No Mateuszku, proszę cię! Naprawdę nie wiem, co robić, woda leje się jak z cebra, zaraz zaleję sąsiadów, a przecież znasz tę harpię spod dwójki zamorduje mnie! Ręce mi się trzęsą, choćby zaworu nie mogę znaleźć! głos w słuchawce był tak przeraźliwy i żałosny, iż słyszałem go wyraźnie aż po drugiej stronie stołu, chociaż telefon nie był na głośnomówiącym.
Kasia powoli odłożyła widelec na talerz. Brzęk sztućca o porcelan rozległ się w cichutkiej kuchni jak gong oznajmiający początek kolejnej bitwy, w której brałem udział już od trzech lat. Żona patrzyła na mnie spod byka, gryząc wargę, raz spoglądając na studzący się schabowy, raz na świecący ekran mojego telefona.
Ewa, uspokój się mruczałem do słuchawki. Jaki zawór? Pod zlewem czy w łazience? Zakręć główny.
Nie wiem, gdzie on jest! Mateusz, przyjedź, błagam! Boję się! Może tam leci wrzątek! Jestem sama, jestem przerażona!
Spojrzałem na Kasię. W jej oczach widziałem znajomą mieszankę prośby i rezygnacji. Od dłuższego czasu patrzyła na mnie właśnie tak.
Kasiu, sama słyszysz? Zaleje całą klatkę. Ewa kompletnie nie ogarnia technicznych spraw muszę pojechać.
Oczywiście, iż musisz odpowiedziała spokojnym, lodowatym tonem. Przecież dziś nie mamy żadnej rocznicy. Nie planowaliśmy wieczoru przez dwa tygodnie. Ja nie spędziłam trzech godzin przy garach. Jedź, Mateusz. Ratuj Ewę. Sama sobie na pewno nie poradzi.
Daj spokój, naprawdę… pospiesznie chwyciłem kluczyki do auta. Przecież to przyjaciółka z podstawówki. Jest w kłopocie. Zmieniam uszczelkę i wracam. Schabowego wsadź do piekarnika, żeby nie wystygł.
Zatrzasnąłem drzwi. W domu, gdzie jeszcze niedawno pachniało świętem, została tylko Kasia, a w powietrzu unosił się gorzki zapach rozczarowania. Wyjrzała przez okno widziała, jak mój samochód znika w mroku.
Ewa. To imię stało się moim trzecim lokatorem. Przyjaciółka od piaskownicy, koleżanka z klasy, zawsze swój chłop jak tylko ją nie określałem. Wracała w moje życie nagle, zaraz po swoim rozwodzie, i od tego czasu była obecna na co dzień. Początkowo prosiła raczej rzadko pomoc w przeprowadzce, komputer się zawiesił. Byłem dobry, uczynny, zawsze pomagałem.
Jednak z każdym kolejnym telefonem jej potrzeby rosły a to przebiła oponę na trasie, a to spadła jej półka w łazience, a to musi natychmiast skręcić szafę, bo ubraniowa katastrofa. I dziwnym trafem wszystko to miało miejsce akurat wtedy, gdy z Kasią mieliśmy własne plany.
Nie byłem głupi wiedziałem, iż chodzi o coś więcej niż zepsuty kran. Ewa była zadbaną, atrakcyjną kobietą, potrafiła mącić mężczyznom w głowie spojrzeniem, gestem, słowem. Jej bezradność była tylko świetnie odegraną rolą, a ja dawałem się wciągać w ten teatrzyk.
Kasia schowała kolację do lodówki, apetyt zniknął z kuchni. Wróciłem po trzech godzinach, umorusany, ubłocony, ale zadowolony.
Udało się! Ledwo opanowałem zerwało syfon. Musiałem jechać do nocnego po uszczelki. Ewa była przerażona, piła melisę…
Dała ci chociaż herbatę, bohaterze? spytała Kasia beznamiętnie, udając, iż czyta książkę.
Oczywiście, i kawałek szarlotki. Przekazała ci pozdrowienia i przeprosiła, iż popsuła nam wieczór.
Szarlotka zapamiętała to Kasia. Czyli kiedy lała się woda i nie mogła znaleźć zaworu, piekarnik działał? Ciekawe.
Nic nie powiedziała. Awantura nie miała sensu Mateusz od razu staje w obronie Ewy, zarzucając żonie brak empatii. Tym razem postanowiłem: następnym razem pojadę ratować Ewę z Kasią. Razem.
Następna awaria była już po kilku dniach. Szykowaliśmy się na majowy wyjazd na działkę w bagażniku zamarynowane karkówki, w głowie wizja wspólnego popołudnia na werandzie z kieliszkiem wina. Niestety, znów zadzwonił telefon i znów ten specyficzny dzwonek.
Tak, Ewa? Jak to iskrzy? Mocno? Czuć dym? Dobra, wyłącz bezpieczniki w korytarzu i nic nie ruszaj! Zaraz będę.
Kasiu, sprawa się rypła…
Gniazdko? przerwała.
Gorzej. Klatka cała iskrzy, pewnie instalacja się sypie. W sobotę pogotowie techniczne z administracji nie przyjedzie, prywatni kasują fortunę.
Jasne spokojnie postawiła sadzonki petunii na ziemi. Czyli działka odwołana?
Nie, nie odwołana! Skoczymy tylko na chwilę do Ewy, obadam co i jak. Najwyżej wezwę fachowca. Godzina, nie więcej.
Jadę z tobą odparła stanowczo.
Zaskoczyłem się.
Po co? Ty się na elektryce nie znasz.
Jedziemy razem, Mateusz. Chcę zobaczyć Ewę, dawno jej nie widziałam.
Nie miałem argumentów. Przez całą drogę byłem spięty, bębniłem nerwowo palcami po kierownicy. Kasia zachowała lodowaty spokój, choć wiedziałem, iż aż się w niej gotuje.
Ewa przywitała nas w jedwabnym szlafroku, ledwo przykrywającym uda, z makijażem jak do sesji zdjęciowej. Gdy zobaczyła Kasię, twarz jej na sekundę stężała, kąciki ust opadły gwałtownie jednak wrócił uśmiech.
Kasiu, jaka niespodzianka! Ależ wstyd, w takim stanie cię przyjmuję cała roztrzęsiona, nieuczesana! Wchodźcie, wchodźcie. Mateuszku, tylko ty mi pomożesz!
W mieszkaniu czuć było lekki zapach przypalonego plastiku. Od razu wziąłem się do skrzynki z bezpiecznikami.
Kasiu, chodź na kawę, pogadamy jak faceci będą naprawiać Ewa wróciła do swojej roli.
Zostanę tu. Może Mateuszowi pomogę: potrzymam latarkę, podam śrubokręt odpowiedziała chłodno Kasia.
Latarkę, hi hi, on wszystko naprawi z zamkniętymi oczami, prawda Mateuszu? śmiała się Ewa, patrząc prowokująco.
Ewo zwróciła się Kasia dlaczego nie dzwoniłaś do administracji? Mają całodobową techniczną.
Bo tam odzywają się jak do psa, wejdą w butach, nabrudzą, a Mateusz to swój, złota rączka. Tylko jemu ufam.
Dziś jego złote ręce miały robić szaszłyki… dodała Kasia z ciężkim akcentem.
Wybaczcie, zawsze wszystko psuję! Ciężko być samej, Kasiu… Tobie dobrze, masz podporę.
Naprawiłem usterkę w piętnaście minut.
Tu trzeba wymienić bezpiecznik, Ewo. Zapiszę ci model. Ale dzisiaj jedziemy dalej.
Może chociaż kawy?… Kupiłam twoje ulubione eklerki! błagała Ewa.
Dziękujemy, jesteśmy najedzeni podsumowała Kasia, chwytając mnie pod ramię. Czas ruszać.
Po wyjściu zacząłem bronić Ewy.
No weź, przecież ona nie złośliwie.
Mateusz, ona manipuluje tobą jak chce. Widzisz ten szlafroczek? Ta rola ofiary?
Daj spokój. Jesteśmy jak rodzeństwo od przedszkola!
Tak… brat od drobiazgów technicznych i lepszego samopoczucia.
Pojechaliśmy na działkę, ale niesmak pozostał. Wiedziałem, iż Ewa się nie podda lubiła mieć władzę. Każda awaria była pretekstem, by zwabić mnie do siebie i czuć się ważną.
Ostateczny zwrot nastąpił za dwa tygodnie. Byłem w delegacji, wracałem w piątkowy wieczór. Kasia już gotowała obiad, cieszyłem się na powrót do domu. Telefon. Oczywiście…
Kasiu, spóźnię się trochę. Ewa znów w kryzysie. Kupiła karnisz, zrzuciła na stopę, ma spuchnięty palec, nie może chodzić, karnisz leży na środku pokoju. Prosi, żebym wstąpił, pomógł. Ja szybko…
Głos Kasi był lodowaty:
Mateusz, wracaj do domu. Ja pojadę do Ewy.
Ty? Po co?
Bo jestem kobietą i wiem, jaką maść kupić. Ty odpoczywaj, ja wszystko ogarnę.
No… jak wolisz. Tylko nie kłóć się z nią, proszę.
Wcale nie zamierzałam ratować Ewy. Zamierzałam ratować własny związek.
Wysłałam zgłoszenie do usługi Złota Rączka wybrałam pana z najlepszymi opiniami. Zamówiłam kuriera z apteki z maścią i bandażem na adres Ewy. Potem wsiadłam do auta i pojechałam.
Pod jej blokiem był już kurier z apteki. Wzięłam paczkę i weszłam na górę. Drzwi otwarte Ewa nie zamknęła, czekała na wybawcę.
W salonie panował półmrok, palące się świece, na stoliku wino i dwa kieliszki. Ewa na kanapie w tym samym szlafroczku, ze zranioną nogą. Karnisz leżał na środku pokoju idealnie przypadkiem.
Usłyszała kroki:
Mateusz, to ty? Przyniosłeś maść?
Zapaliłam górne światło. Cały nastrój prysł.
Ewa podskoczyła i zapomniała o stopie.
Kasia?! Co tu robisz? Gdzie Mateusz?
Jest w domu, je kolację. Ja przywiozłam ci leki.
Ale… karnisz trzeba przykręcić!
Specjalista przyjdzie usłyszała.
Zadzwonił domofon otworzyłam. Pan w roboczym stroju wszedł z narzędziami.
Złota Rączka, miałem zgłoszenie na karnisz.
Tak, proszę bardzo.
Ewa siedziała już cała czerwona, patrząc na mnie z nienawiścią.
Po co to robisz? syknęła, gdy fachowiec się grzebał.
Pomagam, tak jak prosiłaś. Leki, opatrunek, karnisz wszystko załatwione. Mateusz zostaje dziś w domu. Sama zdecyduj, czy chcesz kogoś, kto cię podziwia, czy tylko czyjegoś męża.
Wynoś się!
Wychodzę. Pan za dwadzieścia minut skończy, zapłacone.
Wyszłam z jej mieszkania, czując ulgę. Pokazałam wszystkim rolę w tym spektaklu bez robienia scen.
W domu czekał na mnie stęskniony Mateusz.
Jak tam? Mocno uszkodziła nogę?
Usiadłam i nalałam sobie herbaty:
Biegała całkiem sprawnie. Karnisz montuje jej fachowiec. Ja zapłaciłam.
Ale mógłbym sam…
Usiądź, Mateusz. Powiedz szczerze, nie widziałeś tego wszystkiego? Świece, wino, ten teatrzyk?
Zarumienił się, patrzył w talerz.
Przeczuwałem, ale udawałem, iż nie.
Ewa cię wykorzystywała. Wydawało ci się, iż jesteś rycerzem, a byłeś marionetką. Straciłeś dla niej czas, który należał do naszej rodziny.
Przepraszam, Kasiu.
Wiem, iż jesteś dobry. Ale od dziś Ewa dzwoni do Złotej Rączki. Koniec z twoją pomocą.
Zgoda. Zrozumiałem.
Ewa już więcej nie zadzwoniła. Mijały tygodnie i miesiące, aż przypadkiem zobaczyłem ją w galerii handlowej pod rękę z bogatym mężczyzną, obładowana torbami, z głową zadartą do góry. Minęliśmy się jak obcy.
W domu z Kasią znów wrócił spokój. Rozmawialiśmy przy herbacie, planowaliśmy urlop, a ja wiedziałem: jeżeli razem zaplanujemy wyjazd, to naprawdę tam pojedziemy. Bo rodzinne granice trzeba umieć stawiać niezależnie od tego, jak bezradny przyjaciel chciałby je przekroczyć.
Ostatecznie nauczyłem się, iż czasem najlepszą pomocą jest pokazanie innym swoich granic i nauczenie ich samodzielności.











