Przez lata milczałam i znosiłam zachowanie mojej mamy, ale jedno wydarzenie odwróciło moje życie do góry nogami

newskey24.com 22 godzin temu

Kiedy miałam siedemnaście lat, mój tata zniknął z naszego życia. Mama, pani Wiesława, harowała bez wytchnienia na dwóch etatach, a pensja ledwo starczała na mleko i chleb. Oszczędzanie stało się naszą sportową dyscypliną choćby reklamy z lidlowymi promocjami robiły się dla nas inspiracją. Owoce i słodycze pojawiały się tylko na Wigilię i Wielkanoc. Nie miałam śmiałości prosić mamę o nową bluzę czy choćby o gumę do żucia próbowałam ogarniać własne potrzeby sama. Mam młodszą siostrę, Hanię. Razem z mamą robiłyśmy fikołki, żeby Hania nie czuła się jak biedniejsza siostra Kopciuszka.
Niestety, śmierć taty nie zakończyła naszej rodzinnej telenoweli. Mama trafiła do szpitala z udarem mózgu od tamtej pory już nie wstawała z łóżka. ZUS łaskawie przyznał jej rentę, ale te złotówki wystarczały na pomarańcze z bazaru i kartofle z promocji. Nie było łatwo, ale trzymałam się dzielnie w końcu, jak to mówią, po burzy zawsze świeci słońce.
Musiałam odpuścić studia zostałam jedynym żywicielem rodziny. Opieka nad chorą mamą i siostrą była jak sesja na politechnice bez przerwy. Pomoc podsuwały mi różne ciocie i sąsiedzi, ale odgrywałam polską hardą nie, poradzimy sobie, dziękuję bardzo. Mama kiedyś była najlepszą kumpelką i bardzo szczerą osobą, a po udarze zmieniła się o 180 stopni.
Najpierw narzekała na swój smutny los, potem przechodziła na Hanię i mnie. Źle gotowałyśmy. Źle odkurzałyśmy. Wydawałyśmy na siebie zbyt dużo choćby na tanie kosmetyki z Rossmanna było jej szkoda.
Starałam się nie przejmować jej zrzędzeniem przecież była chora, wymagała wyrozumiałości. Ale nie da się ukryć, bolało mnie to, iż nasze starania były dla niej jak czarna dziura. Przysłowiowe polskie nic nie wychodzi. Znajomi powtarzali mi, żebym zatrudniła pielęgniarkę, zmieniła pracę mogłam, fakt, mogłam zarabiać lepiej, ale wtedy kto by dbał o mamę? No przecież nie jakaś obca osoba!
Matka zdawała się coraz bardziej rozkręcać choćby za zakup paczki Biszkoptów potrafiła zrobić awanturę. Oszczędzałyśmy tak bardzo, iż choćby kot sąsiadów zaczął nas żałować.
Byłam spokojna i dość cierpliwa przez długi czas. Ale pewnego razu, wszystko się zmieniło. Zachorowałam łeb bolał jakby młot pneumatyczny był ustawiony na maksa, gorączka, kaszel, zero snu.
Rano uznałam: idę do lekarza, choćby nie wiem co. Hania widząc mnie z oczami pandy, przytuliła mnie i błagała, żebym nie odkładała wizyty. Mama? Jak zawsze, uznała, iż po co ci leczenie, młodość sobie poradzi, grypa jak grypa, a ona ma gorzej, jej pieniądze są potrzebne do życia, nie do jakichś konsultacji. Zarzuciła mi jeszcze, iż pewnie nie dbam o nią i czekam, aż zejdzie z tego świata…
Słuchałam tego wszystkiego i płakałam po cichu. Sił nie miałam już choćby na wciągnięcie skarpetek. Dla mamy rzuciłam studia i pracowałam ponad siły a mogłam sobie robić karierę od poniedziałku do piątku. Chyba się zmęczyłam na amen, bo nakrzyczałam na nią jak nigdy, mówiąc wszystko, co chodziło mi po głowie.
Wyszło w badaniach, iż mam zapalenie płuc. Lekarz wręcz stukał się w czoło szpital konieczny, ale ja myślałam tylko o Hani. Nie mogłam zostawić siostry z mamą. Kupiłam lekarstwa za oszczędności i pojechałam do Moniki mojej przyjaciółki.
Monika wpuściła mnie, zbeształa iż zamiast leżeć pod kołdrą, buszuję po Warszawie. Długo gadałyśmy, opowiedziałam o mamie i poprosiłam o pomoc w poszukiwaniu pielęgniarki, bo nie mogłam już mieszkać w tym domu.
Monika zaproponowała, żebym chwilowo zamieszkała u niej i zabrała z tamtego domu swoje rzeczy. Gdy wróciłam, czekała na mnie mama z komentarzami rodem z reality show zero pytania o zdrowie, tylko liczenie złotówek. Nakarmiłam ją i poszłam do pokoju odpocząć. Wiedziałam: nie zamieszkam tam już nigdy.
Monika była aniołem załatwiła pielęgniarkę, pozwoliła mi mieszkać u siebie. Zmieniłam pracę, do mamy już nie chodzę. Może wyglądam na czarną owcę, ale zrobiłam dla niej wszystko. Nigdy nie usłyszałam dziękuję. Czy warto się było tak starać? Wciąż mam przyszłość przed sobą.
Co miesiąc przelewam mamie pieniądze na opiekę pielęgniarki choćby ciut więcej niż ustalone. Wiktoria, która zajmuje się mamą, mówi, iż coraz mniej nas pamięta choćby życzeń urodzinowych nie składa. My składamy, ale w sumie to już nie najważniejsze. Udało mi się zmienić pracę, niedługo wyprowadzę się z mieszkania Moniki. Razem z Hanią planujemy wynająć własne mieszkanie. Hania coraz częściej powtarza: Rodziców trzeba szanować, ale nie wtedy, kiedy oni po kawałku odbierają ci życie.Więc kiedy Hania wyciągnęła kartkę i napisała: Jesteśmy sobie i to wystarczy, poczułam, jak cała przeszłość ustępuje miejsca czemuś nowemu. Zaczęłyśmy planować weekendowe wycieczki i przeglądać oferty mieszkań, śmiejąc się z absurdalnych ogłoszeń. Miałam jeszcze w sobie cień żalu, ale z każdym dniem stawał się bledszy chyba dlatego, iż coraz częściej patrzyłyśmy w przyszłość, a nie za siebie.
Nie wiem, kiedy dokładnie w naszym domu przestał pachnieć strach może to był ten moment, kiedy Hania zrobiła szarlotkę i zamiast oszczędzać na składnikach, wybrała najlepsze jabłka z bazaru. Może wtedy, gdy po raz pierwszy zaczęłyśmy rozmawiać o tym, czego chcemy, a nie tylko o tym, co musimy. Uświadomiłam sobie, iż warto żyć po swojemu choćby wtedy, gdy nikt nie mówi dziękuję.
Któregoś wieczoru spojrzałam na Hanię, a ona uśmiechnęła się tak, jakby naprawdę wierzyła, iż damy radę. I okazało się, iż mama choć dalej obecna w naszym życiu, jak powtarzający się dźwięk w tle nie definiuje już naszych dni. Wreszcie mogłyśmy przestać być Kopciuchami. Odłożyłyśmy troski na bok, zostawiłyśmy za sobą ciężar, którego nikt nam nie odda. Przyszłość stała się czymś nieznanym, ale po raz pierwszy przestała straszyć zaczęła śmieszyć i inspirować.
Wtedy poczułam, iż mimo wszystko jestem wolna. I to była najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek udało się zdobyć.

Idź do oryginalnego materiału