Dawno, dawno temu, w czasach naszego dzieciństwa w małym miasteczku gdzieś pod Poznaniem, miałam przyjaciółkę o imieniu Bogusława. Byłyśmy wtedy nierozłączne, choć nasze drogi rozeszły się zaraz po ukończeniu studiów. Ja zostałam w rodzinnym mieście, a Bogusława od razu spakowała walizki i wyjechała ciągnęło ją w świat, do większych miast, coraz to innych miejsc.
Początkowo pisałyśmy do siebie listy, ale z czasem kontakt się urwał. Dopiero wiele lat później dowiedziałam się przez znajomych, iż Bogusława podróżuje, zmienia adresy i mężczyzn, nie mogąc zagrzać nigdzie miejsca na dłużej. Słyszałam, iż w wieku pięćdziesięciu lat miała już trzeciego męża, ale i z tym związek nie przetrwał próby czasu. Co jednak najbardziej mnie zaskoczyło nigdy nie zdecydowała się na dziecko.
Dziwne mi się to wtedy wydawało. Przecież większość kobiet w naszym pokoleniu prędzej czy później wyszła za mąż i miała dzieci. jeżeli małżeństwo się nie udało przynajmniej zostawały dzieci, wnuki, rodzina. Bogusława zdawała się tym zupełnie nie przejmować.
Kilka lat temu wróciła na chwilę do naszego rodzinnego miasteczka, żeby sprzedać mieszkanie, którego już od dawna choćby nie odwiedzała. Spotkałyśmy się wtedy po latach. Ja opowiadałam o życiu dzieci, o dorastających wnukach, a ona jak wciąż jest wolna, niezależna, jak wiele jeszcze chciałaby zobaczyć i przeżyć.
Podczas tej rozmowy nie wytrzymałam i zapytałam:
Bogusławo, powiedz mi, dlaczego twoje życie ułożyło się właśnie tak? Dlaczego nie miałaś dzieci? Przecież każdemu kiedyś przyda się ktoś bliski choćby, żeby na starość podać szklankę wody…
Bogusława tylko się roześmiała i popatrzyła na mnie z pobłażaniem.
Andziu, o czym ty mówisz? Dzieci dzisiaj bardziej myślą o sobie niż o rodzicach. Po co żebrać o coś u własnych dzieci, skoro można zadbać o siebie samemu? Lepiej przez życie oszczędzać i zatrudnić dobrą opiekunkę, niż obciążać własne dzieci.
Mówiła spokojnie, bez żalu.
Nigdy nie chciałam mieć dzieci. Nie miałam w sobie tego pragnienia, nie czułam potrzeby troszczenia się przez całe życie o kogoś innego, martwienia się, wspierania finansowo. Postanowiłam, iż będę żyła według własnych zasad podróżować po świecie, zwiedzać nowe miejsca, pracować i zarabiać pieniądze na własne potrzeby. Moi mężowie odchodzili ode mnie właśnie z tego powodu, ale nie żałuję ani jednej podjętej decyzji.
Dodała jeszcze:
Dziś żyję dla siebie, nie muszę niańczyć wnuków ani ciągle odkładać emerytury, by pomagać dzieciom, które nie umieją stanąć na własne nogi. Wcale nie żałuję, wręcz przeciwnie trochę mi żal tych, którzy poświęcili życie dzieciom, a teraz siedzą sami i narzekają, iż rodzina wyjechała albo zapomniała. Mnie to nie grozi.
Słuchałam jej i poczułam, iż być może ma rację. Czy faktycznie warto rodzić dziecko tylko po to, by mieć nadzieję na pomoc na starość? Czy nie lepiej samemu zatroszczyć się o własne szczęście? Dziś, po latach, wspominam tę rozmowę z Bogusławą i coraz częściej zastanawiam się, czy dawne przekonania rzeczywiście miały sens.








