Przypadkowe powiadomienie
Mój telefon leży ekranem do dołu na szafce nocnej, jak zawsze. choćby nie zamierzałam go brać. Sięgałam tylko po szklankę wody, ręka musnęła gładką ramkę, i ekran sam się rozświetlił przypadkowo, tak jak przypadkiem rozświetlają się sprawy, które lepiej by było zostawić w ciemności.
Zobaczyłam jedną linijkę. Tylko tyle, w powiadomieniu z komunikatora.
Też tęsknię. Dzisiaj było tak dobrze. Twoja Iza.
Najpierw nie zrozumiałam. Patrzyłam na te słowa przez sekundę, potem kolejną, jakby były po obcym języku i potrzebowałam czasu w tłumaczenie. Odwróciłam wzrok, spojrzałam na śpiącego męża. Tomek leżał na boku, twarzą do ściany, ramieniem lekko uniesionym, oddychał równo i spokojnie, jak człowiek, który nie ma sobie nic do zarzucenia.
Twoja Iza.
Iza. Izabela Sokołowska. Przyjaciółka. Ta, która trzy miesiące temu pomagała nam wybierać farbę do pokoju dziecięcego. Ta, która setki razy piła u mnie herbatę w kuchni. Ta, która tydzień temu dzwoniła i żaliła się, jaka to ona samotna, jak ciężko znaleźć normalnego faceta, iż już ma dość tej samotności.
Ostrożnie wzięłam łyk wody. Odstawiłam szklankę. Wstałam z łóżka tak cicho, iż podłoga choćby nie zaskrzypiała. Wyszłam na korytarz, uchyliłam drzwi sypialni, poszłam do kuchni, zapaliłam jedynie lampkę nad blatem, nie górną, nie chciałam zbyt ostrego światła, choć to chyba nie światło mnie kłuło w oczy.
Usiadłam przy stole i wpatrywałam się w pusty blat.
Za oknem była zwyczajna noc, październikowa, z rozmytymi światłami bloków po drugiej stronie podwórka. Czajnik stał na kuchence, z wodą od wczoraj. choćby go nie włączyłam. Po prostu siedziałam.
Dzisiaj było tak dobrze.
Kiedy dzisiaj? W środę Tomek wrócił do domu po dziewiętnastej, powiedział, iż był z klientami, iż poszli do restauracji, wszystko, zmęczony jestem, chcę spać. Podgrzałam mu obiad, którego prawie nie tknął. Potem trochę oglądaliśmy telewizję, zasnął na kanapie, przykryłam go kocem. Ja przykryłam. Swoimi rękami.
Zacisnęłam palce na blacie.
Staś spał za ścianą. Ma osiem lat, śpi twardo, czasem mówi przez sen o samochodzikach, szkole, coś śmiesznego. Jutro musiałam go zawieźć na basen na dziewiątą. Kupić chleb. Zadzwonić do mamy, do której nie dzwoniłam od czterech dni, na pewno się obraziła.
Zwykłe życie, proste, było właśnie tu w tych drobiazgach. A pod nim, okazało się, żyło coś jeszcze. Coś równoległego. Z innymi wiadomościami, innymi kolacjami, inną kobietą, która podpisuje się twoja.
Wstałam, podeszłam do okna. Na parapecie stała doniczka z pelargonią, której nie lubiłam, ale podlewałam uparcie, bo kiedyś przyniosła ją sąsiadka. Żyła, choć była trochę zakurzona, odporna.
Nie wiem dlaczego, myślałam o tej pelargonii bardzo długo. Potem wróciłam do stołu.
Trzeba coś postanowić. Albo nie postanawiać jeszcze nie teraz. Nie wiedziałam, co będzie adekwatne. W środku było cicho, tak cicho, jak bywa przed burzą. Nie płacz, nie krzyk, tylko ostra cisza.
Siedziałam tak do czwartej rano. Nic nie robiąc. Po prostu patrząc, jak gasną światła w oknach na podwórku. Potem w końcu włączyłam czajnik. Zaparzyłam herbatę, której nie dopiłam. Umyłam kubek. Wróciłam do sypialni. Położyłam się obok męża, nie dotykając go, patrząc w sufit.
Tomek spał.
Słuchałam jego oddechu i myślałam, iż jeszcze wczoraj ten oddech był po prostu częścią nocy jak szum lodówki czy przejeżdżające za oknem autobusy. A teraz każdy oddech był inny. Jakby pierwszy raz od tylu lat usłyszałam go naprawdę i nie mogłam tego znieść.
Rano wstałam wcześniej od niego. Obudziłam Stasia, dałam mu owsiankę, marudził, bo wolałby kanapkę z szynką. Zrobiłam mu tę kanapkę. Zawiązałam mu sznurówki, bo jeszcze nie umie szybko, a czasu było mało. Wzięłam go za rękę i wyszłyśmy z domu.
Było chłodno, pachniało mokrym asfaltem i liśćmi. Staś szedł obok, opowiadał coś o matematyce, iż pani była niesprawiedliwa, bo wszystko rozwiązał dobrze, a ona powiedziała, iż nie. Kiwałam głową, odpowiadałam na autopilocie, jak od lat odpowiednio, we adekwatnych momentach.
Na basen zdążyliśmy. Przekazałam go trenerowi, postałam chwilę przy drzwiach, patrząc jak biegnie do kolegów, śmieje się, zwykły chłopak z plecakiem. Wyszłam na zewnątrz.
Na ławce wyjęłam telefon. Znalazłam w kontaktach Iza S. Patrzyłam na to imię. Schowałam telefon.
Nie teraz.
Jeszcze nie teraz.
Te pierwsze dni przypominały przekładanie starych zdjęć szukałam detali, których wcześniej nie widziałam. Myślałam, jak długo to trwa. Oto my we troje na urodzinach Izy w maju. Tomek śmieje się z jej żartu, ja wtedy choćby pomyślałam: Jak to dobrze, iż dogadują się z moją przyjaciółką. Oto Iza wpada do nas w sobotę, pomaga wybrać zasłony, długo gadają z Tomkiem w kuchni, gdy układam Stasia spać. Pytam potem: o czym rozmawialiście? Tomek: o pracy, przecież ona jest architektką, pytałem o biuro. Kiwam głową. Oczywiście.
Oczywiście.
Nie płakałam. Zdziwiło mnie to. Czekałam na łzy nie przyszły, tylko suchość w gardle i ciężar pod żebrami. Jadłam, spałam, gotowałam, odpowiadałam na telefony. Tomek nic nie zauważył. Był tak samo uważny jak zawsze, nie bardziej, nie mniej. Pytał, jak dzień. Czasem całował w policzek, wychodząc do pracy. Podstawiałam policzek.
Czwartego dnia zadzwoniła Iza.
Telefon zawibrował w kieszeni, zobaczyłam jej imię i aż mnie ścisnęło w środku. Potem wypuściłam powietrze, odebrałam i odezwałam się najzwyczajniej w świecie.
Cześć, Iza.
Lena, cześć! Gdzie się podziewasz? Pisałam w poniedziałek, nie odpisałaś.
Głos jak zawsze. Ciepły. Odrobinę winny, jakby żałowała, iż mogła mnie urazić. Ta czułość bolała najbardziej.
Przepraszam, zakręciło się. Staś trochę się rozchorował skłamałam, lekko, jakby to było najprostsze.
Ojej, co mu? Gorączka?
Nie, tylko katar. Już lepiej.
Uff, przestraszyłaś mnie. Słuchaj, chcę zapytać w sobotę jesteście wolni? Może wspólne wyjście, dawno się nie widzieliśmy.
Patrzyłam w ścianę. Wisiało na niej zdjęcie my z Tomkiem nad morzem, sześć lat temu, Stasi nie było na świecie, śmiejemy się, rozwiewa nam włosy. Dobre zdjęcie.
W sobotę raczej nie damy rady rzuciłam. Oddzwonię bliżej końca tygodnia, dobrze?
Pewnie, jasne. Wszystko okej? Jakoś dziwnie brzmisz…
Zmęczona jestem. Nic więcej.
Na pewno? Lena, jak coś, dzwoń.
Wiem, Iza. Dzięki. Pa.
Rozłączyłam się. Podeszłam do tego zdjęcia na ścianie. Spojrzałam na swoje roześmiane oczy. Zdjęłam je z haczyka i schowałam do szuflady.
Tej nocy w końcu się popłakałam. Po cichu, w łazience, z odkręconą wodą, żeby nie było słychać. Długo, brzydko, do spuchniętych oczu. I płakałam nie za mężem, choćby nie o to, iż okazał się kimś innym. Płakałam za tamtą wiarą, latami, za sobą, która ufała tak naiwnie. Za słusznością tej wiary. Za tym, iż Staś będzie dorastał w rodzinie, gdzie tata kłamał, a on się o tym nie dowie albo dowie się za późno.
Potem umyłam twarz zimną wodą. Spojrzałam w lustro. Trzydzieści osiem lat. Ani młoda, ani stara. Zwykła twarz i podpuchnięte oczy. Pomyślałam: jutro w pracy muszę być normalna.
I jeszcze pomyślałam: nie wolno po prostu odpuścić. Nie wolno pozwolić im żyć, jakby nic się nie stało. Jakby ich tajemnica i to, co ja z Stasiem mamy, mogło być tylko tłem. Nie wolno.
Wróciłam do sypialni. Tomek spał. Położyłam się obok.
Trzeba będzie myśleć.
Przez następne dwa tygodnie żyłam podwójną codziennością. Na zewnątrz wszystko wyglądało jak zawsze. Gotowałam, chodziłam do pracy, woziłam Stasia na basen, rozmawiałam z Tomkiem, czasem choćby śmiałam się z jego żartów, bo były naprawdę zabawne, a tego nie umiałam wyłączyć. Czasem łapałam się, iż zapominam na chwilę po prostu żyję. I wtedy było najgorzej, bo znaczyło to, iż potrafię żyć obok niego jak dawniej.
A w środku trwała praca cicha, systematyczna. Nie wynajęłam detektywa. Po prostu obserwowałam. Jak Tomek bierze telefon i wychodzi do drugiego pokoju. Jak się uśmiecha sam do siebie do ekranu, a gdy zauważa mój wzrok, odkłada go na bok. Jak znów w środę wrócił późno, znów z klientami, znów nie miał apetytu.
Któregoś wieczoru, gdy był pod prysznicem, wzięłam jego telefon. Znałam kod rok urodzenia Stasia. Włączyłam komunikator. Przejrzałam rozmowę z Izabelą.
Czytałam szybko, nie wszystko, tylko tyle, by zrozumieć skalę. Wystarczyło pięć minut. Zaczęło się w lipcu. Trzy miesiące. Gdy malowaliśmy pokój dziecięcy, gdy Staś przechodził do drugiej klasy, gdy jeździłam do mamy na imieniny sama, bo Tomek miał sprawy oczywiście rozumiałam.
Odstawiłam telefon, wyszłam do kuchni. Włączyłam płytę. Kroiłam cebulę do zupy. Równo, w kostkę.
Tomek wyszedł z łazienki w ręczniku, zajrzał.
O, zupa? Fajnie, jestem głodny.
Za pół godziny będzie powiedziałam.
Mój głos był spokojny. Moje ręce równo kroiły, wszystko było równe.
Tej nocy postanowiłam, iż będzie kolacja.
Nie od razu. Potrzebowałam czasu, nie w sensie zemsty nie myślałam o zemście. Chciałam po prostu na własne oczy zobaczyć ich razem, w moim domu, przy moim stole, i powiedzieć im to, co chcę. Spokojnie. Bez krzyku. Wiem, iż krzykiem tylko sobie robi się krzywdę a potem oni opowiadają sobie, iż ona jest niestabilna.
Zadzwoniłam do Izy w piątek wieczorem.
Iza, odnośnie soboty. Wpadnij do nas. Ugoruję coś, pogadamy, Tomek też będzie.
Krótka pauza. Nic sekunda, ani chwila.
Super. O której?
Na siódmą. Będziesz?
Pewnie. Coś przynieść?
Nic nie trzeba.
Odłożyłam telefon. Weszłam do pokoju, gdzie Tomek oglądał telewizję.
Zaprosiłam Izę w sobotę. Wreszcie normalny obiad, dawno nie byliśmy razem.
Tomek spojrzał na mnie. Coś przemknęło mu po twarzy ulotnie.
Okej. Dobry pomysł.
Też tak myślę odparłam i wróciłam do kuchni.
Wiedziałam, iż natychmiast się do siebie odezwą. Ustalą, jak się zachowywać. Będą udawali normalnych znajomych. Nie bałam się tego. Nie zamierzałam robić sceny. Staś miał iść w sobotę do babci wszystko załatwione. Kolacja będzie spokojna.
Cały tydzień zastanawiałam się, co ugotować. To było ważne nie żeby zaimponować, tylko żeby czymś zająć ręce, myśli. Ustaliłam: pieczony kurczak z rozmarynem i ziemniakami, sałatka z rukolą i gruszką, ulubiona przez Izę, i szarlotka, którą robię najlepiej na świecie. Stół ma być ładnie nakryty.
W sobotę odwiozłam Stasia do mamy koło drugiej. Mama, jak zwykle, dopytywała, czemu taka zmęczona, czy wszystko dobrze. Odpowiedziałam, iż tylko niewyspana, pocałowałam Stasia, który już zapomniał o mnie, poleciał do telewizora, i wróciłam.
W domu było cicho. Tomek wyszedł gdzieś rano, wrócił w południe z zakupami. Przywiózł drogie wino, zauważyłam markę.
Do kolacji powiedział. Nie masz nic przeciwko?
Świetny pomysł odparłam.
Był lekko spięty. Widziałam. Chodził szybciej niż zwykle. Dwa razy sprawdzał telefon przy lodówce. Potem się opanował, usiadł z gazetą, której nigdy nie czytał, udając, iż przegląda strony.
Gotowałam. Myłam kurczaka, tarłam przyprawy, obierałam ziemniaki, robiłam sos do sałatki. Zapach rozmarynu i czosnku rozszedł się po mieszkaniu. Otworzyłam okno, bo było duszno. Z ulicy powiało jesiennym chłodem.
Nakryłam do stołu o szóstej. Trzy talerze, trzy kieliszki. Nie zapalałam świec, bo to by była kpina, a nie o to mi chodziło. Po prostu czysty obrus, kwiaty w wazonie.
Równo o siódmej dzwonek do drzwi.
Iza przyszła w nowym granatowym płaszczu. Włosy starannie. Drobne perfumy, które znałam. Przyniosła bombonierkę, choć mówiłam, żeby nie.
Lena, jak tu u ciebie zawsze pięknie. Pachnie nieziemsko.
Wchodź, cieszę się, iż jesteś powiedziałam. I naprawdę się cieszyłam, choć to była gorzka radość.
Tomek wyszedł z pokoju. Przywitali się, pocałowali w policzek wszystko jak zwykle. Oboje świetnie radzili sobie z udawaniem.
Zjedliśmy pierwszy talerz rozmowa o niczym. Iza opowiadała o nowym projekcie architektonicznym, klienci chcą złote klamki w biurze. Tomek śmiał się, opowiadał coś o swoich klientach. Ja jadłam, słuchałam, czasem dodałam słowo. Nalałam wina.
Za oknami było już ciemno, włączyłam lampę nad stołem, zrobiło się przytulnie i od tego bolało jeszcze bardziej.
Czekałam, aż wypiją drugi kieliszek. Kiedy rozmowa cichła i Iza sięgała po sałatkę, powiedziałam spokojnie.
Chcę coś powiedzieć. Oboje posłuchajcie.
Spojrzeli na mnie. Iza z widelcem w dłoni, Tomek z kieliszkiem, którego nie podniósł do ust.
Wiem o was. Od lipca. Czytałam wasze rozmowy, Tomek. Wiem wszystko, co powinnam wiedzieć.
Cisza. Zegar na kuchni tykał wyraźniej niż zwykle.
Pierwszy odezwał się Tomek, jakby coś skurczyło mu głos.
Lena…
Poczekaj przerwałam. Nie przyszłam krzyczeć. Chcę powiedzieć wam to tutaj, bo oboje jesteście tu obecni. Wiem. To różnica.
Spojrzałam na Izę. Miała rumiane policzki i zaciśnięte palce na widelcu.
Iza, byłaś u mnie może ze sto razy przez te lata. Wiedziałaś o nas wszystko. Jak rodziłam Stasia, trzy godziny czekałaś pod salą. To nie, żeby zrobić ci wyrzuty. Tylko żebyś wiedziała, iż pamiętam.
Iza podniosła wzrok. Oczy miała mokre.
Lena, ja…
Nie trzeba powiedziałam cicho. Nie teraz.
Zwróciłam się do Tomka.
Tomek, byliśmy razem dwanaście lat. Nie będę tu rozbierać, kiedy się zaczęło i co ci się wydało dozwolone. To długa rozmowa, nie na dziś. Dziś chciałam tylko usiąść razem i powiedzieć głośno: wiem. Wiem wszystko.
Postawił kieliszek, bardzo ostrożnie.
Lena, to nie jest takie proste… Musimy pogadać…
Pogadamy. Ale nie dziś.
Wstałam. Wzięłam swój kieliszek, dopiłam wino.
Zjedzcie kurczaka. Naprawdę się udał, starałam się. Potem możecie wyjść. Staś jest u mamy, zostanie tam na noc. Ja mam swoje sprawy.
Nikt się nie ruszał.
Tomek patrzył na mnie z zagubieniem. Spodziewał się krzyku nie wiedział, co robić z ciszą.
Iza powiedziała nagle, łamiącym się głosem:
Lena, przepraszam.
Patrzyłam na nią. Znana mi twarz, piętnaście lat przyjaźni. Rozmazany tusz do rzęs, te perfumy, które sama jej kiedyś poleciłam.
Nie wiem, Iza. Może kiedyś. Ale nie teraz.
Wyszłam do sypialni, zamknęłam drzwi. Usiadłam na łóżku. Słyszałam, jak w kuchni szeleszczą krzesłami, rozmawiają szeptem. Potem drzwi wejściowe raz, potem drugi.
Zrobiło się cicho.
Siedziałam, wsłuchując się w ciszę. W mieszkaniu pachniało kurczakiem i delikatnie perfumami Izy, które ulatniały się powoli. Na stole trzy talerze jeden nienaruszony.
Nie wiem, ile siedziałam. Wstałam, wróciłam do kuchni, sprzątnęłam. Kurczaka zawinęłam w folię, do lodówki. Umyłam naczynia. Wytarłam stół. Zamieciona podłoga, puste wnętrze.
Usiadłam na środku czystej kuchni.
Tyle. Tak wygląda dwanaście lat i najlepsza przyjaciółka. Czysty stół i zapach płynu do naczyń.
Zadzwoniłam do mamy.
Mamo, Staś może zostać do niedzieli?
Oczywiście, już śpi. Lena, coś się stało?
Tak. Opowiem później. Nie teraz.
Przyjedź do mnie, nie śpię jeszcze.
Nie, mamo. Zostanę tutaj. Muszę.
Mama nie naciskała. Zawsze wiedziała, kiedy nie wolno.
Chociaż jesz coś?
Jadłam. Dobrze mi dziś wyszło. Kurczak super.
To dobrze odpowiedziała mama. To to dobrze bolało mnie najbardziej tej nocy.
Skończyłam rozmowę i się rozpłakałam. Już nie ukrywając się w łazience, po prostu siedząc w kuchni i płacząc głośno. Trwało to długo. Potem się wyciszyłam, wytarłam oczy, umyłam twarz nad zlewem.
Za oknem Poznań, światła, listopad, zwykła sobota. Gdzieś tam byli teraz Tomek i Iza, może rozmawiali w samochodzie. O czym nie wiedziałam i niespodziewanie już nie chciałam wiedzieć.
Nie myślałam, co dalej. Dziś nie. Ważne było tylko, iż doczekałam wieczoru, nie rozpadłam się, nie krzyczałam. Powiedziałam to, co chciałam, i tylko to.
Tomek wrócił po pierwszej w nocy.
Nie spałam leżałam w ciemności i słyszałam jak otwiera drzwi, cicho chodzi po kuchni, nalewa sobie wodę. Potem zawahał się pod drzwiami sypialni.
Otworzył.
Nie śpisz stwierdził. Nie zapytał.
Nie.
Usiadł na brzegu łóżka. Miałam zamknięte oczy, on milczał.
Lena, nie wiem jak zacząć.
To nie zaczynaj dziś. Połóż się. Jutro będziemy rozmawiać.
Nie chcesz…
Tomek. Jest noc. Jestem zmęczona. Rano.
Położył się. Leżał obok, nie dotykając. Ja nie dotykałam go. Leżeliśmy jak dwoje obcych ludzi złączonych przez przypadek czy przyzwyczajenie, każdy w swoim świecie.
Nazajutrz wstałam wcześnie. Tomek spał, ja spakowałam małą torbę. Nie na zawsze jeszcze nie, po prostu najpotrzebniejsze rzeczy. Dokumenty, karta, paszport, kilka ubrań. Zdjęcie Stasia z szafki nocnej.
Torbę postawiłam przy drzwiach.
Zaparzyłam kawę. Czekałam, aż Tomek wyjdzie.
Zobaczył torbę. Zatrzymał się.
Odchodzisz?
Na razie do mamy. Ze Stasiem. Muszę pobyć sama parę dni. Potem pogadamy.
Patrzył na torbę, potem na mnie.
Lena, chciałbym ci wyjaśnić.
Słucham.
Milczał. Wzięłam łyk kawy, patrzyłam na niego.
To się samo wydarzyło. Nie miałem planu…
Nikt nie planuje, Tomek. To nie tak działa.
Chcesz rozwodu?
To słowo zawisło między nami. Patrzyłam mu w oczy.
Jeszcze nie wiem. Muszę zrozumieć, czego chcę. Ale wiem, iż nie zostanę tu i nie będę udawać, iż nic się nie stało. Rozumiesz?
Skinął głową, ciężko.
Staś…
Staś będzie miał się dobrze. To nasza sprawa nie jego. Postaram się.
Dopiłam kawę. Odstawiłam kubek. Chwyciłam torbę.
Odezwę się do ciebie.
I wyszłam.
Na klatce zimno, pachniało starym drewnem i czyimś śniadaniem. Schodziłam po schodach, liczyłam stopnie. Dwanaście, mieszkanie na szóstym wiedziałam, ale liczyłam jak za pierwszym razem.
Na dworze mokre liście na asfalcie, robotnik w pomarańczowej kamizelce zgarniał je w kupkę. Niebo szare, listopadowe, pozbawione choćby odrobiny słońca. Ale ja stałam na schodach mojego bloku i oddychałam. Ulżyło mi choć trochę.
Pomyślałam o Stasiu. Jak obudzi się u babci, zażąda naleśników i dostanie je, będzie szczęśliwy. On nie wie, co się dzieje, i to chyba dobrze. Ma osiem lat. Niech póki co ma naleśniki i basen i ocenę od nauczycielki, która była niesprawiedliwa. Resztę wymyślę.
Nie wiedziałam, co będzie. Czy rozwód, czy coś innego, czy się uda. Nie wiem, czy wybaczę Izabeli kiedyś. To trudniejsze niż z Tomkiem z mężem to się czasem zdarza, ludzie się zawodzą, odchodzą, to boli, ale pojmuję. Ale przyjaciółka, której opowiadasz wszystko to inne, niezrozumiałe. Potrzebowałam czasu.
Teraz miałam torbę w ręku, szare poranne niebo i świadomość, iż Staś jest niedaleko, a ja mogę już zrobić pierwszy krok.
Zrobiłam go.
Mama przywitała mnie bez pytań. Otworzyła drzwi, spojrzała na torbę i twarz wszystko zrozumiała. Powiedziała:
Idź, umyj się, nastawię wodę na herbatę.
Staś wybiegł w samych skarpetkach, rozczochrany.
Mamo! Czemu przyjechałaś? Przecież mówiłaś, iż nie!
Stęskniłam się objęłam go mocno, wtuliłam się w jego włosy. Pachniały szamponem dziecięcym i snem.
Łaskoczysz parsknął i uciekł, bo w telewizji bajka.
Patrzyłam za nim.
Potem poszłam do kuchni. Mama już parzyła herbatę. Mała kuchnia, stare firanki w kwiatki, których nie chciała zmieniać, magnesy na lodówce, jeden zrobiony przez Stasia w przedszkolu krzywy, ale najukochańszy. Tak znajomo, iż znowu miałam ochotę płakać.
Nie zrobiłam tego.
Mama postawiła herbatę, siadła naprzeciw.
Opowiesz?
Opowiem. Ale nie teraz. Muszę sobie poukładać.
To Tomek?
Tak.
Mama kiwnęła głową. Nie pytała. Wzięła filiżankę. Siedziałyśmy tak, piliśmy obie. Za ścianą śmiał się bajkowy bohater, Staś chichotał.
Mamo, mogę tu trochę pomieszkać?
Ile chcesz, córeczko. To twój dom.
Tego właśnie wtedy potrzebowałam.
Zaczęło się więc życie, którego nie umiałam jeszcze nazwać. Nie tymczasowe, choć takie się wydawało. Nie nowe, choć powoli stawało się nowe. Po prostu życie, dzień po dniu.
Rozmawiałam z Tomkiem. Nie raz, kilka razy. Były to ciężkie rozmowy bez krzyku trzymałam się tego postanowienia, choć było trudno. Tłumaczył, iż się pogubił, iż nie rozumie, jak do tego doszło; iż myśli o Stasiu, nie wie, co jest dobre.
Słuchałam. Odpowiadałam. Nie wybaczałam i nie przeklinałam.
Rozwód był procesem powolnym, jak wszystko, co ważne. Były papiery, był adwokat, rozmowy o mieszkaniu i gdzie będzie Staś. Było to męczące i brzydkie, jak każde dzielenie czegoś, co było kiedyś wspólne. Ale przechodziłam przez to.
Iza nie dzwoniła przez kilka tygodni. Potem wysłała krótką wiadomość: Jestem, gdybyś chciała. Przeczytałam, nie odpowiedziałam. Nie chciałam jej karać po prostu nie wiedziałam jeszcze, co napisać. Potrzeba więcej czasu, niż miałam.
Pewnego wieczoru, pod koniec listopada, szłam odebrać Stasia z basenu. Spadał pierwszy śnieg, drobny, znikający zanim dotknął ziemi. Staś wypadł z szatni, wystawił buzię do góry, łapał płatki ustami.
Śnieg! Mamo, zobacz!
Spojrzałam do góry. Z nieba spadały małe białe punkty, jedna trafiła mnie w policzek.
Widzę uśmiechnęłam się.
Zrobimy bałwana?
Jak napada więcej. Tego jeszcze za mało.
Eee, mamo…
Chodź, bo zmarzniesz.
Złapał mnie za rękę rękawiczkę z samochodem. Szliśmy, śnieg gęstniał, lampy robiły go pomarańczowym, Staś paplał nie zapamiętałam, o co chodziło, o bałwana i chłopca z klasy, który lepi wyższe od siebie.
Szłam, trzymając jego dłoń.
Bolało. To nie przeszło i nie powinno tak gwałtownie przechodzić. Dwanaście lat nie znika w listopadzie. Ale pod tą raną pojawiło się coś jeszcze coś, czego nie umiałam jeszcze nazwać. Jak powietrze. Jak świadomość, iż idziesz sama i sama decydujesz.
Nie wiedziałam, czy to, co robię, jest dobre. adekwatne na pewno ale czy od tego jest łatwiej, nie byłam pewna. Zrozumiałam, iż adekwatne i łatwiejsze to dwie różne rzeczy i to chyba najbardziej do mnie dotarło jako trzydziestoośmiolatki, pod pierwszym śniegiem.
Tydzień później znalazłam ogłoszenie: mieszkanie na Wildzie, dwa pokoje, czwarte piętro, okno na drzewa. Właściciele, starsi ludzie, mili i bez pytań. Zobaczyłam, stanęłam w pustych ścianach, posłuchałam ciszy. Z kuchni wpadało światło, dziecięcy pokój z widokiem na drzewa.
Bierze pani? zapytał właściciel.
Biorę powiedziałam.
Przeprowadzka trwała dzień. Pomogli sąsiedzi mamy. Tomek przywiózł rzeczy Stasia, rozstawił kartony, rozejrzał się.
Dobre mieszkanie powiedział.
Tak.
Na odchodne spojrzał z progu.
Lena. Przepraszam.
Spojrzałam na niego człowieka, którego znałam tyle lat. Był starszy, zmęczony, najzwyczajniejszy.
Wiem. Idź, Tomek.
Wyszedł.
Zamknęłam drzwi. Oparłam się o nie plecami. Odstałam chwilę.
Potem rozpakowywałam rzeczy.
Staś wpadł po południu, od razu pobiegł do swojego pokoju, ocenił widok, ogłosił, iż chce leżeć na parapecie i oglądać koty na podwórku. Powiedziałam, iż parapet wąski. On: jestem mały, zmieszczę się. Zaśmiałam się.
Śmiałam się bez ostrzeżenia, jakby coś we mnie się odblokowało. Staś spojrzał zaskoczony.
Co cię tak bawi?
Nic. Chodź jeść, kupiłam pierogi.
Pierogi! już leciał do kuchni.
Zapaliłam światło nad blatem, nastawiłam wodę. Nowa kuchnia pachniała obcym lokum i starymi ścianami, ale to minie. Takie zapachy znikają, kiedy się gotuje dla swojego dziecka.
Woda się gotowała. Wrzuciłam pierogi.
Staś siedział i coś rysował, bo przypomniał sobie, iż ma zadanie na plastykę na jutro.
Mamo, a bałwana naprawdę zbudujemy?
Naprawdę. Jak będzie śniegu po kostki, wyjdziemy i ulepię z tobą największego.
Obiecujesz?
Obiecuję.
Przyjął do wiadomości, wrócił do rysowania.
Za oknem sypał już prawdziwy śnieg grudniowy, gęsty, cichy. Pokrywał drzewa, parapety, daszek bloku naprzeciwko. Pod śniegiem miasto robi się spokojniejsze, bielsze, jakby lepsze.
Stałam przy kuchence, mieszałam pierogi. Nie myślałam o niczym konkretnym. Stałam, słuchałam cichego mamrotania Stasia nad zeszytem i patrzyłam, jak śnieg przykleja się do szyby.
Co będzie dalej, nie wiem.
Wiem tylko, iż jutro wstanę wcześnie, spakuję Stasia do szkoły, zajdę po chleb, zadzwonię do mamy, bo nie dzwoniłam trzy dni. Wieczorem może ogarnę jeszcze kilka pudeł w przedpokoju. Może nie nie zginą.
Ból wróci. Przyłapie mnie w nocy albo w dzień, bez ostrzeżenia. Wspomnienia podsuną coś zapach, głos w telefonie albo moment z tych lat, taki dobry, iż nie da się go przekreślić, bo naprawdę był. To nie zniknie szybko. Nie oczekuję, iż przejdzie szybko.
Pierogi były gotowe. Staś już czekał.
Już, już powiedziałam.














