Przeżyliśmy razem trzydzieści lat. Wiem, jak oddycha przez sen, jakie śniadanie lubi najbardziej. A on zamienił to wszystko na uczucie z czasów studenckich i odszedł do kobiety z perfekcyjnie przerobionymi zdjęciami w Photoshopie. Tej nocy nie płakałam wrzuciłam do zamrażarki kolejną partię lodu i spisałam listę. Listę sposobów, jak go odzyskać, by sam błagał, by mógł zostać. Pierwszy punkt: spotkanie z jego nową wybranką.
Mówią, iż pierwsza miłość zostawia ślad jak ospa jeżeli przechorujesz w młodości, blizna zostaje na całe życie, ale choroba już nie wraca. Kłamali, widocznie. Albo to była inna zaraza.
Moja historia zaczęła się, gdy świat budowany trzy dekady jak porządny drewniany dom, nagle popękał. Tyle iż pęknięcia nie szły od fundamentu, ale od dachu dokładnie tam, gdzie antena łapała obce sygnały.
Wychowaliśmy się z siostrą pod hasłem mamy: Najcenniejsze, co macie, to nie mieszkanie czy samochód, tylko reputacja. A po drugie godność. Mama była kobietą starej daty, żelazne zasady. Może dlatego właśnie wyszłam za mąż za Andrzeja, mając czyste konto uczuciowe. Był moim pierwszym mężczyzną. I jedynym. Ja dla niego… Tego już nie byłam. Ale nigdy mnie to nie obchodziło. Do czasu.
Tamta niedziela była leniwa i cicha. Za oknem naszego mieszkania na warszawskiej Pradze rozkwitała dzika czereśnia. Andrzej pił miętową herbatę, zapatrzony w jeden punkt. Odstawił kubek, chrupnął palcami i wypalił słowa, które przecięły ciszę jak siekiera:
Haniu… Chyba się przeprowadzę.
Automatycznie smarowałam masłem kromkę masło zimne, rwało się na kawałki.
Na delegację? spytałam, chociaż już po jego twarzy rozpoznałam: nie, to nie delegacja.
Poznałem Martę. Pamiętasz, wspominałem? Studiowaliśmy razem. Pierwsza miłość. I to… nie przeminęło, Haniu. Po prostu czekało na swój czas. Nie chcę cię oszukiwać. To byłoby podłe.
Mówił, a ja patrzyłam, jak sąsiad z naprzeciwka gra z synkiem w piłkę. Piłka co chwilę obijała się o ścianę garażu: bum-bum-bum, jak rytm jego słów. Dzieci dorosły, mieszkanie za duże, wnuki niedługo przyjdą… Powiedział jeszcze coś o szczerości, o tym, iż uczuć się nie wybiera. A ja czułam w gardle taką suchość, jakbym połknęła pustynię. Wskazałam palcem na dzbanek.
Źle się czujesz? poderwał się, nalał mi wodę. Haniu! Nie strasz mnie.
Ja? mój głos zabrzmiał ochryple, jak krakanie wrony. Mi świetnie. Szczęście, wiesz, przychodzi i odchodzi, a rybę zawsze trzeba czyścić na świeżo.
Wypiłam wodę, czując, jak spływa w lodowatą pustkę. Potem weszłam do łazienki. Trzasnęłam zamkiem odcięłam się od niego, jego słów, wszystkiego. Odkręciłam wodę na maksa, żeby nie słyszał mojego oddechu. Ale on i tak zawsze wszystko słyszał.
Haniu! Otwórz! stukał w drzwi. Wyważę!
Andrzej, daj mi spokój! Muszę się umyć!
Żartowałem! Wyjdź! krzyknął z nutą nadziei, iż na to dam się nabrać.
Spojrzałam w lustro. Patrzyła na mnie kobieta, jak stara lalka wyrzucona do kałuży. Bez blasku, pod oczami sińce, spuchnięty nos. Piękność, nie ma co. Pokręciłam głową w lewo, w prawo. Boże, za co on tyle ze mną wytrzymał? Teraz ma nowy płomień uczuć… Znalazł sobie zapasowy ogień.
Ochlapałam twarz zimną wodą, uczesałam włosy, zacisnęłam usta i wyszłam z łazienki jak obalona królowa, która próbuje pokazać wszystkim, iż to ona zdecydowała, by iść na spacer.
Stał na przedpokoju, blady, z drżącymi dłońmi. Żałosny. I ta jego bezradność wcale nie sprawiła ulgi. Wręcz przeciwnie. Chciałam powietrza. Wyjść z mieszkania, które jeszcze pachniało jego wodą po goleniu.
Andrzej, idę do parku. Nie chodź za mną.
Hania, a serce? A ciśnienie?
Serce? uśmiechnęłam się krzywo. Serce mam teraz chyba na standby do końca dni. Nie chodź.
Chciał oponować, ale narzuciłam kurtkę i wyszłam.
Park Praski skąpany był w słońcu. Młode mamy pchały wózki 3w1, dziadek czytał gazetę na ławce, jakaś pani ganiała wąsatym jamnikiem na smyczy. Życie toczyło się zwyczajnie. Przysiadłam na wolnej ławce i patrzyłam w twarze kobiet. Która to? Ta cała Marta? Czy może ta siwa w berecie? Gdzie ją znalazł? Na portalu dla starych znajomych? A może w ogonku po polędwicę? Sama myśl, iż jej szukał, pisał do niej, umawiał się paliła mnie żywym ogniem. Zrozumiałam, iż muszę się tego dowiedzieć. Zobaczyć ją. Dotknąć. Po co? By wiedzieć, czym jest lepsza.
Wróciłam po czterdziestu minutach. Andrzej siedział przy stole, patrzył w zimną już herbatę.
Jesteś? spytałam chłodno.
A gdzie miałbym być? podniósł oczy. Hania, porozmawiajmy…
Już rozmawialiśmy powiesiłam kurtkę. Ty powiedziałeś, co zamierzasz. Ja usłyszałam. Nie mam pytań.
Hania, nie rób tak
O co ci chodzi? usiadłam naprzeciw. Chcę tylko zrozumieć mechanikę. To ona cię odnalazła, czy odwrotnie?
Westchnął, zrozumiał, iż się nie wymiga.
Napisała. Na Messengerze. Kilka miesięcy temu. Niby przypadkiem trafiła na mój profil.
No jasne, przypadkiem… prychnęłam. A potem? Kawa?
Spotkaliśmy się parę razy. Porozmawialiśmy.
O pierwszej miłości oczywiście. I o niespełnionych nadziejach. Naprawdę jesteś jak gimnazjalista. Skrzyżowałam ręce. Jak ona ma na imię? Daj spokój, powiedz.
Zawahał się.
Hania, po co ci to…
Chcę znać imię kobiety, dla której mąż po trzydziestu latach zamienia kapcie na walizkę. Może ma sekret? Może zaledwie ksywka?
Marta. Marta Witkowska.
Marta. Rozciągnęłam usta w uśmiechu, choć wewnątrz się gotowałam. Ładne. Popularne. Nie to co ja Hanna, nudna, stara, solidna.
Hania…
Cicho. Wstałam. Cieszę się twoim szczęściem. Naprawdę. A ja też sobie kogoś znajdę. Gorętszego. Może trenera z siłowni. Albo Michała z klasy, podobno się właśnie rozwiódł.
Haniu, po co to mówisz? Przecież nie jesteś taka!
A jaka jestem? już wychodziłam do sypialni, rzucając przez ramię: Kawy nie chcę. Boli mnie głowa. Będę leżeć.
Położyłam się i patrzyłam w sufit. Skłamałam głowa nie bolała. Bolała dusza. Tak ostro, iż jakby kto wbił tam rozżarzony drut. Słuchałam kroków Andrzeja na kuchni, potem po cichu sięgnęłam po laptopa. Bo tam teraz żyją wszystkie tajemnice na portalach społecznościowych.
Przeglądam profil męża. Dużo znajomych, żadnej Marty Witkowskiej. Spryciarz usunął? A może ona nie dodała go do znajomych? Przeklikuję subskrybentów, lajki, komentarze. Nic. Pusto.
Wtedy uwagę przykuła kobieta z awatarem nad morzem. Złocisty piasek, turkusowa woda, ona w słomkowym kapeluszu i kieliszkiem w dłoni. Imię Alicja. Miasto Sopot. Znajoma męża. Otworzyłam jej profil, zjeżdżam zdjęcia i serce podskoczyło. Na jednym ze starych, jeszcze z czasów studiów, dziewczyna z długim warkoczem, podpisana: Martusia Witkowska, nasza gwiazda!.
Mam cię. Przechodzę do znacznika, ale profil zamknięty. Jednak na innym portalu jest. Profil publiczny.
Patrzę. Awatar: efektowna szatynka z idealnym makijażem, duże oczy, futro na ramionach. W opisie: Żyję chwilą. Śledzi grupy o psychologii relacji, astrologii, kuchni. Ostatni post: Los daje druga szansę. Serduszko.
Zalała mnie fala gniewu, chciałam rzucić laptopem o ścianę. Oto polująca. Zarzuciła sieci, Andrzej połknął haczyk jak leszcz na rosówkę. Pierwsza miłość, uczucie rozgorzało bzdura. Po prostu kobieta w dojrzałym wieku, z dobrym retuszem i ochotą na wrażenia.
Już miałam zamknąć stronę, kiedy wśród znajomych tej Marty mignęła mi znana twarz. Mężczyzna z siwymi skroniami przy nowej terenówce. Przyjrzałam się. Michał! Michał Kuczyński, kolega z podstawówki, co kiedyś dźwigał mój plecak i przynosił czekoladki do biblioteki. Nie widzieliśmy się dwadzieścia lat. Słyszałam, iż wyjechał do Poznania, rozkręcił firmę budowlaną, rozwiódł się.
Serce zabiło szybciej. To klucz! Michał na pewno zna Martę Witkowską. Uczyli się w równoległych klasach.
Znalazłam Michała na Facebooku. Wysłałam wiadomość: Cześć, Michał! Poznajesz? Stara znajoma, ta od wrzeciona :). Niespodzianka? Muszę pogadać. Dasz się namówić na kawę?.
Odpisał po godzinie. Umówiliśmy się w restauracji Stary Rynek w centrum.
Wymówiłam się w pracy u dentysty. W domu mały maraton piękności: wygrzebałam z szafy sukienkę z jubileuszu teściowej, ciemnogranatową z dużym dekoltem; nakręciłam włosy, makijaż jak na wieczór, perfumy, szpilki. W lustrze widziałam inną kobietę gotową do boju.
Do restauracji dotarłam dwadzieścia minut wcześniej. Usiadłam przy oknie, zamówiłam lampkę wina. Palce lekko drżały przy kieliszku.
Michał przyszedł równo o czasie. Wszedł pewny siebie, elegancki, lekki uśmiech, siwe włosy idealnie przycięte. Rozejrzał się, zobaczył mnie, na twarzy zaskoczenie i coś jak zachwyt.
Hania? podszedł, pocałował mnie w dłoń, jak z dawnego filmu. Ty to dopiero! Spodziewałem się dziewczynki w fartuszku, a tutaj fatalna kobieta. Wyglądasz świetnie.
Michał, daj spokój zmieszałam się, ale na duszy zrobiło się cieplej. Dzięki, iż się zgodziłeś. Wiem, iż masz mnóstwo na głowie.
Dla ciebie zawsze znajdę czas. Usiadł naprzeciwko, przywołał kelnera. Wino? Świetny pomysł. Zamówię najlepsze czerwone, i… Hania, głodna jesteś?
Szczerze? Mam gulę w gardle.
Kelner podał wino. Michał nalał, wznieśliśmy toast za spotkanie. Wzięłam łyk. Wino paliło w gardle, wylewało ciepło w piersi.
Michał… odstawiłam kieliszek. Przejdę do rzeczy, bo się nie odważę. Jestem w trudnej sytuacji.
Patrzył poważnie.
Słucham.
Andrzej odejdzie. Do pierwszej miłości. Przełknęłam. Do Marty. Znasz ją, widziałam u ciebie w znajomych.
Zmarszczył brwi, odchylił się.
Marta? Ta z liceum? przebijały nutki rozbawienia.
Ty masz ją jako Martę, ale Andrzej mówił Marta. Widocznie ma różne imiona do różnych kontaktów.
Michał uśmiechnął się, sięgnął po papierosy, zaraz schował.
Hania, powiem ci szczerze. Twój Andrzej to bohater kochanek, ale długo tak nie pociągnie. Nachylił się. Ja tę Martę znam z kilku wspólnych imprez. Dobre wrażenie robi, kiedy milczy w ładnej sukience. Ale na co dzień…
Co na co dzień? przesunęłam się bliżej.
Wahał się, machnął ręką.
No nic wielkiego. Straszna bałaganiara. Gotować nie umie same półprodukty. Ma dwójkę dzieci z różnych związków, żadne z nią nie mieszka, bo ględzi bez przerwy. I chrapie, Hania. Na wyjeździe to słyszałem. Tak, iż ściany drżą. Twój Andrzej przyzwyczajony był do ciszy i rosołu, nie?
Rosła we mnie dziwna mieszanka satysfakcji i nadziei.
Michał, nie masz pojęcia, jak bardzo mi pomogłeś. Ale to nie wszystko, potrzebuję jeszcze…
Nie dokończyłam. Bo nad stołem zabrzmiał głos, który zmroził mi żyły.
No tu cię mam! Dzwonię, dzwonię!
Odwróciłam się. Przy naszym stoliku stał Andrzej. Blady, zły, z zaciśniętymi pięściami. Pod rękę trzymał kobietę. Rozpoznałam ją Marta Witkowska. Na żywo mniej fotogeniczna: ciężka szczęka, za mocny makijaż, nieufne spojrzenie.
Ojej, Michałek! wrzasnęła, rzuciła Andrzeja i przytuliła Michała. Co za niespodzianka!
Marta, hej Michał uprzejmie uśmiechnął się sztywno.
Andrzej dopadł do mnie, uchwycił za łokieć i niemalże wyciągnął zza stołu.
Co ty tu robisz? Z nim się spotykasz? Dawno to trwa?
Andrzej, puść powiedziałam zimno. Dziś mnie zostawiłeś. Jestem wolna. Mam prawo.
Wolna?! zezłościł się. To on twój nowy… pocieszyciel? Szybko.
To nie twój interes ucięłam.
Marta już kokietowała Michała:
Andrzej, nie szalej. Michał to swój chłop. Znamy się latami. Michał, często tu bywasz? Zostaw mi numer, znajdziemy temat do rozmowy.
Michał rzucił mi spojrzenie: A nie mówiłem?
Marta, byłem zajęty odpowiedział. Z Hanią jesteśmy starymi znajomymi, omawiamy sprawy.
Jakie sprawy? Hania to gospodyni domowa, jakie może mieć sprawy? rzucił Andrzej.
Krew mi się zagotowała. Wtedy Michał przeszedł do działania. Objawił mnie za talie, powiedział głośno, do wszystkich:
Andrzej, przestań być prostakiem. Hania to świetna kobieta. jeżeli jesteś tak głupi, by zamienić ją na… wskazał znacząco na Martę …na coś takiego, to żałuj. A my z Hanią… może spotkamy się częściej. Prawda, Haniu?
Byłam zaskoczona, ale od razu podjęłam grę. Uśmiechnęłam się słodko i oparłam mu głowę na ramieniu.
Oczywiście, Michał.
To był teatr. Ale Andrzej przyjął to jak cios. Zbladł.
Wy… zabrakło mu słów.
Andrzej, chodź, szarpnęła go Marta. Nie rób scen.
Tak, idźcie już dorzucił Michał. Chciałeś wolności.
Andrzej spojrzał na mnie, potem na Michała i Martę. Wreszcie pojął, iż dając sobie wolność, dał ją także mnie.
Pogadamy jeszcze mruknął, odwrócił się i wyszedł. Marta rzuciła nam gniewne spojrzenie i pobiegła za nim.
Odetchnęłam ciężko. Nogi mi się trzęsły.
Dzięki, Michał. Usiadłam. Zagrałeś genialnie.
Ale wiesz, Haniu, nie tylko grałem powiedział poważnie.
Popatrzyłam na niego. W jego oczach była stara, ciepła tęsknota.
Jak cię dziś zobaczyłem, to pomyślałem, jaki byłem głupi w szkole. Trzeba było walczyć. Ale się bałem, uciekłem.
Michał… nie wiedziałam, co odpowiedzieć. W głowie miałam mętlik.
Dobra, klasnął. Jedz, bo znikniesz mi z oczu.
Zjedliśmy kolację. Michał opowiadał o pracy, o córce, o życiu. Ja słuchałam na pół ucha. Myślałam o Andrzeju o tym, jak idzie teraz z Martą. Że ona chrapie, nie gotuje. I iż chyba właśnie obudziłam w mężu zazdrość. A zazdrość to sygnał, iż uczucia żyją.
Do domu wróciłam późno. W przedpokoju paliło się światło. Andrzej siedział na siedzisku, w samym swetrze, blady, z czerwonymi oczami.
Wróciłaś? zapytał zachrypnięty.
Jak widzisz rozebrałam się. Czemu nie u Marty? Pierwsza miłość czeka.
Hania… wstał, podszedł bliżej. Przepraszam, głupi byłem.
Już dziś przepraszałeś. Rano. Za żart, pamiętasz?
To nie był żart. Byłem idiotą. Poszedłem do niej… Siedziałem godzinę. Włączyła telewizor, zaczęła narzekać na byłego, na dzieci, na kręgosłup. I patrząc na nią, zobaczyłem obcą, starą, zmęczoną kobietę. Tam nie ma żadnej miłości. Tylko żal i chęć, by ktoś podał pigułkę. Przypomniałem sobie ciebie. Jak piłaś wodę rano. Jak ręce ci drżały. Jak wyszłaś z łazienki z podniesioną głową. Zrozumiałem, co tracę.
Nie straciłeś, Andrzej. Wyrzuciłeś. To różnica.
Stanął w drzwiach do pokoju.
Wiem o tym. Ale Michał… podoba ci się?
To przyjaciel powiedziałam zmęczona. Jedyny, który dziś mi powiedział, iż jestem wyjątkowa. Tego nie słyszałam od ciebie od lat.
Andrzej przyklęknął przede mną, trzymał moje dłonie.
Hania. Jestem głupi, stary durny chłop. Daj mi szansę to naprawić.
Nie wiem, Andrzej. Bardzo dziś cierpiałam. Jakby umarła jakaś część mnie. Teraz siedzi tu ktoś inny. Lub ja jestem inna.
Poczekam. Ile powiesz. Tylko nie wyrzucaj. W jego oczach łzy, pierwszy raz od śmierci jego ojca tak płakał.
Milczałam długo. Słowa Michała dźwięczały w głowie. I równocześnie twarz Andrzeja, jego zapach. Zapach domu.
Wstań już z tych kolan. Będzie mokro. Jutro pogadamy. Idź spać. Na kanapie.
A ty?
Posiedzę sobie.
Wyszedł. Zostałam sama. Tylko pustka i cisza. Podeszłam do okna. Za oknem padał wiosenny deszcz, zmywając ulice. Może i duszę.
Minął tydzień. Żyliśmy jak współlokatorzy na stancji: spokojnie, uprzejmie, po cichu. Andrzej starał się: zmywał, odkurzał, przynosił zakupy. Ja obserwowałam go z boku. Marta dzwoniła parę razy słyszałam, iż odpowiadał zimno, potem ją zablokował.
Michał też zadzwonił zapraszał do kina. Odmawiałam. Nie to, żebym nie chciała bałam się tego, iż mogłabym wyjść z innym mężczyzną. Ale powiedział ostatnio: Haniu, nie jesteś w klasztorze. Masz prawo do życia. Do pięknego życia.
Dziś sobota. Andrzej kręci się od rana, próbuje zagadywać.
Hania, może pójdziemy do parku? Bez czereśni kwitną.
Nie chcę.
Usiadł obok.
Wiem, zraniłem cię. Ale chcę, żebyś wiedziała: wybrałem. Ciebie. I będę wybierał każdego dnia.
Patrzę na niego. Schudł, posmutniał. W oczach lęk przed utratą.
Andrzej, a co będzie za rok? Jak znów ci się przypomni pierwsza miłość?
Nie przypomni. Kręci głową. Bo ostatnia miłość to ty. I zrozumiałem to dopiero, gdy cię prawie straciłem.
Dzwonek do drzwi. Oboje drgniemy. Andrzej otwiera. Kobiecy głos, piskliwy. Marta!
Wpada do mieszkania jak furia, przemoczona.
Andrzej! Czemu nie odbierasz?! Już wiem! wrzeszczy Przez nią, tak? pokazuje na mnie. Przez starą torbę?
Marta, wyjdź mówi Andrzej stanowczo. Nie zapraszałem cię.
Nie zapraszałeś?! A kto przysięgał, iż lata nie mają znaczenia? wydziera się teatralnie A ona romansuje z Michałem Kuczyńskim, gdy śpisz na wersalce!
Skąd wiesz, gdzie śpię? Andrzej blednie.
Michał mi wszystko powiedział! Spotkaliśmy się! wypala, ale natychmiast żałuje.
Cisza.
Spotkałaś się z Michałem? powtarza Andrzej.
Marta nerwowo się rozgląda.
No i co? Kawa była. Zadzwonił, chciał porozmawiać… o sprawach.
O jakich sprawach? pytam spokojnie. Jakie możesz mieć z nim sprawy, Marto?
Marta mierzy mnie wzrokiem.
To nie twoja sprawa! Rozbijasz rodzinę!
Ja rozbijam? wstaję. To ty przyszłaś do mojego mieszkania i robisz awanturę. Andrzej, wyproś ją.
Ale Andrzej jakby zamurowany. Patrzy na Martę, potem na mnie. Już wszystko rozumie.
Spotkałaś się z Michałem… a on przecież był w trosce o Hanię.
Był. I chyba szczerze. Ale jak widać, stare kontakty nie rdzewieją. Patrzę na Andrzeja. I co, wiatr zmian znów zawiał?
Haniu, przepraszam za wszystko. Za to, przez co przeszłaś.
Podchodzę do okna. Deszcz ustał. Wysło słońce, mokry asfalt błyszczy jak lustro.
W jednej rzeczy miała rację. Byłam z Michałem w restauracji. Rozmawialiśmy. Zadzwonił, zaprosił do kina nie poszłam. Nie dlatego, iż czekałam na ciebie. Ale zrozumiałam coś.
Co? pyta cicho.
Odwracam się.
Przeżyłam z tobą trzydzieści lat. Wiem, jak oddychasz, jaką nogę podwijasz, gdy ci zimno, co lubisz na śniadanie i kiedy zamilkasz, bo ci źle. Wrosłam w ciebie jak drzewo w ziemię. Zawsze można drzewo przesadzić. Ale czy się przyjmie? Michał to piękna oranżeria. A ty mój, nieidealny sad.
Andrzej chwyta moją dłoń.
Zadzwonię o ogród. Obiecuję. Powyrywam chwasty.
Chwasty zawsze wyrosną wzdycham. To życie.
Hania… pamiętasz ten wieczór w restauracji? Jak Michał cię objął. Pękałem z zazdrości.
Byłeś zazdrosny?
Umierałem z zazdrości. I zrozumiałem, iż nie zniosę, by ktoś inny cię dotykał. Oprócz mnie durnia.
Patrzę na niego przez dłuższą chwilę. Potem kładę głowę na jego klatkę piersiową. Słyszę, jak bije mu serce, nierówno, nerwowo.
Andrzej.
Hm?
Chyba też nie potrafię bez ciebie.
Obejmuje mnie mocno, aż bolą żebra.
Dziękuję.
Za co?
Za kolejną szansę.
Stoimy przy oknie. Słońce zalewa pokój. Za oknem śpiewają wróble, pachnie ziemią i bzem. Gdzieś w środku miasta Marta już szuka nowego celu. Gdzieś Michał pędzi swoim autem, myśląc, iż nie wszystko da się kupić.
A my stoimy, milcząc dwoje nie młodych ludzi, których życie prawie rozdzieliło, a jednak połączyło na nowo. Bo są rzeczy silniejsze niż pierwsza miłość. Jest ostatnia miłość. Ta, która nie rdzewieje. Po prostu jest. Spokojna, cicha, prawdziwa.
Podnoszę głowę i mówię:
Zaparzmy miętowej herbaty.
Z miętą? uśmiecha się. Kupiłem twoje ulubione ciasto z wiśniami.
Skąd wiedziałeś, iż wrócę?
Wiedziałem. Całuje mnie w skroń. Po prostu wiedziałem.
Idziemy do kuchni. Za oknem wiosna. Przed nami życie. Zwykłe, pokomplikowane, z kłótniami i pojednaniami, chorobami i radościami. Ale razem. I to jest prawdziwe szczęście. To, którego nie znajdziesz w sieci ani na boku. Bo ono zawsze było tutaj, w domu. Tylko czasem łatwo o tym zapomnieć… A pamięć jak miłość nie rdzewieje. Czeka na swój czas.







