Wiesz co, opowiem Ci historię, która czasem do mnie wraca, szczególnie zimą, kiedy śnieg sypie bez opamiętania, a wiatr szarpie oknami, aż człowiekowi serce ze strachu zamiera. To jest opowieść o starej Danucie naszej sąsiadce z końca wsi pod Siedlcami. Może i ją pamiętasz, taką zgarbioną, zawsze w chustce w grochy z biedronskiego i w wyświechtanym swetrze.
Była sroga zima. Mróz ścisnął ziemię, a pola ścieliła zaspa po pas. Danuta błądziła nocą po własnym podwórku w jednej koszuli nocnej, bosa, z siwymi włosami przysypanymi śniegiem, tak ciężkimi od lodu, jakby to były sople przy dachu. Już adekwatnie nie czuła nóg, chyba tylko ten wiatr, co smagał ją po twarzy i szyi, trzymał ją jeszcze przy resztkach przytomności. Oparła się plecami o stary, zimny płot, zebrała ręce na piersi i zaczęła cichutko lamentować:
Już by mnie tu, Panie Boże, zabrało Żeby już umrzeć
Naprawdę mogłaby tej nocy umrzeć, zamarzłaby po cichutku w kącie obejścia, gdyby nie sąsiadka Halina. Halina wyszła sprawdzić, czy jej krowa nie zaczęła się cielić. Tak patrzy a tu drzwi u Danuty otwarte, światło przeciekające szczeliną.
Danusia! Co tam się kręcisz w ciemności?!
Ale Danuta tylko stała, przytulona do zamarzniętego płotu, powtarzając do siebie umrzeć umrzeć
Halina rzuciła się przez furtkę, krzycząc:
Danuta, jesteś tu?! Kobieto, gdzieś się podziewała?! Danuta!
Danuta już choćby odpowiedzieć nie miała siły, tylko westchnęła i osunęła się po płocie, jakby schodziła ostatni raz na ziemię, głowę schowała na kolanach i zaczęła cicho łkać. Łzy lały się jej po policzkach. A wtedy Halina poleciała po swojego Staszka i razem doczołgali Danutę do izby, bo już taka była twarda od zimna, jak stara brezentowa torba.
Od tamtej nocy Danuta się położyła i już nie wstała. Rano przyszła do niej młoda pielęgniarka Karolina, taka świeża, różowe policzki od mrozu, czarne włosy. Zdziwiła się, iż babka ma 91 lat, a jeszcze nigdy nic poważnie nie chorowała tylko teraz stopy odmrożone.
Pani Danusiu, trzeba jechać do szpitala. Zadzwonimy po pogotowie?
Ale Danusia tylko spojrzała w oczy Karoliny, pokręciła głową, zatrzymała ją na chwilę przy sobie wzrokiem.
Nigdzie nie jadę. Tu, w swoim domu zostanę. Idź, dziecko, nie trać na mnie czasu. Nie trzeba mi już nic, idź z Bogiem.
Leżała tak dwa tygodnie. I sama nie wiedziała, po co wyszła wtedy nocą na zewnątrz, bosa, w samej koszuli Ludzie gadali, iż staruszka oszalała na starość, a ona czuła, iż coś innego ją wyciągnęło na ten mróz. Wieczorem w dzień poprzedni siedziała sama w łóżku, przy mdłym świetle żarówki, i pruła stary, wełniany sweter, żeby zrobić z niego skarpetki. Palce pracowały na pamięć, ale myśli były daleko, wzrok utkwiony w jeden punkt na ścianie. Uśmiechała się do dawnych wspomnień. Od dzieciństwa jej życie było ciężkie tylko praca i bieda, i jeden jedyny promień taka cicha, krótka miłość do chłopaka.
Zwał się Grzegorz.
Grzesiu kochany mój Grzesiu szeptała pod nosem i dziwnie się uśmiechała.
Może to jej się przyśniło, a może czuła jakby naprawdę szła przez pole pod las, tam gdzie kończył się dwór dziedziczki. Wyczekiwała, dłonią zasłaniając oczy przed słońcem. Czekała, aż w końcu dostrzegała jego postać w oddali. Biegła mu naprzeciw cała szczęśliwa, krzycząc: Grzesiu!
Zasnęła z tym obrazem. Gdzieś po północy się przebudziła, niespokojna, spojrzała w okno a tam śnieżyca. Zrzuciła kołdrę, wyciągnęła ręce przed siebie, jakby kogoś szukała, i poszła na oślep w śnieg.
Bez słowa, bosa, szukała go tam, gdzie kończyła się wieś. Tak bardzo chciała znowu poczuć to wielkie szczęście, jakie jej kiedyś dał.
A świt już przyniósł ból odmrożonych stóp i ten dziwny spokój. Bo w jej życiu cały czas trzeba było się męczyć. Każdy dzień to była walka z brudem, zimnem, chorobą, samą sobą. Kiedy zmarli jej rodzice, miała jedenaście lat, oddali ją do dworu, do pomocy za miskę zupy i kawałek chleba. Tam, u pani dziedziczki z Mińska Mazowieckiego, rosła na chudą, milczącą dziewczynę o ciężkich dłoniach, wiecznie spuszczonym wzroku i plecach przygarbionych od roboty.
Pracowała od świtu do nocy, rąbiąc drewno zimą albo nosząc wodę z rzeki, aż palce drętwiały. Marzyła, żeby choć jeden dzień był lżejszy. Każda jagoda w ogrodzie się liczyła, a za złamaną gałązkę dziedziczka biła pokrzywą. Po sobotnim myciu w łaźni pocierała znój z pleców starej pani, aż w oczach ciemniało. Gdy ktoś zagadnął o jej przyszłość, odpowiadała: Jak trzeba będzie, mogę zostać starą panną. Co mi tam.
Z czasem przyzwyczaiła się do tej swojej bezbarwnej egzystencji. Ani jej było żal, ani radości, bo ta jej dusza spała głęboko od lat niczym się już nie poruszała.
Aż tu pewnego czerwca, kiedy wreszcie zrobiło się cieplej, a pokrzywy wyrosły po kolana, do dworu przyjechał młody panicz z kolegą. Przyprowadził go Grzesiek, parobek z sąsiedniego gospodarstwa. Wysoki, zawsze czysty, z tym swoim krzywym uśmieszkiem. Na łące, przy zbieraniu kwiatów na stół dla dziedziczki, właśnie on zagadał Danutę pierwszy raz.
Dzień dobry, ślicznotko, powiedział, patrząc jej prosto w oczy.
Danuta choćby nie spojrzała. Przesunęła się, by go ominąć.
Jak ci na imię?
Są tacy, co wiedzą, a tobie wiedzieć nie trzeba.
To go rozbawiło. Tak się zaczęło. Coraz częściej przyjeżdżał z dworem, chodził za nią, zagadywał, próbował żartować. Czasem aż się Danucie robiło gorąco od tych zaczepek, ale nie dawała po sobie poznać. Raz tylko, jak próbował ją objąć gdzieś koło stodoły, odepchnęła go ze spokojem, jakby odganiała natrętną muchę.
A jednak coś w niej poruszył. Złapała się na tym, iż częściej się uśmiecha. Zaczęła patrzeć na świat tak, jak kiedyś na świt, na mgłę nad polami. Poczuła w sercu dziwną, lekką tęsknotę. Ale to życie było nie dla niej.
Ich historia była krótka. Grzesiek raz pomógł jej, kiedy chciano ukarać małego chłopca przy dworze. Chciała wziąć chłopaczkowi karę na siebie, ale wtedy Grzesiek sam wstawił się za biedakiem. Serce jej pękło od złości na świat, a potem wieczorem, kiedy już wszyscy spali, pozwoliła mu się przytulić, pierwszy raz w życiu.
A co tam jest za lasem? zapytała cicho.
Miasto. Duże, z targiem i kościołami. Dalej już tylko kolej, a potem morze Tak mówią.
Morza nie widziała nigdy, choćby do Warszawy bała się pojechać. Ale wtedy zapragnęła ruszyć w świat, z dala od tej biedy, od tego batoga i przekleństw. Złapała Grześka za głowę, spojrzała mu głęboko w oczy:
Zabierzesz mnie? Weźmiesz za żonę?
A on młody, gaduła, odważny w słowie, ale bojący się poważnych decyzji zaczął się wykręcać, gadać o pieniądzach, o sprawach do załatwienia. Danuta już choćby nie słuchała, rozpaliła się do białości: chciała żyć, kochać, rzucić się w nowe życie.
Jesienią, po odjeździe młodego panicza z dworem i Grześka razem z nimi, Danuta została sama. Czekała, wypatrywała każdego wieczoru drogi do lasu, aż przyszła zima i znów przykryła wszystko śniegiem. Ludzie gadali, iż Grzesiek już dawno się ożenił, może choćby nie żyje, leży gdzieś na wsi bez ruchu, biedny i chory. Ona w to nie chciała wierzyć.
Gdy ktoś pytał ją, na kogo tak czeka, odpowiadała z uśmiechem:
Na swoje szczęście. Na Grześka. Obiecał, iż przyjedzie dziś.
Śmiali się z niej, odprowadzali wzrokiem, ktoś znak krzyża czasem zrobił, bo jak już ktoś zostanie sam na stare lata, to mu rozum wędruje w swoją stronę. Ale Danuta patrzyła w kierunku lasu, za którym według niej było morze, o którym śniła tylko z nazwy.
Czasem, latem, gdy powietrze pachniało świeżo skoszoną łąką, Danuta zakładała czystą koszulę, rozczesywała włosy i stawała na środku pola, patrząc daleko, jakby widziała to swoje szczęście już za horyzontem. I jeżeli akurat ktoś się zlitował, zapytał, na kogo czeka, mówiła z cichą radością:
Na Grzesia. Jeszcze dziś ma przyjechać.
A potem wracała do swojej pustej izby. Halina przychodziła rozpalać w piecu, próbowała rozmawiać.
I jak tam nogi? pytała.
A Danuta, nie patrząc, mruczała coś pod nosem:
Już tylko umrzeć On już nie przyjdzie. Już tylko śmierć mi została.
Wiesz, gdy o niej myślę, to przychodzi mi do głowy, iż nie każdy rodzi się, żeby być szczęśliwym. Jedni tylko po to, by czekać. I tak się to kończy.










