Ptak szczęścia
Waluś, ile można na ciebie czekać? Siadaj wreszcie! zawołała Ania, sąsiadka Walentyny Malinowskiej, poprawiając się wygodniej na świeżo odmalowanej ławeczce pod oknem.
A co teraz robić wieczorem? Siedzieć w domu przed telewizorem z kotką Mruczką? Nuda! A na podwórku wiosna, choć jeszcze dopiero kwiecień, a już ciepło jak latem. choćby wiśnia, którą jeszcze za życia Ani mąż Zbyszek posadził pod blokiem, obsypała się kwiatami. Ławeczka, którą Zbyszek własnoręcznie sklecił, już czekała na pogaduchy sąsiadek. Tydzień temu Ania ją pomalowała, teraz aż błyszczy i prosi się o kolejne spotkanie. Kobiety przysiadają, a wtedy zaczynają się rozmowy: o dzieciach, o zdrowiu, o życiu, o miłości.
O czym innym miałaby rozmawiać kobieta z kobietą? Znają się jak łyse konie, a zawsze znajdzie się coś nowego, żeby rozmowę ciągnąć dalej. Dzieci rosną, zdrowie psuje się coraz bardziej, a miłość? Miłości zawsze za mało, nigdy zbyt wiele. Czeka się na czyjeś zwierzenie o tym, jak to jest być kochaną. Posłuchać, rozmarzyć się może wtedy i w sercu trochę cieplej się zrobi. choćby jeżeli u siebie w środku tylko cisza i pustynia, to świadomość, iż gdzieś istnieje szczęście, daje nadzieję.
Anna Aleksandrowna po prostu Ania dla sąsiadek znała Walentynę tyle, ile sięga pamięcią. Przesiedziały razem na jednej klatce jakieś pół wieku. Jako dzieci, matki nie zamykały drzwi na klucz każdy wiedział, iż dziewczyny biegając, pobawią się raz w jednym, raz w drugim mieszkaniu. Potem dopiero przypomniały sobie o zamkach, kiedy Ania i Wala wybrały się szukać szczęścia. Miały wtedy po sześć lat.
Do Ani przyjechała babcia z Lubelszczyzny. Opowiadała, iż największym szczęściem jest złapać ptaka szczęścia za ogon i zatrzymać go przy sobie. Wtedy wszystko w życiu się ułoży, będzie lekko, spokojnie, a ludzie wokół przestaną się kłócić. Dziewczynki nie wszystko rozumiały, ale to żeby rodzice się nie kłócili weszło im do głowy. Postanowiły znaleźć tego ptaka.
Ania twierdziła, iż wie, gdzie ptak mieszka w sąsiednim bloku, u takiego dziwacznego dziadka z gderliwym głosem. Czasem wynosił ptaka na podwórko wielkiego, barwnego, który krzyczał dziwnym głosem. To na pewno ptak szczęścia! choćby w zoo takich nie widziały.
Przygotowały się jak na prawdziwą ekspedycję. Przyniosły od Ani z balkonu starą klatkę po króliku, bo przecież trzeba ptaka gdzieś zamknąć, nie będą trzymać za ogon cały czas. Dorzuciły chleb i herbatniki, a Wala jeszcze kolorowy cukierek może ptak lubi słodkie? Gdyby dały tylko chleb, a ptak lubiłby coś innego, mogłyby sprawę przegrać!
Nie spieszyły się. Anina babcia już wyjechała, obiecując zabrać wnuczkę na całe wakacje, a rodzice właśnie pakowali się nad morze wspólnie z sąsiadami, wszystkimi dziećmi, żeby taniej. Do morza blisko dwie godzinki jazdy samochodem, choćby nie zdążysz się zdrzemnąć, a już jesteś. Dom nad morzem, choć wiekowy, solidny, z dużym podwórkiem, huśtawką i morzem za rogiem marzenie!
Ania nie mogła się doczekać tej wyprawy, ale szkoda jej trochę Wali, bo nie miała żadnej babci. Jak to tak, żyć bez babci? Kto cię rozpieści po cichu, kto opowie bajkę długą, jak nie ma się czasu zmywać i prać? Kto zrobi szydełkowy kapelusik z wstążką? Ania myślała, iż jak złapią ptaka, to i Wala babcię znajdzie może choćby z tej samej wsi spod Lublina. A wtedy nie trzeba się będzie rozstawać przez całe lato. Warto było spróbować!
Dzień przed wyjazdem dziewczyny ogłosiły mamom, iż idą się bawić do koleżanki i wymknęły się z domu. Przeszły przez podwórko, potem sąsiednie, i już były pod szarym blokiem, tam gdzie ponoć mieszka ich ptak.
Wszystko było cicho i pusto. Słońce grzało, więc ludzie poznikali do domów albo do pracy. Spojrzały na siebie i co teraz? Nie było choćby kogo zapytać, gdzie ptak. Wala już wykrzywiała twarz do płaczu, ale Ania nie zwykła się poddawać. Trzeba działać! Marzenie o babci dla Wali, lodach na patyku i wspólnych sukienkach w grochy nie może przepaść a rodzice znowu się pokłócą, jeżeli nie znajdą ptaka szczęścia!
A czemu wredny? Bo gdyby był dobry, siedziałby na gałęzi, pod blokiem nie trzeba by go szukać. Ale go nie było!
Ania złapała Walę za rękę i poprowadziła ją do klatki. Lepiej działać, niż stać i się rozglądać. Postukali do drzwi losowego mieszkania i zadawali ważne pytanie:
Gdzie mieszka ptak szczęścia?
Dorośli dziwacy, nie umieli prosto odpowiedzieć nie, pokrzykiwali, machali rękami, a jedna pani choćby postraszyła klapsem! Dziewczynki uciekły, ale zapamiętały zielone drzwi z dziwną klamką tam nigdy już nie zapukają. U złych ludzi ptak szczęścia z pewnością nie mieszka.
W jednej jedynej klatce się udało drzwi otworzył chłopak starszy od nich o parę lat. Wzruszył ramionami:
Wejdźcie!
Ptaka nie było, ale tylu ciekawych rzeczy jeszcze nie widziały straszne maski, w których mieszały się kolory, duże muszle, w których szumiało morze, model żaglowca z żaglami i marynarzami na pokładzie.
Taty robota. Święta Anna.
Tak jak ja mam na imię! zawołała Ania, cofając palec, i uśmiechnęła się szeroko.
Serio? To imię mojej mamy! Ale ona teraz w pracy. Zaraz wróci. A wy dlaczego same chodzicie? Co, nie boicie się kary?
I wtedy dziewczynki przypomniały sobie i o ptaku, i o porze obiadu, a to znaczy, iż zaraz będą poszukiwania i krzyki rodziców. A stanie w kącie, kiedy mama się denerwuje, to żadna przyjemność.
Walka, biegnijmy!
Chwyciły się za ręce, wybiegły zostawiając klatkę, kiedy chłopak dobiegł do nich w progu.
Zaczekajcie! zawołał. Mam coś dla was!
To były pawie pióra, tak piękne, iż dziewczynki zaniemówiły z zachwytu.
Co to?
To pawie pióra z zoo. Mama mi przynosi. Weźcie, proszę!
Dziewczynki delikatnie przyjęły ten cud, nie mogąc oderwać oczu, i popędziły do domu.
Tam czekała już burza.
Zapłakane matki szukały córek na podwórku, ojcowie nerwowo krążyli przy wejściu i wyczekiwali dzielnicowego, który kazał czekać na instrukcje. Gdy zobaczyły dziewczynki, mama Wali osunęła się na ziemię.
Znalazły się
Były łzy, buziaki i pas. Na szczęście został czas tylko na krótkie reprymendy.
Dwa dni później, siedząc na huśtawkach przed letnim domkiem, który rodzice wynajęli na czas urlopu, dziewczynki szeptały:
Wiesz, Walka, chyba już nie potrzebujemy tego ptaka.
Dlaczego?
Bo babcia mówiła, iż najważniejsze szczęście to wiedzieć, iż jest ktoś, kto cię kocha.
No i?
No to jak? Przecież widziałaś, jak płakali, jak nas nie było. Martwili się, iż nas stracą. jeżeli nie kochają, to by nie płakali, prawda?
Chyba tak.
To znaczy, iż jesteśmy szczęśliwe!
Na pewno?
Tak, wiem to!
A rodzice?
Widzisz, byli spokojni przez dwa dni? Nie kłócili się?
Nie.
Więc mogą się nie kłócić, tylko nie zawsze chcą. Żaden ptak im w tym nie pomoże. Rozumiesz?
Rozumiem.
Tamto lato było najpiękniejszym ze wszystkich wspólnych wspomnień dzieciństwa.
Anna Aleksandrowna zawsze cieszyła się, iż może podzielić się tymi wspomnieniami z Walentyną. Łatwiej pamiętać we dwie. Walentyna zawsze pamiętała wszystko lepiej, była spokojniejsza i bardziej opanowana. Ania była jak rtęć żywa, ciekawska, ciągle w biegu. Wala zatrzyma się, pomyśli, przejrzy w głowie wszystko po kolei, zanim ruszy dalej.
Gdy Ania poznała swojego przyszłego męża, nie od razu przypomniała sobie chłopca z pawimi piórami. Spotykali się ponad miesiąc, aż pewnego dnia trafiła do niego do domu.
Święta Anna
Statek stał dokładnie tam, gdzie widziały go z Walą dwa małe dziewczyny. Choć miały już po dwadzieścia trzy lata, a Wala była już mężatką, Ania poczuła się znowu tą małą dziewczynką, która boi się dotknąć figurki, żeby czegoś nie zepsuć. Po ślubie wyciągnęła z ulubionej książki pawie pióro bezcenną pamiątkę i pokazała mężowi.
Pamiętasz?
Śmiali się razem, gdy mąż usiłował przypomnieć sobie to spotkanie sprzed tylu lat.
A potem zaczęło się szczęście. Długie, prawie trzydziestoletnie, z troskami i radościami, z pierwszymi krokami córki, a potem syna, z chorobą, którą Zbyszek odebrał Ani, szukając najlepszych lekarzy i trzymając ją za rękę przez długie tygodnie, kiedy przyszłość krążyła za drzwiami. Był też dzień, kiedy czas się zatrzymał, a Ania przestała oddychać, zapominając, jak to się robi odeszła razem z Zbyszkiem
Wala była przy niej nie pozwoliła jej zniknąć. Odtrzeźwiła, przytuliła jak dziecko.
Trzymaj się, Aniu. Masz dzieci
I Ania powoli podniosła się na nogi zostało jeszcze szczęście, choć inne, niepełne, jednak dane przez Zbyszka: dzieci, wnuki. Choć każde poszło w swoją stronę, Ania wiedziała, iż jest potrzebna i kochana. Może pojechać do syna w Warszawie lub do córki w Poznaniu, wszędzie witają ją z radością. Może poczekać na ferie, wtedy w jej domu zamieszkają wnuki, a w domu znowu zawrze życie i nie będzie czasu w samotność. choćby najstarsza wnuczka, choć udaje, iż jest już dorosła, przysiada się po cichu do młodszych i słucha bajek, choć zna je na pamięć.
Znów jest spokój i euforia w sercu Delikatna, lekka jak piórko. Może nie tak piękna jak to pawie z dawnych lat, ale równie upragniona.
Nie każdemu tak się wiedzie. Nieraz, choćbyś prosiła, szczęścia od losu nie wyciągniesz. Ale Wala i Ania miały szczęście. Nie złapały wtedy ptaka za ogon, ale nie przegapiły swojego szczęścia odkryły, co jest ważne dla kobiety. Dla każdej to coś innego. Dla nich to to, co wtedy sobie wymarzyły: żywe, zdrowe dzieci, a reszta Przyjdzie, jeżeli tylko umie się o nią zawalczyć.
Wala miała o co walczyć. Nie mogła mieć własnych dzieci z mężem, choć się bardzo kochali. Ludzie aż im zazdrościli, iż wszędzie razem, nigdy się nie nudzą, cierpliwie znoszą się nawzajem. Sąsiadki narzekały na swoich, a Wala milczała, nie chcąc zdradzać sekretu własnej szczęśliwości.
Z rodziną bywało różnie. Mąż Wali, Andrzej, miał cały rój cioć i dwie siostry obie nieznośne! Niełatwo się dostosować, kiedy wychodzisz za mąż do tak wielkiej rodziny. Wszystkim wszystko było trzeba wiedzieć: co robią, co kupują do kawy Nigdy Wala nie była wystarczająco dobra.
Teściowa Wali, Maria, była za to cudowną kobietą. Jako jedyna przyjęła Walę z otwartymi ramionami, traktując jak własną córkę. Mimo trudów własnej historii bo jej mąż odszedł nagle i założył inną rodzinę zawsze była dobra i wyrozumiała. Sama przeżyła ból porzucenia i samotnego wychowywania dzieci. Może dlatego rozumiała Walę jak nikt inny.
Pomogła też Walentynie i Andrzejowi znaleźć syna. Pracując jako pielęgniarka na porodówce, natknęła się na porzucone niemowlę. Dzięki Marii, Wala i Andrzej wyjechali na rok i przywieźli synka Pawła. Reszta rodziny mruczała pod nosem, ale Maria i Wala były nieugięte. Sióstr męża też się nie bały wiedziały, iż w końcu się podporządkują.
Tak żyli: Wala z mężem i Pawłem, Ania z rodziną razem się wspierali i zaprzyjaźniali. Dzieci wychowywały się wspólnie, a drzwi stały otworem jak za dawnych lat.
Potem zmarł Zbyszek, a w końcu i Andrzej. Choroba, nikt się nie spodziewał. Wala zupełnie się podłamała, ale wtedy w roli opiekunki stanęła Ania. Przypomniała przyjaciółce, iż pozostało dla kogo żyć: Paweł, Maria, rodzice.
Walu, nie możesz tak rozpaczać. Andrzej by tego nie chciał. Ty z tej miłości powinnaś czerpać siłę!
Walentyna naprawdę się podniosła. Paweł poszedł do wojska, zrobił się oficerem, miał rodzinę, dwoje dzieci. Jego żona, Sylwia, bardzo zbliżyła się do teściowej, podobnie jak Wala do niej. Sylwia miała już dziecko z poprzedniego związku, ale Wala od razu przyjęła wnuka jak swojego. Dla niej nieważne były więzy krwi, liczyło się serce.
Waluś, kiedy na działkę jedziemy? Zrobiło się ciepło! rzuciła Ania, podnosząc głowę i spoglądając przez kwitnące gałęzie wiśni.
W weekend. Muszę jeszcze pookna myć!
Zapomniałam, w tym roku Wielkanoc gwałtownie wypada, faktycznie trzeba się sprężać! Twoi przyjeżdżają?
Na dwa dni. Starszy chce zobaczyć Warszawę, bo na studia planuje. Może mniejsze zostawią na parę tygodni. A twoi?
Moi dopiero na lato, szkoła, kończą dopiero semestr.
Tylko półtora miesiąca!
Tyle czekania
Tak już jest, jak na coś się czeka. Czas się ciągnie, a potem mija jak sekunda i znowu trzeba czekać. Ale, wiesz, Aniu
Co?
Za tę sekundę dalabym wszystko. Żyjesz potem tym jednym momentem, szczęście się zbiera jak koraliki. Tylko czasem nie widzimy, ile zostało nam dane.
Masz rację! Pamiętasz, jak szukałyśmy ptaka szczęścia?
Jasne, pamiętam! A potem przez tydzień nie mogłam usiąść po tej wyprawie, mama się tak przejęła, iż tata aż mi przepisał, żeby pamiętała następnym razem nie broić! Z tobą wtedy było najweselej!
Było! Ale wiesz co, Waluszku?
No?
Myślę, iż jednak złapałyśmy wtedy ptaka za ogon. choćby nie zauważyłyśmy jak, ale był z nami całe nasze życie. Inaczej jak wytłumaczyć, iż mamy to, o co inne całe życie proszą, a nie dostają: rodziny, mężów takich, dzieci cudownych, wnuki Co, powiesz, iż nie jesteśmy szczęśliwe?
Masz rację! choćby czasem trzeba temu naszemu ptakowi podziękować, żeby jeszcze pomachał skrzydełkami dla tych, których kochamyObie kobiety spojrzały w niebo nad blokiem, gdzie na tle zmierzchającej purpury przeciągnęła się sylwetka szpaka. Ania westchnęła.
Ptak szczęścia Może wcale nie wygląda tak jak sobie wyobrażałyśmy, Walu. Może po prostu przysiada czasem obok na ławce, pachnie kawą i wilgotną ziemią, szepcze, iż dobrze jest żyć powiedziała cicho.
Wala skinęła głową. Przez moment trwały w ciszy, przyglądając się niewidocznym już dzieciom, które kiedyś biegały boso po tym samym podwórku.
Bo szczęście, Aniu, to czas, który nam dano, i ludzie, którzy zostali. Tak sobie myślę, iż gdybyśmy to wiedziały dawniej, dziękowałybyśmy za każdy dzionek, choćby najbardziej zwyczajny.
Odgłos otwieranych drzwi przerwał zamyślenie. Z klatki schodowej wybiegła mała wnuczka Anny i z impetem wtuliła się w jej ramiona.
Babciu, a opowiesz mi dziś bajkę? zapytała, podnosząc do niej ufne oczy.
Ania pocałowała dziewczynkę w czubek głowy, śmiejąc się cicho do sąsiadki.
Widzisz, Waluszku? Oto właśnie jest mój ptak szczęścia. I chyba twój też.
Walentyna ujęła dłoń przyjaciółki; zmarszczone palce, splecione pewniej niż wtedy, gdy były sześciolatkami szukającymi cudów.
To co? Idziemy do domu? Zaparzę herbatę z miodem. I opowiesz nam bajkę, jak nikt inny na świecie.
Idziemy, Wala. Na nasz wieczór. I na nasze szczęście.
Ptasie trele ucichły już na nocnych drzewach. ale na tej małej ławeczce pod blokiem oba ptaki szczęścia właśnie przysiadły na chwilę, na wieczność, na cały świat.









