Miała siedemnaście lat, kiedy po raz ostatni zamknęła za sobą drzwi swojej komnaty w Wielkim Pałacu w Konstantynopolu. Za oknem plusk fontann, zapach kadzidła z kaplicy pałacowej — a przed nią statek, który miał zabrać ją tam, gdzie żadna cesarska córka jeszcze nie pojechała.
Nazywała się Anna. Urodzona w purpurze — porfirogeneta, jak mówiono w Bizancjum o dzieciach cesarza przychodzących na świat już po jego koronacji. To był tytuł, którego nie dawało się kupić ani zdobyć zasługami. Rodziło się z nim albo bez niego. A dziewczęta z takim tytułem miały jedną zasadę na całe życie: nie wychodzi się za mąż za barbarzyńcę z północy. Nieważne, ile ziemi posiada, ile ma wojska, jak bardzo błaga o rękę.
O Annę zabiegali władcy z całej Europy — cesarze, królowie, następcy tronu. Konstantynopol odpowiadał wszystkim jednakowo: nie. Bo oddać purpurową księżniczkę obcemu władcy znaczyło uznać go za równego cesarzowi. A na to nie było zgody dla nikogo.
Aż pojawił się Włodzimierz. Władca Rusi Kijowskiej, poganin, wojownik, człowiek, którego imię w Konstantynopolu wymawiano z niepokojem. To on wysłał wojsko na pomoc cesarzowi Bazylemu II, gdy ten dosłownie stał nad przepaścią — bunt generała groził zrzuceniem go z tronu. Ruska drużyna uratowała cesarza. A cena za pomoc była jasna: ręka siostry cesarskiej.
Bazyli obiecał. A potem zaczął zwlekać. Miesiąc, drugi, kolejny — żadnych przygotowań do ślubu, żadnych posłów z Kijowa. W pałacu liczono, iż sprawa jakoś sama wygaśnie.
Nie wygasła.
Anna siedziała przy oknie swojej komnaty ze zwojem żywotów świętych na kolanach — matka kazała jej codziennie czytać po godzinie — kiedy usłyszała na korytarzu bieganinę i głosy, zanim jeszcze ktokolwiek zapukał do jej drzwi. Chersonez padł. Włodzimierz zdobył jedną z najważniejszych twierdz cesarstwa nad Morzem Czarnym, przez którą szedł handel zbożem, solą i niewolnikami — i zdobył ją specjalnie, żeby przypomnieć Bazylemu o niespłaconym długu.
Do komnaty wpadła jej matka, jeszcze w nocnym stroju, z lampą, której płomień drżał od pospiesznego kroku. Zwój wypadł Annie z rąk i rozwinął się na podłodze przy jej stopach.
— Twój brat zwołuje radę. Ruski książę stawia warunek po raz drugi. Tym razem nie ma odmowy.
Anna uklękła, zwinęła pergamin z powrotem w rulon, zawiązała go tasiemką — powolnym, precyzyjnym ruchem, jakby to była jedyna rzecz w pokoju, którą wciąż mogła kontrolować.
— Kiedy płynę? — spytała, nie podnosząc głowy.
Nikt nie zapisał, co czuła tej nocy. Zapisano tylko, iż rankiem stała już na pokładzie, w todze podróżnej zamiast dworskiej sukni, i iż nie odwróciła się, kiedy statek odbijał od nabrzeża.
Statek płynął długo. Dunaj, potem lądem, potem znowu rzeką — a na końcu drewniany Kijów, zupełnie inny od marmurowego Konstantynopola. Zamiast kopuł ze złota — częstokoły. Zamiast bruku — deski położone w błocie, po których trzeba było iść, żeby nie ugrzęznąć po kostki. Anna zszywała rąbek sukni jeszcze na statku, wiedząc, iż na lądzie i tak trzeba ją będzie unosić.
Włodzimierz czekał na brzegu z drużyną. Podanie mówi, iż kazał ochrzcić się jeszcze w Chersonezie, tuż przed ślubem — jakby chciał przyjść do niej już innym człowiekiem, niż ten, którego imię budziło grozę w Konstantynopolu. Anna przyjrzała mu się z pokładu, zanim jeszcze zejście po trapie stało się nieuchronne, i pomyślała, iż wygląda inaczej niż wojownik z opowieści posłów — starszy, cięższy, z brodą przystrzyżoną na sposób, który miał chyba przypominać bizantyjskich dworzan.
Na ślub przywiozła ze sobą nie tylko posag w złocie i tkaninach. Przypłynęli z nią kapłani znający grecki obrządek, budowniczowie umiejący stawiać kamienne mury, malarze ikon, skrybowie z zapasem pergaminu i barwników. Rozpakowywano skrzynie tygodniami — ikony owinięte w wosk, naczynia liturgiczne, księgi w skórzanych okładkach, których w Kijowie jeszcze nikt nie umiał czytać.
Wieczorami, kiedy Włodzimierz wracał z narad z drużyną, siadał przy niej i pytał, jak to się robi w Konstantynopolu — jak spisuje się prawo, jak buduje kancelarię, komu powierza się pieczęć. Anna odpowiadała krótko, czasem tylko wskazując palcem na jedną z ksiąg, które przywiozła. Nie planowała niczego wielkiego. Robiła to, co znała z dzieciństwa, jak nawyk, którego nie umiała odłożyć choćby w drewnianym mieście pachnącym dymem i mokrą korą.
W ciągu kilku lat w Kijowie stanęła pierwsza murowana świątynia — Cerkiew Dziesięcinna, budowana przez rzemieślników, którzy przybyli razem z Anną. Zaczęto spisywać kroniki. Dwór zaczął wyglądać inaczej — nie jak obóz wojenny, a jak siedziba państwa, które chce być traktowane poważnie przez sąsiadów.
Zmarła w 1011 roku. Pochowano ją w tej samej Cerkwi Dziesięcinnej, którą pomogła zbudować, w marmurowym sarkofagu — jednym z niewielu kamiennych przedmiotów w mieście, które wciąż budowano głównie z drewna. Kilka lat później obok niej złożono jej męża.
Leżą tam do dziś, oboje w tej samej ziemi, do której siedemnaście lat po urodzeniu w złotej komnacie popłynęła dziewczyna, która nie chciała jechać — i została.











