpisał umowę bez targowania, więc Marek zamiast czekać na sobotni lot, wsiadł w czwartkowy wieczorny. Nie zadzwonił, iż wraca. Chciał zrobić matce niespodziankę — akurat we wrześniu minęło pół roku, odkąd po udarze uczyła się chodzić na nowo.
Taksówka podjechała pod dom na Sołaczu kwadrans po jedenastej. Kierowca, jakiś Ukrainiec z Radia Taxi, gadał całą drogę o cenach paliwa, Marek odpowiadał półsłówkami, patrząc przez okno na mokre po deszczu ulice. Zapłacił trzydzieści osiem złotych, wysiadł, poszedł od strony ogrodu — chciał zobaczyć, czy w salonie pali się jeszcze światło.
Palił się. I nie tylko w salonie. Za domem, przy starej altanie, którą jeszcze teściowa kazała postawić, świeciła naga żarówka na sznurze. A pod tą żarówką, na betonowej płycie tarasu, siedziała jego matka.
Halina Kowalczyk, sześćdziesiąt dziewięć lat, w cienkim szlafroku, który Marek pamiętał jeszcze sprzed swojego ślubu. Włosy rozczochrane, bose stopy na zimnym betonie mimo iż wrzesień, wieczory już chłodne. W rękach trzymała miskę — tę samą, z której jadł kiedyś ich labrador, zanim pies zdechł ze starości trzy lata temu. Miska stała wciąż w komórce, Marek to pamiętał, bo sam ją tam odstawił.
Matka jadła z niej łyżką. Powoli, ręce jej się trzęsły, twarz miała pochyloną nad talerzem.
— Szybciej, bo mi tu zimno stać! — głos żony, Agaty, dobiegł zza rogu altany, ostry jak brzytwa. — I nie waż mi się znowu jęczeć, iż boli cię biodro.
Marek zatrzymał się przy żywopłocie z ligustru. Buty miał jeszcze mokre od hamburskiego deszczu, poczuł, jak zimno wchodzi mu przez podeszwy, i to trzymało go w miejscu bardziej niż cokolwiek innego.
Agata stała tam w tym samym kremowym płaszczu od Simple, w którym rano wyszła z domu — musiała wracać, przebrać się, wyjść znowu. Patrzyła na teściową z góry, z tym wyrazem twarzy, jaki Marek widział u niej tylko raz, kiedy sprzątaczka źle wyprasowała obrus przed przyjęciem u Wardęgów.
— Ja cię tu w ogóle trzymam tylko przez Marka — powiedziała Agata, poprawiając pasek płaszcza. — Ale zrobię wszystko, żebyś sama się stąd wyniosła. Twoje miejsce jest przy budzie, nie w moim domu.
Halina milczała. Nie odpowiedziała. Tylko łyżka w jej dłoni zastukała o brzeg miski, raz, drugi, jakby ręka nie chciała jej już słuchać.
— I pamiętaj — Agata pochyliła się nad nią — jak Marek zadzwoni z Niemiec, powiesz, iż wszystko gra. Że jadłaś obiad przy stole, iż oglądałyście razem serial. A jak nie, to następnym razem będziesz jadła na dworze, przy bramie, żeby sąsiedzi widzieli, jaka z ciebie ciężarówka na moim koncie.
Marek poczuł, jak marynarka robi mu się ciasna w ramionach, jakby ktoś ścisnął materiał od środka. Zacisnął pięści, aż paznokcie wbiły mu się w dłonie, i stał tak jeszcze chwilę, bo w głowie miał tylko jedno zdanie z rozmowy telefonicznej sprzed tygodnia: „Nie martw się, zajmuję się twoją mamą, jak swoją własną".
Wyszedł zza żywopłotu, o mało nie potykając się o wystający korzeń.
Twarz Agaty zmieniła się w ułamku sekundy — ten sam odruch, jaki miała, gdy kelner w restauracji przynosił źle wystudzone wino.
— Marek… wróciłeś już? To nie tak, jak myślisz, ja tylko…
Nie dokończyła. Marek przeszedł obok niej bez słowa, uklęknął przy matce na zimnym betonie, wziął miskę z jej rąk i odstawił ją na bok, aż nadmiar zupy chlusnął mu na mankiet koszuli. Zdjął marynarkę, którą jeszcze miał na sobie po locie, i okrył nią ramiona matki.
— Mamo. Chodź. Do środka.
Halina spojrzała na syna, wargi jej drgnęły, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Marek pomógł jej wstać — nogi miała słabe, biodro rzeczywiście bolało, widać było po tym, jak się krzywiła przy każdym kroku. Poprowadził ją do domu, posadził w kuchni przy stole, nastawił czajnik. Znalazł w lodówce twaróg, pół bochenka chleba od Putki, resztę rosołu z wczoraj — wszystko było, tylko nie dla niej.
Agata weszła za nimi, wciąż tłumacząc się, iż to nieporozumienie, iż matka sama nie chciała jeść w domu, iż robiła bałagan na obrusie, iż lekarz mówił przecież o diecie.
— Agata — powiedział Marek, nie odwracając się od czajnika — jeszcze jedno słowo i wyjdziesz z tej kuchni sama, o własnych nogach, zanim cię wyprowadzę.
Umilkła. Marek nakarmił matkę gorącą zupą, umył jej ręce ciepłą wodą przy zlewie, zaprowadził do jej pokoju na piętrze — tego samego, który od pół roku stał zamknięty na klucz, „bo tam się właśnie robi remont", jak twierdziła Agata. Remontu nie było. Był tylko kurz na łóżku i sterta pudeł z ubraniami matki, zepchniętych do kąta, a na wierzchu jednego z nich — otwarty, na wpół zjedzony neseser czekoladek, których Halina nie mogła jeść od czasu udaru.
Marek stał w progu tego pokoju dłuższą chwilę, zanim zgasił światło. Nie powiedział nic. Zszedł na dół, nalał sobie pełną szklankę wódki z barku, wypił duszkiem, skrzywił się i odstawił szklankę do zlewu, nie myjąc jej.
Rano zadzwonił do swojego prawnika, Tomasza Wieczorka, z którym znał się jeszcze ze studiów na Uniwersytecie Ekonomicznym. Poprosił o spotkanie na dziewiątą.
W kancelarii przy ulicy Święty Marcin Marek wyłożył na biurko trzy rzeczy: akt notarialny domu na Sołaczu, wyciąg ze wspólnego konta firmowego — sto dwadzieścia tysięcy złotych, z czego w ostatnim roku zniknęło ponad trzydzieści na coś, co w przelewach figurowało jako „usługi kosmetyczne" i „doradztwo wizerunkowe" — oraz dokument intercyzy, którą podpisali dziewięć lat temu, kiedy się pobierali.
— Dom jest zapisany na mnie od czasów, kiedy odziedziczyłem go po ojcu — powiedział Marek. Głos mu się łamał na słowie „ojcu", więc odchrząknął i mówił dalej szybciej, żeby nie musieć się zatrzymywać. — Chcę, żeby Agata się wyprowadziła. Do piątku.
— To będzie ciężka rozmowa — powiedział Tomasz, patrząc na niego uważnie. — Ona się tak łatwo nie podda, znam ją trochę z tych waszych imprez firmowych.
— Wiem. — Marek potarł kark. — Ale nie mam już siły się zastanawiać, czy to za ostro.
Agata dowiedziała się o wszystkim tego samego dnia po południu, kiedy do domu przyszedł kurier z kopertą — pozew rozwodowy i wezwanie do opuszczenia nieruchomości w terminie siedmiu dni. Zadzwoniła do Marka jedenaście razy. Za dwunastym razem odebrał.
— Ty myślisz, iż ja się tak po prostu wyprowadzę? — krzyczała do słuchawki. — Zadzwonię do twojej matki i powiem jej, iż to ona jest winna, iż przeze mnie miała udar, bo stres, bo się o ciebie zamartwiała, kiedy ja się nią opiekowałam! Zobaczysz, co ona sobie pomyśli, kiedy usłyszy moją wersję!
— Spróbuj — powiedział Marek i rozłączył się.
Adwokat Agaty zadzwonił do Tomasza jeszcze tego samego wieczoru, grożąc pozwem o zniesławienie i wnioskiem o zabezpieczenie majątkowe. Tomasz odpisał mailem, dołączając skan intercyzy. Odpowiedzi nie było przez dwa dni.
W piątek po południu, kiedy firma przewozowa wynosiła jej rzeczy do białego vana zaparkowanego przy furtce, Agata przyjechała sama, bez zapowiedzi, swoim audi. Stanęła na podjeździe w tym samym kremowym płaszczu.
— Marek, to szaleństwo. Przecież jesteśmy małżeństwem dziewięć lat. Nikt nie rozwodzi się przez jedną głupią sytuację.
— Jedną sytuację? — Marek stał na progu, nie wpuszczając jej dalej. — Ile razy to się powtarzało, zanim wróciłem wcześniej?
Milczała przez chwilę, potem spróbowała inaczej — głos jej złagodniał, oczy zaszkliły się w sposób, który Marek znał aż za dobrze z kłótni o pieniądze.
— Zniszczysz mnie finansowo. Wiesz, iż nie mam nic swojego, wszystko szło przez wasze konto. Gdzie ja mam teraz mieszkać, u mamy w Lesznie?
— Miałaś dziewięć lat, żeby coś swojego zbudować — odpowiedział Marek. — Ja przez ten czas budowałem firmę. Ty kupowałaś płaszcze.
Za jego plecami, w oknie kuchni, było widać Halinę — siedziała przy stole, w czystym swetrze, z filiżanką herbaty, ręce miała złożone na blacie i nie chowała ich pod stołem, jak robiła to od pół roku.
— Masz siedem dni na zabranie swoich rzeczy — powiedział Marek. — Konto firmowe już zablokowałem, karty unieważnione od wczoraj. Adwokat prześle ci resztę papierów.
Agata otworzyła usta, jakby chciała powiedzieć coś jeszcze, ale spojrzała na furgonetkę, na swoje pudła układane rzędem przy furtce, i tylko machnęła ręką, jakby odganiała owada. Odwróciła się na obcasach i wsiadła do audi, trzaskając drzwiami tak, iż aż odbiło się to echem od muru sąsiada.
Van odjechał tego wieczoru. Marek wyszedł na podwórko, kiedy zrobiło się już ciemno, i zobaczył miskę wciąż stojącą na płycie tarasu, tam gdzie ją zostawił trzy dni wcześniej. Podniósł ją, obejrzał odprysk na krawędzi, po czym zaniósł do kosza na śmieci przy chodniku i wrzucił do środka. Wieko kosza opadło z metalicznym stuknięciem. Do wtorkowego wywozu odpadów zostały jeszcze cztery dni.
















