Przez pięć lat była przekonana, iż żyje w szczęśliwym małżeństwie, ale w rzeczywistości tęskniła za relacją podobną do tej, jaką miała z mamą.
Helena wywodziła się z niewielkiej wsi na Mazurach. To właśnie tam, wśród mazurskich jezior i lasów, los połączył ją z Andrzejem. Zakochali się w sobie na zabawie wiejskiej, a krótko potem postanowili, iż ruszą razem do Warszawy, z nadzieją na lepszą przyszłość.
Rodzimym powiedzieli, iż chcą zarobić na ślub i nowy start. W rzeczywistości zarobione złotówki miały im pozwolić na własne mieszkanie. Jednak niedługo doszli do wniosku, iż uroczyste wesele to dziś archaizm. Zorganizowali więc ślub po miejsku w jeansach i trampkach, bez zbędnych wydatków, a prezenty przyjęli tylko w gotówce. Pieniądze były im potrzebne na wkład własny do kredytu hipotecznego na mieszkanie w bloku na Ursynowie.
Ich mamy, Gienia i Kazimiera, nie mogły pogodzić się z brakiem tradycyjnej biesiady, więc gdy para odwiedziła rodzinne strony, zorganizowały im skromny, ale uroczy poczęstunek dla najbliższych.
Pięć lat od ślubu minęło szybko. Helena i Andrzej odkładali decyzję o dziecku nie spieszyli się. Kredyt w złotych pochłaniał większość zarobków, a oni nie chcieli brać na siebie jeszcze większych zobowiązań.
Mama Heleny była kobieta stanowczą, wychowywała córkę sama i niemal przy każdej rozmowie dopytywała, kiedy doczeka się wnuka. Helena wciąż twierdziła, iż to jeszcze nie czas. Nie czuła presji była przekonana, iż jeszcze wiele mogą zrobić we dwoje.
Pewnego dnia Helena zaczęła mieć do Andrzeja żal o drobiazgi, na które wcześniej przymykała oko. Zadzwoniła do mnie pewnego wieczoru i zaczęła się żalić:
On potrafi godzinami rozmawiać z kumplami przez telefon, a ze mną dwa słowa i już szuka pilota… mówiła z wyrzutem.
Ale przecież w domu po pracy macie czas na rozmowę próbowałam ją pocieszać.
Ja bym chciała obejrzeć razem jakąś romantyczną komedię, a on z uporem maniaka włącza tylko thrillery albo horrory…
Przecież każdy z was może oglądać co innego na komputerze, wystarczy słuchawki…
Ale to nie rodzina! Siedzimy obok, a każdy patrzy w coś innego!
No właśnie, czuję się niezrozumiana! wykrzyknęła.
Helena, a kiedy czujecie się dobrze razem?
Kiedy wyjeżdżamy na urlop albo mamy gości wtedy Andrzej jest taki troskliwy…
Tak rozmawiałyśmy ponad godzinę. Helena z zapałem opowiadała mi o początkach ich znajomości i o tym, jak inne dziewczyny jej zazdrościły. Z rozmowy przebijała jednak pewna niezaspokojona potrzeba pragnienie, by móc pochwalić się swoim szczęściem.
Postanowiłam zapytać:
Helu, jak wyobrażasz sobie idealne małżeństwo?
Z dziećmi, oczywiście odpowiedziała bez wahania.
Dzieci to nie wszystko zauważyłam. Co jeszcze?
Chciałabym, żeby Andrzej się mną bardziej interesował, pytał jak mi minął dzień, chwalił mój obiad, zauważył nową sukienkę…
Nie robi tego?
Mówi, iż smaczne, ale to przecież za mało! dodała, urażona.
A jak reaguje, gdy mu podajesz kolację?
Cieszy się i wyraźnie docenia, tylko nie mówi tego wprost…
Zamilkła, zamyślona. Widać było, iż sama nie jest pewna, czego jej naprawdę brakuje. Po dłuższym namyśle zapytałam o jej relację z mamą.
Helena opowiedziała, iż mama Gienia była kobietą czułą i troskliwą, ale czasem potrafiła być nachalna zasypywała córkę pytaniami i martwiła się o wszystko. Gdy zdarzało się coś złego, mama zawsze była obok, pocieszała i powtarzała, iż wszystko będzie dobrze.
Często słyszy się, iż kobiety wybierają na małżonka kogoś na wzór rodziców ze swojego domu. Helena nie znała ojca więc nie mogła wiedzieć, iż mężczyźni często okazują uczucia inaczej niż kobiety.
W końcu powiedziałam Helenie, iż od pięciu lat czeka, aż Andrzej będzie ją rozpieszczał jak jej mama. Przez chwilę była w szoku ale gdy się nad tym zastanowiła, przyznała mi rację.
Co powinnam zrobić?
Za każdym razem, gdy masz do Andrzeja pretensje, wyobraź sobie, iż to nie on, tylko mama. Bo nikt nie jest w stanie zastąpić własnej mamy i nie powinien.
Helena podziękowała mi za rozmowę. Każdy z nas wyniósł z domu jakiś wzorzec. Małżeństwo to nie relacja rodzic-dziecko, ale partnerstwo, w którym obie strony muszą nauczyć się rozumieć drugą osobę i zaakceptować, iż nie każdy okaże uczucia w taki sam sposób. Szczęście buduje się wtedy, gdy uczymy się doceniać to, co mamy, zamiast ciągle porównywać do innych. To prosta lekcja, ale bez niej droga do szczęścia będzie zawsze pod górkę.







