Przypadkowo podsłuchana rozmowa zmienia wszystko: Jak Zosia odkryła prawdę o swojej rodzinie i przyjaciołach, gdy koleżanka nie rozłączyła połączenia

twojacena.pl 6 godzin temu

Po nocy pełnej dziwnych obrazów, Zofia nagle znalazła się nad Wisłą, która nagle zaczęła płynąć przez jej rodzinne podwórko w małej wsi pod Łomżą. Jest lato, powietrze pachnie lipą, a dom porośnięty bluszczem drży na wietrze jak żywy. Kocur jej przyjaciółki, Bazyl, przemykał przez pokoje, pozostawiając za sobą ślady błota.

W tym właśnie domu, Zofia siedziała w kuchni i mieszała kompot wiśniowy, gdy zadzwoniła Halina, jej najbliższa przyjaciółka ze szkolnych czasów. Rozmawiały szeptem, bo wszędzie dookoła szerzyła się senny spokój. Halina chciała zaprosić Zofię z mężem, Jarosławem i ich gromadką dzieci Marysią, Jadwigą, Bogusią i Helcią na weekend na wieś. Przyjedźcie, rozpali się ognisko, pójdziemy do lasu na jagody, a Mazurki poskaczą w stawie! śmiała się Halina przez telefon. Zofia powiedziała, iż musi się naradzić z Jarkiem i oddzwoni.

Telefon, jakby zaklęty, nie został odłożony. Z kompotu wiśni wyciągnęła swój głos, a zamiast sygnału rozłączyło rzeczywistość usłyszała rozmowę Haliny z mężem, Leszkiem. Słowa leciały przez kuchenne firanki niczym natrętne muchy. Halina śmiała się szyderczo z Zofii:

Ta Zofia to jeszcze wyznaje, iż dzieci to największy skarb, a tymczasem ledwo im starcza na rachunki. Dom mają taki, iż choćby bociany wolą go omijać! A dzieciaki pierzgają po podwórku jak zdziczałe zające. Całą lodówkę zapełniają mlekiem i kiszonymi ogórkami, a ona tylko o pieluchach i kaczkach potrafi opowiadać.

Leszek dodał twardo:

Jej stary to kawał gbura, w pracy tylko narzeka i rozkłada ręce, a na imprezach kręci nosem na nasze nalewki. Oni się tylko do roboty nadają, zaprośmy ich, podkręcą trawnik, a może i piwnicę uprzątną.

Zofia, jakby zamieniła się w jaszczurkę zmrożona, słuchała z niedowierzaniem. W kuchni wykwitły czerwone maki, a czas stanął w miejscu. Potem radio zaczęło grać Mazurka Dąbrowskiego, a z głośników padało: Jeszcze Polska nie zginęła, póki Zofia słucha.

Po chwili do kuchni wszedł Jarek z gazetą wyłożoną na stronie z cenami jabłek Rośnie wszystko, tylko nasze szczęście maleje westchnął. Zofia opowiedziała o podsłuchanej rozmowie. W snach czas płynie odwrotnie, więc zaraz potem zadzwonił Leszek i jakby nigdy nic powiedział, iż on z Haliną jednak przyjadą w sobotę. Przyniesiemy słoiki z kompotem i trochę wafelków dla dzieci. Jarek przytaknął i schował emocje do kieszeni koszuli.

W sobotę Halina i Leszek rzeczywiście wpadli z tanimi przetworami po promocji w Biedronce i czekoladkami zawiniętymi w szeleszczący papier. Ledwie usiedli przy stole, Leszek rzucił:

Słyszałem, iż teraz to wam gotówki pewnie brakuje, bo dzieci was pewnie zjadają! Ale nie szkodzi, tu się najecie jak u mamy na Wielkanoc. Pomożecie potem z noszeniem drzewa na opał, przyda się wasza gromadka.

Zofia zaniemówiła. Kawa wylała się z filiżanki, a ciasto drożdżowe wyrosło jeszcze bardziej, jakby chciało uciec z brytfanki.

Halina spojrzała z przekąsem na Jadwigę i Bogusię:

A wy to dalej z tym swoim kariera, kariera, dzieci żadnych, co? Tylko prostacy mnożą się jak króliki, ludzie z klasą cenią sobie spokój i święty spokój.

Cisza poczęła się jak rosa na oknie. Zosia i Jarek poczuli, iż krajobraz wokół nich rozlewa się jak lukier, a słowa Haliny przyklejają się do butów. Wymienili spojrzenia, w których kręciły się chmury i dziwna pewność, iż lepiej już więcej nie zapraszać tych ludzi z powrotem do swego świata.

Goście znudziwszy się, wymyślili pretekst i odjechali, a Zofia i Jarek zostali przy kuchennym stole pośród buraczanego ćwikły, w którym odbijało się ich wzajemne zaufanie lub jego cień.

Więc, co ty byś zrobiła? Czy w tym śnie należy być milszym dla ludzi, którzy ranią, czy może należy zamknąć furtkę, przez którą płyną obce rzeki?

Idź do oryginalnego materiału