Przyjaciele przyszli z pustymi rękami do zastawionego stołu, a ja zamknęłam lodówkę.
Marek, jesteś pewien, iż trzy kilogramy karkówki wystarczą? Ostatnio wymiotli wszystko do czysta, choćby chlebem wycierali sos. A Jadzia jeszcze poprosiła o pojemnik dla psa, a potem wrzucała zdjęcie mojego pieczenia do sieci jakby to był jej autorski przepis.
Ula nerwowo bawiła się brzegiem kuchennego ręcznika, ogarniając wzrokiem pole bitwy, w które zamieniła się kuchnia. Była dopiero dwunasta w południe, a ona już czuła, iż pada z nóg. Od szóstej rana na nogach: najpierw targ po najświeższe mięso, potem supermarket po porządną wódkę, likiery i wędliny, potem niekończące się siekanie, gotowanie, smażenie.
Marek, mąż Uli, stał przy zlewie i melancholijnie obierał ziemniaki. Góra obierek rosła w miarę, jak narastała jego irytacja, której jednak nie chciał pokazywać.
Ula, no ile można? westchnął, opłukując kolejnego ziemniaka. Trzy kilo mięsa na czterech gości i nas dwoje? To pół kilo na głowę, pękną. I tak się wysiliłaś: łosoś, śledzie, sałatki w misach. Przecież to nie wesele, tylko lekko spóźnione parapetówka.
Ty nie rozumiesz odparła Ula, mieszając gęsty sos w rondlu. Przecież to Anka z Pawłem i Basia z Grześkiem. Nasi starzy znajomi. Nie widzieliśmy się z wieki, specjalnie przyjeżdżają z Pragi. Głupio by było, gdyby wszystko było byle jak. Jeszcze powiedzą, iż przewróciło nam się w głowie, mieszkanie kupiliśmy i już nam szkoda poczęstować.
Ula zawsze taka była gościnność miała we krwi po babci, która potrafiła zrobić obiad z niczego i nakarmić kompanię żołnierzy. Dla niej pusty stół to była osobista zniewaga. Skoro goście to tak, by się nie wstydzić. Skoro okazja to stół ma się uginać. Tydzień układała menu, szukała przepisów, odkładała z wypłaty, by kupić ten ulubiony przez Grześka whisky i wino, którego zawsze chciała Basia.
Lepiej by sami coś przynieśli mruknął Marek. Ostatnio na urodzinach Grześka zanieśliśmy nie dość, iż drogi prezent, to jeszcze własny alkohol i ty piekłaś tort. A oni? Pamiętasz jak wpadliśmy kiedyś do nich? Herbata z torebek i sucharki sprzed wieków.
Nie bądź drobiazgowy, Marek zganiła go Ula spojrzeniem. Wtedy mieli pod górkę, kredyt, remont. Teraz chyba lepiej się powodzi. Grzesiek awansował, Basia nową kurtkę sobie sprawiła i się chwaliła. Może coś przyniosą. Torcik, albo owoce. Specjalnie zostawiłam deser na ich barkach, powiedziałam Basi przez telefon, iż to ich działka.
Do siedemnastej w domu panował porządek, a salon wyglądał jak witryna delikatesów. Na środku galaretka z ozora, wokół patery z sałatką jarzynową (z cielęciną i krewetkami, nie jakąś tam z mortadelą!), śledź pod pierzynką, jajka z kawiorem, wędliny domowej roboty. W piekarniku dusiła się karkówka z wiejskimi ziemniakami i borowikami. W lodówce mrożona Wyborowa, szkocka dla Grześka i trzy butelki wina.
Ula, zmęczona, ale zadowolona, założyła najlepszą sukienkę, poprawiła fryzurę i siadła w fotelu, czekając na dzwonek.
Denerwuję się trochę wyznała Markowi, który dopinał koszulę pod szyją. Wiesz, pierwszy raz spotkanie w naszym nowym mieszkaniu. Chciałabym, żeby wszystko było idealnie.
Punkt siedemnasta rozległ się dzwonek. Przyjaciele jak zwykle punktualni.
Ula pobiegła otworzyć. Na progu stała hałaśliwa ekipa. Anka w tej nowej naturalnej kurtce, która kosztowała więcej niż pół Uli remontu, obok Grzesiek w markowej skórze. Basia z mocnym makijażem i Paweł już trochę narąbany.
Ależ cudownie! zawołała Basia, wpadając w przedpokój i zalewając Ulę falą ciężkich perfum. No, pokażcie nowe lokum!
Goście głośno zostawiali kurtki i płaszcze na rękach Marka, który ledwo nadążał je odkładać. Ula stała trochę obok, witając ich z uprzejmym uśmiechem, ale w myślach spoglądała na ich dłonie.
Wszyscy czworo mieli puste ręce. Absolutnie nic. Ani torby, ani pudełka, ani butelki, ani choćby czekoladki.
A gdzie zaczęła Ula ale gwałtownie urwała. Nie wypadało pytać. Może zostawili w aucie? Albo mają coś w kieszeni?
Ula, schudłaś super! Anka pocałowała ją w policzek, nie zdejmując butów, i od razu weszła do pokoju. I ten remont! No, skromnie, ale czysto. Takie tapety do malowania? Fuj, biurowiec mi się kojarzy. Trzeba było położyć tapetę z połyskiem.
Lubimy minimalizm odparł powściągliwie Marek, prowadząc gości do salonu. Chodźcie, stół czeka.
Cała grupa wlazła do salonu. Na widok stołu Grzesiek się aż oblizał.
Aleś Ula zaszalała! zatarł ręce. Wiedziałem, gdzie jechać. Od rana nic nie jedliśmy, specjalnie się oszczędzaliśmy na twoje pieczeń!
Usiedli. Ula pobiegła po gorące przystawki żurek w bulionówkach. Myśl wciąż jej wracała: Może mają prezent w kopercie? Dlatego przyszli z pustymi rękami?
Kiedy wróciła, już grzebali widelcami w sałatkach bez czekania na toast.
Sałatka palce lizać! mlaskał Paweł. Marek, lej wódki! Co się opierasz?
Marek napełnił panom kieliszki, paniom wino.
No to, za nowe cztery kąty! Żeby wam się dobrze mieszkało i nie zalewało! wzniosła toast Basia.
Wypili, a Grzesiek od razu rzucił się po łososia.
Ula, czemu wódka nie zamarzła? Powinna z lodówki wyjść jak lód.
Stała w lodówce, Grzesiek, pięć stopni jak trzeba odpowiedziała cicho Ula, czując pierwszą falę irytacji.
Tak se Wódka powinna być aż śliska. Ale okej. A whisky masz? Rzuciłbym na poprawkę.
Jest pokiwała głową. Ale może choć zjemy najpierw?
Jedno drugiemu nie przeszkadza! roześmiał się Paweł.
Zabawa się rozkręcała. Jedzenie znikało jak w oczach. Goście jedli, jakby od tygodnia nie mieli nic w ustach, a przy okazji nie szczędzili krytyki.
Śledź trochę suchy, Ula. Mało majonezu? Oszczędzasz? narzekała Anka, nakładając trzecią porcję.
Robiłam domowy, nie jest taki ciężki tłumaczyła Ula.
Oj tam, po co się bawić? machnęła ręką Basia. Ze sklepu siup gotowy, smaczny. A kawior drobny masz. Sandacz? Trzeba było kupić sterleta, grubszy.
Ula spojrzała na Marka. Siedział czerwony, wbijał widelec w stół aż palce mu zbielały.
Opowiedzcie co u was, wyjazdy, praca? spróbował zmienić temat Marek. Anka, byłaś chyba w Egipcie?
Byłam! Anka aż przewróciła oczami. Raj na ziemi! Luksus, wszystko w cenie, homary i szampan. Torbę sobie kupiłam, Guess, oryginał! Piętnaście tysięcy poszło, ale co tam takie rzeczy trzeba mieć!
Babom zawsze mało przytaknął Grzesiek, nalewając sobie whisky bez pytania. Ja już prawie auto kupiłem, SUV-a. Oszczędzamy, nie wydajemy na bzdety, nie to co wy na remont.
Co to znaczy na bzdety? nie zrozumiała Ula.
No, mury to mury wyjaśniła Basia. Mieszkamy z tapetą po babci i żyjemy! Za to co roku nad morzem, nowe ciuchy, restauracje. Wy zamiast tego tynkujecie i wylewacie, nuda.
A propos restauracji wtrącił Paweł, wycierając tłuste wargi serwetką i rzucając ją na obrus. Byliśmy wczoraj w Polonii. Wyżerka, palce lizać! Rachunek duży, ale przynajmniej coś się dzieje. A tu same sałatki. Będzie w końcu mięso?
Ula zebrała brudne talerze. Cała się trzęsła w środku. Chwilę temu chwalili się zakupami i obiadami za setki, a do niej przyszli z pustymi rękami. choćby najtańszego kwiata nie przynieśli. Nic wyjątkowego.
Wyszła do kuchni, a zaraz za nią Anka niby pomóc, ale naprawdę pogadać.
Ula, kochana, nieźle się postarałaś szepnęła Anka, opierając się o framugę. Stół pełen, ale widać, iż się podliczałaś. Wino takie sobie, u nas na grilla bym takie postawiła. Mogłaś lepsze wziąć.
To francuskie za dwieście złotych syknęła Ula, wkładając talerze do zmywarki.
Co ty, przepłaciłaś! Kwas niesamowity. Słuchaj, a dasz coś na wynos? Jutra nie chce mi się gotować, a ty masz tyle! Zmarnuje się wam.
Ula zastygła z talerzem w dłoniach. Powoli spojrzała w oczy koleżance.
Chcesz, żebym ci spakowała jedzenie na wynos?
No pewnie, co w tym złego? Tak zawsze robimy. Oszczędzamy, haha. A będzie ciasto? Nabrało mnie na słodkie! Masz coś?
To miał być wasz dział, Basia miała przynieść przypomniała cicho Ula.
Ja? Nigdy! Mam dietę, nie kupuję słodkiego. Myślałam, iż upieczesz swoją bezę albo coś kupisz. Przyszliśmy z pustymi rękami, bo macie wszystko. Bogacze z własnym mieszkaniem!
Ula odłożyła talerz na blat. Dźwięk porcelany zabrzmiał niczym wyrok.
Myśleliście, iż wszystko mamy, bo mieszkamy po swojemu?
No pewnie! Remont, kredyt, więc macie kasę. A my tacy biedni, zbieramy na urlop. No, zawołaj chłopaków na mięso!
Ula popatrzyła na lodówkę, gdzie schowane było bezy zamówione w cukierni za trzysta złotych. Zamknęła piekarnik. Wyłączyła gaz. Podeszła do lodówki i mocno domknęła drzwi.
Mięsa nie będzie powiedziała głośno.
Jak to nie? zdziwiła się Anka. Co, spaliło się?
Nie, nic nie spaliło się. Po prostu nie będzie.
Ula weszła do salonu. Faceci już nalewali po raz kolejny, rozmawiali zajadle o polityce. Marek siedział ze zwieszoną głową.
Drodzy goście powiedziała Ula ostrym głosem. Bal się skończył.
Zapadła cisza, wszyscy się patrzyli.
Ula, o co ci chodzi? spytał Grzesiek. Przecież nie było drugiego dania!
Miało być pokiwała głową Ula. Ale nie będzie.
Jak to? wzburzyła się Basia. Przecież jesteśmy głodni! Sałatki to nie jedzenie!
Mięso zostało w piekarniku i tam zostanie. Proszę się zbierać do domu. Albo do Polonii. Tam was nakarmią.
Żartujesz? Marek, uspokój ją, co za przedstawienie! Przecież jesteśmy gośćmi!
Marek powoli podniósł się i stanął przy drzwiach.
Ula nie oszalała powiedział stanowczo. Ula jest wykończona. Przyszliście do naszego domu, nie przynieśliście choćby kromki chleba. Wypiliście mój alkohol, obgadaliście jedzenie, obraziliście moje wino, a nasz dom przezwaliście biurem. A teraz domagacie się drugiego dania?
Przecież żartowaliśmy! wrzasnęła Anka. Zapomnieliśmy o cieście, każdemu się zdarza! Ale mieliśmy dla was dobre towarzystwo!
Jedliście i bawiliście się za nasz koszt rzuciła Ula. Ja dziś wydałam pół wypłaty na te potrawy. Chciałam zrobić wam przyjemność, a wy wy traktujecie mnie jak darmową stołówkę. Jesteście cwaniakami, którzy na zakupy mają, a na głupią czekoladę nie.
No to my wychodzimy! Grzesiek podniósł się i przewrócił krzesło. Pożałujcie swojego kotleta! W nogę!
Wyjście jest tam Marek otworzył drzwi. I zabierzcie swoje pojemniki. Są puste.
Goście wyszli z hałasem i krzykami. Anka groziła, iż Ula już nie jest jej przyjaciółką, Basia gderała o zepsutym wieczorze. Faceci klnęli pod nosem.
Kiedy drzwi zamknęły się za ostatnim gościem, w mieszkaniu zapadła cisza. Ula stała pośrodku salonu patrząc na rozbebeszony stół. Brudne naczynia, ślady wina, pogięte serwetki.
Marek podszedł i objął ją.
Jak się czujesz? zapytał cicho.
Ręce mi się trzęsą przyznała Ula. Marek, może przesadziłam Może powinnam po prostu dać im zjeść i nic nie mówić? W końcu to byli goście.
Ula, przestań. To nie ty byłaś skąpa. To ty zaczęłaś się szanować. Naprawdę jestem z ciebie dumny. Sam bym ich wyrzucił, gdybyś się nie odważyła.
Ula westchnęła i przytuliła się do męża.
A mięso? zagadnął po chwili Marek z chytrym uśmiechem. Jest tam naprawdę? Bo tak pachnie, iż ślinka mi cieknie.
Roześmiała się pierwszy raz od rana. Jest, Marek. I jest beza, wielka z jagodami.
Usiedli razem przy stole, wśród nieuprzątniętej jeszcze zastawy. Ula wyciągnęła aromatyczną blachę z karkówką, postawiła tort. Nalała sobie i Markowi tego kwaśnego wina, które było aksamitnym Bordeaux.
Za nas wzniósł toast Marek. I za to, by w naszym domu bywali tylko ci, którzy przychodzą z otwartym sercem, a nie z pustą ręką.
Jedli mięso, które rozpływało się w ustach, cieszyli się ciszą i sobą nawzajem. To była najlepsza kolacja w ich życiu.
Po godzinie Uli zapikał telefon. SMS od Anki: To przez ciebie siedzimy w McDonaldzie i gryziemy hamburgery! Wstydź się, mogłaś przeprosić!
Ula przeczytała, uśmiechnęła się i kliknęła zablokuj numer. To samo zrobiła z Basią, Grześkiem i Pawłem.
Lista kontaktów skróciła się o cztery osoby. W domu zrobiło się więcej powietrza. Lodówka była pełna smakołyków starczy dla niej i dla Marka na cały tydzień. I ani okruszek nie trafi do tych, którzy na niego nie zasługują.
Ta historia przypomina, iż przyjaźń to ulica dwukierunkowa, a czasem zamknięta lodówka to najlepszy sposób, żeby nie zgubić szacunku do samego siebie.
















