Robert stał w drzwiach kuchni i patrzył, jak Marta poprawia kołnierzyk swojej granatowej sukienki, tej samej, którą kupiła sobie na czterdzieste urodziny. Za oknem lało już od rana – typowy wrzesień w Bydgoszczy, kiedy niebo wisi nisko nad Brdą i człowiek czuje w kościach, iż lato się skończyło na dobre. W telewizorze w salonie leciał akurat program o remontach, ale nikt go nie oglądał, po prostu zapomnieli wyłączyć.
Robert wiedział, iż dziś jest ten dzień. Czterdzieste urodziny Marty, jego żony od jedenastu lat. I miał plan. Genialny, jak sam sobie powtarzał od tygodnia, krążąc po mieszkaniu z tym swoim uśmieszkiem, który Marta znała aż za dobrze – taki, jaki miał wtedy, gdy uważał, iż wymyślił coś naprawdę sprytnego.
– Robert, gdzie postawiłeś karton? – zapytała jego matka, Halina, wchodząc do przedpokoju bez pukania, mimo iż mieszkała trzy przystanki dalej i miała klucze tylko na wypadek awarii. W rękach niosła siatkę z pierogami, które sama lepiła od świtu, jakby ktokolwiek jej o to prosił.
– Stoi w salonie, mamo, pod oknem. Cicho, bo Marta jeszcze nie wie – szepnął Robert, przykładając palec do ust jak dziecko bawiące się w tajemnicę.
Halina zdjęła płaszcz, powiesiła go krzywo na wieszaku i od razu ruszyła do kuchni na inspekcję. Uniosła pokrywkę od żurku, powąchała, skrzywiła się.
– Za dużo majeranku dałaś – rzuciła do przechodzącej obok Marty. – I schab za suchy, trzeba było w folii piec, tłumaczyłam ci to chyba z dziesięć razy.
– Mamo, daj spokój, dziś urodziny Marty – odezwał się Robert, ale bez przekonania, jakby te słowa wypowiadał z automatu, bo tak wypada, a nie dlatego, iż naprawdę chciał postawić na swoim.
Marta tylko westchnęła i wróciła do salonu poprawić serwetki. Miała za sobą osiem godzin stania przy kuchence i sprzątania mieszkania na błysk, a przed sobą jeszcze cały wieczór teściowej, więc nie było sensu się kłócić o majeranek.
Goście zaczęli schodzić się koło szesnastej. Rodzice Marty pierwsi – ojciec z bukietem gerberów, matka z tortem bezowym kupionym u cukiernika na Gdańskiej, tym samym, u którego kupowała od dwudziestu lat. Potem koleżanki z pracy, kuzynka z mężem, sąsiad Zdzisiek, który zawsze przynosił własną nalewkę i zawsze zostawał najdłużej.
Karton stał pod oknem od samego rana, opakowany szeleszczącym papierem, z widocznym logo znanej niemieckiej marki AGD. Wyglądał solidnie – taki wysoki, prostokątny kształt, jaki ma zmywarka do zabudowy. Robert co chwilę zerkał w tamtą stronę i wymieniał z matką spojrzenia, które Marta zauważyła, ale zignorowała, zajęta dolewaniem wina gościom.
Po drugim daniu Robert wstał, stuknął widelcem w kieliszek i poprosił o ciszę.
– Kochani! Dziś moja żona kończy czterdzieści lat i chcę, żeby zapamiętała ten dzień na zawsze. Mam dla niej prezent, który naprawdę zmieni jej codzienność!
Wniósł karton do salonu, postawił go na środku, obok stolika z tortem. Kuzynka klasnęła w dłonie, ojciec Marty pokiwał głową z uznaniem, teściowa uśmiechnęła się tak szeroko, iż Marta po raz pierwszy tego wieczoru poczuła coś nieprzyjemnego w żołądku – to był uśmiech kogoś, kto wie coś, czego ona nie wie.
– No to otwieramy? – zapytała Marta, sięgając po nożyczki leżące przy torcie.
– Nie, nie teraz – zatrzymał ją Robert szybko, chwytając za nadgarstek. – Zostawmy to na jutro, jak wszyscy pójdą, dobrze? Taki sprzęt trzeba spokojnie rozpakować, instrukcję przeczytać.
Goście przyjęli to bez sprzeciwu, wrócili do rozmów. Karton stał w kącie do końca wieczoru jak milczący świadek czegoś, czego Marta jeszcze nie rozumiała. Zdzisiek opowiadał anegdoty z wojska, matka Marty dopytywała Roberta o awans w firmie transportowej, a Halina siedziała w fotelu z miną królowej i od czasu do czasu rzucała synowi spojrzenie, które Marta – już wtedy – zaczęła odczytywać jako spisek.
Ostatni wyszli rodzice Marty, koło dwudziestej trzeciej. Matka przytuliła ją w drzwiach.
– Ciesz się prezentem, córeczko. Robert się chyba naprawdę postarał.
Kiedy drzwi się zamknęły i w mieszkaniu zapadła cisza przerywana tylko szumem deszczu za oknem, Marta stanęła przy kartonie.
– To może teraz otworzymy?
– Jutro, Marta, jestem padnięty – Robert machnął ręką i poszedł do łazienki, skąd zaraz dobiegł szum wody.
Nie zasnęła długo. Leżała, wsłuchując się w oddech męża, i wracała myślami do tego uśmiechu Haliny. Coś się nie zgadzało, ale nie potrafiła powiedzieć co dokładnie.
Obudziła się o szóstej, kiedy za oknem jeszcze było szaro, a na osiedlu słychać było tylko śmieciarkę objeżdżającą bloki. Robert spał. Marta wstała cicho, narzuciła szlafrok i podeszła do kartonu.
Wzięła nóż kuchenny, ten sam, którym krajała wczoraj schab, i naciąła taśmę pakową. Pod nią był styropian. Pod styropianem – papier pakowy. Rozwinęła go powoli.
Pod papierem nie było nic. Zupełnie nic. Sięgnęła ręką na dno kartonu, poruszyła nią na boki. Trochę pokruszonego styropianu w rogach i tyle. Żadnych przewodów, żadnej metalowej obudowy, żadnej instrukcji.
Usiadła na podłodze obok rozprutego kartonu, z rękami pełnymi strzępów papieru, i po prostu patrzyła przed siebie. Zza ściany dobiegało pianie sąsiedzkiego koguta – ktoś na osiedlu trzymał go nielegalnie na balkonie i codziennie o tej porze wszyscy o tym wiedzieli.
Robert wyszedł z sypialni, ziewając, w samych bokserkach.
– Co ty tak wcześnie? – zapytał, po czym zobaczył ją siedzącą wśród strzępów opakowania i zamarł.
– Gdzie zmywarka, Robert?
– A… no… – podrapał się po karku. – To znaczy, sam sprzęt oddałem wczoraj mamie. Bo jej stara już ledwo działa, sama wiesz. A karton zostawiłem, żeby… no, zrobić wrażenie na gościach. Fajnie wyszło, nie? Wszyscy się zachwycali.
Marta patrzyła na niego, czekając, aż powie, iż żartuje.
– Czyli kupiłeś zmywarkę za nasze pieniądze, oddałeś ją swojej matce, a mnie na urodziny podarowałeś pusty karton.
– No nie przesadzaj zaraz, dramatyzujesz – skrzywił się Robert. – Przecież liczy się gest, a nie sam sprzęt. A poza tym, po co ci zmywarka, skoro masz dwie zdrowe ręce? Mama ma już swoje lata, kręgosłup ją boli.
Marta wstała, poszła do łazienki, opłukała twarz zimną wodą. W lustrze zobaczyła kobietę, która przez jedenaście lat gotowała mu obiady, prasowała koszule, znosiła docinki Haliny o za mało soli w rosole i za dużo majeranku w żurku – i za to wszystko dostała pustą tekturę.
Wróciła do salonu. Robert siedział już na kanapie, przeglądał telefon, jakby nic się nie stało.
– Zadzwoń do mamy – powiedziała spokojnie. – Chcę usłyszeć to od niej.
Wybrała numer sama, na głośniku.
– Halo? – odezwał się rześki głos Haliny.
– Dzień dobry, mamo Halino. Mówi Marta. Wiedziała pani, iż dostanę pusty karton po zmywarce, którą Robert kupił dla pani?
– No wiedziałam, oczywiście, iż wiedziałam! – roześmiała się Halina bez cienia zażenowania. – Robert to taki pomysłowy, prawda? Mówi: mamo, goście się zachwycą, pokażemy, iż nam się dobrze wiedzie. A zmywarka sama w sobie przednia, już dwa razy prałam… to znaczy, myłam w niej naczynia. Dziękuję ci, iż się nie sprzeciwiłaś.
– Nie zgadzałam się na nic – odpowiedziała Marta.
– Ty jesteś młoda, silna, poradzisz sobie rękami. Ja w moim wieku już nie mam siły szorować garnków. Miej trochę serca.
Marta rozłączyła się bez słowa.
Wróciła do sypialni, wyciągnęła z szafy dużą turystyczną torbę, tę, którą jeździli nad Bałtyk, i zaczęła pakować rzeczy Roberta. Koszule, spodnie, dwie pary butów, ładowarkę od telefonu. Robiła to spokojnie, bez pośpiechu, jakby porządkowała szafę na zmianę sezonu.
Kiedy Robert zobaczył torbę w przedpokoju, zaśmiał się nerwowo.
– Co to ma być, Marta? Wyprowadzasz się?
– Nie. To twoje rzeczy. Masz godzinę, żeby zabrać resztę z łazienki.
– Chyba żartujesz. Przez jakiś głupi karton?
– Nie przez karton. Przez to, iż przez jedenaście lat byłam dla ciebie na drugim miejscu, za twoją matką. I dziś, w dniu moich urodzin, dostałam od ciebie w prezencie dowód na to w postaci pustego pudła.
Kłócili się jeszcze z dziesięć minut – Robert krzyczał, iż mieszkanie jest wspólne, iż nie ma prawa go wyrzucać. Marta przypomniała mu spokojnie, iż kawalerka na Fordonie jest zapisana na nią, odziedziczona po babci jeszcze przed ślubem, i iż jutro może pójść do notariusza sprawdzić akt własności, jeżeli mu mało.
Zabrał torby, trzasnął drzwiami tak, iż zadrżał obraz w przedpokoju – reprodukcja, którą kupili razem na targu staroci przy Wełnianym Rynku, jeszcze zanim się pobrali.
Marta zamknęła drzwi na klucz, dwa razy. Podeszła do kartonu, wciąż stojącego w salonie, i zadzwoniła po firmę zajmującą się wywozem gabarytów. Przyjechali po dwóch godzinach, zabrali karton bez pytań.
Usiadła przy laptopie, otworzyła stronę sklepu internetowego i zamówiła zmywarkę – najlepszy model, jaki znalazła, za dwa tysiące trzysta złotych, z dostawą i montażem, płatną z konta, które od jedenastu lat prowadziła wspólnie z Robertem, a teraz przepisywała jednoosobowo. Za resztę odłożonych na remont pieniędzy – te same siedem tysięcy złotych, które mieli przeznaczyć na nową łazienkę – zarezerwowała bilet do Grecji. Jeden bilet.
Deszcz za oknem w końcu ustał. Nad Brdą pokazał się skrawek błękitu, taki, jaki bywa po burzy, kiedy powietrze pachnie mokrym asfaltem i wszystko wygląda trochę czyściej niż wczoraj.













