Przez 35 lat byłam przewodniczącą komisji ds. orzekania o niepełnosprawności w dużym wojewódzkim mieście. Zawsze twardo odbierałam renty osobom, które mogły jeszcze pracować. Byłam z siebie dumna miałam poczucie, iż dbam o publiczne pieniądze. Ale kiedy mojego męża, Jana, dopadł udar i moi dawni koledzy bez mrugnięcia okiem odmówili mu pampersów, mówiąc: Jeszcze trochę rusza ręką!, zrozumiałam, iż całe życie byłam posłusznym psem systemu, który nie znosi starości ani słabości.
W Polsce niepełnosprawności nie dostajesz musisz ją sobie wywalczyć łokciami i dowodzić, iż jesteś już na pół grobu. A ja byłam tą ścianą, na której ludzie rozbijali sobie głowy.
Mam na imię Bogumiła Grabowska, mam sześćdziesiąt osiem lat. Jeszcze rok temu kierowałam komisją orzekającą w dużym mieście dokładnie w Poznaniu. Przez mój gabinet przeszły tysiące osób: bez nóg, niewidomych, ludzi po onkologii, cukrzyków. Miałam opinię twardzielki wiedziałam, kto udaje, a kto naprawdę potrzebuje pomocy. Wyczuwałam tych, co chcieli mieć rentę dla zniżki na prąd czy dodatek do emerytury.
Zadanie z góry było proste, choć nikt tego nie mówił wprost: oszczędzamy kasę ZUS-u. Im mniej niepełnosprawnych, tym większe premie dla przełożonych. Odbierałam grupę ludziom, którym brakowało palców u rąk. Patrzyłam im prosto w oczy i mówiłam:
Ma pan drugą rękę. Może pan pracować na portierni. Odbierać telefony. Państwo nie jest od tego, żeby pana utrzymywać. Obniżamy grupę na trzecią, zdolną do pracy. Następny!
Odmówiłam matkom dzieciaków z porażeniem mózgowym wózków za granicę, zamiast tego dawałam tanie, krajowe, w których dzieci płakały z bólu.
Taki mamy standard, polska produkcja nie jest gorsza. Trzeba zacisnąć zęby.
Spałam świetnie. Miałam pensję, uznanie szefów, służbowe auto, piękne mieszkanie. Dopóki nieszczęście nie zapukało do moich drzwi.
Udar.
Mój Jan, miał 69 lat. Silny, pogodny człowiek, całe życie przepracował jako inżynier w zakładach. Mieliśmy plan: przejdziemy na emeryturę, kupimy domek na wsi, będziemy doglądać wnuków.
Wszystko skończyło się w piękną, lipcową sobotę na działce. Ogromny udar niedokrwienny.
Przybiegłam na OIOM, lekarz spuścił wzrok:
Pani Bogumiło, jest pani lekarzem, sama pani wie… Prawa strona całkowicie sparaliżowana. Odruch połykania nie działa. Nie mówi. Przeżyje, ale… to głęboka niepełnosprawność.
Po miesiącu zabrałam Jana do domu. Mój dumny mąż zmienił się w bezradne dziecko w ciele dużego mężczyzny. Leżał w łóżku, wpatrywał się w sufit jednym czynnym okiem, a z kącika ust ciekła ślina.
Rozpętało się piekło, które zna każda Polka opiekująca się leżącym chorym. Przewracanie co dwie godziny, by nie było odleżyn, zmiana pieluch, karmienie przecieranymi zupami przez strzykawkę. W dwa miesiące schudłam dziesięć kilo, rozwaliłam sobie kręgosłup, nauczyłam się spać po dwie godziny naraz.
Pieniędzy brakowało na wszystko. Emerytura Jana szła na opiekunkę, kiedy musiałam do pracy, oraz na leki. Potrzebowaliśmy pierwszej grupy niepełnosprawności. Musieliśmy dostać IPIR (indywidualny program rehabilitacji), żeby mieć refundowane przez NFZ pampersy, materac przeciwodleżynowy, specjalne łóżko.
Pozbierałam papiery i poszłam na komisję. Na własną komisję. Siedziałam po tej drugiej stronie stołu.
Komisję prowadziła moja dawna zastępczyni, Dorota. Sama ją uczyłam, jak być twardą sztuką.
Wwiozłam Jana do gabinetu na wysłużonym wózku, wypożyczonym z hospicjum. Dorota spojrzała na nas znad okularów. W jej oczach nie było współczucia tylko chłodny rachunek, jakim ja przez 35 lat patrzyłam na innych.
Podeszła do Jana, poprosiła, by podniósł lewą, zdrową rękę ledwo, ale drżąc, ją uniósł.
No widzi pani, panno Bogumiło powiedziała z energią Dorota. Lewe działa, są odruchy, jest poprawa.
Dorota, on się nie kontroluje! Nie mówi! Gdzie tu poprawa? Potrzebujemy pierwszej grupy i materaca, już zaczynają się odleżyny!
Dorota westchnęła i uśmiechnęła się pobłażliwie, tak jak ja kiedyś.
Pani Bogumiło, sama pani zna przepisy: pierwsza grupa tylko przy całkowitej utracie samodzielności. Jan może nakarmić się lewą ręką. Grupa druga.
A pampersy? głos mi się załamał. Potrzebuję pięciu dziennie! Z naszej emerytury tego nie udźwigniemy!
Zgodnie z wytycznymi NFZ przysługują trzy na dobę przy drugiej grupie. Materac póki co się nie należy trzeba było częściej przewracać chorego. Budżet nie jest z gumy, pani Bogumiło. Sama mnie pani tego uczyła. Następna osoba!
Karma wraca, co?
Wywiozłam męża na korytarz.
A tam siedziały dziesiątki ludzi: dziadków z laseczkami, kobiety bez włosów po chemii, matki dzieci w wózkach. Godzinami w dusznym holu czekali, by udowodnić tym zadbanym paniom w kitlach, iż boli, iż chcą żyć.
Spojrzałam na nich i nagle przypomniałam sobie każdego z osobna.
Dziadka po Afganistanie bez nogi, któremu nie dałam skierowania na porządną niemiecką protezę już pan jest starszy, polska też dobra, da pan radę przejść po mieszkaniu. Płakał w moim gabinecie.
Kobietę z IV stadium raka piersi, której przyznałam grupę zdolną do pracy Może pani szyć w domu, raka teraz się leczy. Umarła dwa miesiące później.
Uświadomiłam sobie, iż nie oszczędzałam państwowych pieniędzy, tylko odbierałam starszym ludziom prawo do godności. Byłam trybikiem w okrutnej machinie, która każe chorym czuć winę za swoją chorobę.
A teraz ta maszyna przeżuwała mnie.
Kucnęłam przy wózku Jana. Mój Janek, kiedyś taki silny, mógł mnie wziąć na ręce… Teraz siedział ze śliną na brodzie. Nic nie mógł powiedzieć. Ale żywe oko patrzyło na mnie, a z niego popłynęła jedna, potwornie gorzka łza. Rozumiał wszystko. Wiedział, iż został spisany na straty. Że jego życie, iż lata podatków nie są warte choćby jednego dodatkowego pampersa.
Przepraszam cię, Janku wyjęłam, tuląc się do jego kolan pośrodku tego szpitalnego korytarza. Przepraszam was wszystkich. Boże, wybacz mi.
Następnego dnia napisałam rezygnację. Zrezygnowałam z państwowej emerytury, odeszłam z hukiem.
Sprzedałam nasze auto, kupiłam Jankowi porządne łóżko i niemiecki materac przeciwodleżynowy. Sama mu kupuję pampersy.
Ale zrobiłam jeszcze jedno.
Teraz pracuję za darmo. Jestem społeczną prawniczką dla niepełnosprawnych seniorów. Codziennie chodzę z niedołężnymi staruszkami na te okropne komisje. Znam wszystkie przepisy, wybiegi i wytyczne Ministerstwa Zdrowia, które ukrywają przed ludźmi.
Gdy kolejna żelazna dama próbuje odmówić babci po udarze pampersów, rzucam jej na stół ustawy i grożę prokuraturą. Walczę o ich wózki, leki i turnusy. Biję się z systemem jego własnymi narzędziami.
Mój Jan już nie chodzi. Lekarze mówią, iż zostało mu niewiele.
Ale za każdym razem, gdy uda mi się wywalczyć pierwszą grupę dla czyjegoś sparaliżowanego dziadka, wracam do domu, siadam przy łóżku męża, biorę jego ciepłą dłoń i mówię:
Dzisiaj uratowaliśmy kolejnego, Janku.
I mam wrażenie, iż się uśmiecha.
Żyjemy w świecie, w którym starość i słabość uznaje się za wadę. Ale prędzej czy później to dotknie nas wszystkich. Żadne stanowisko ani układy nie uchronią przed rakiem czy udarem.
Jeśli dzisiaj odmawiasz współczucia słabszym, jutro nie dziw się, iż system przejdzie obok ciebie zupełnie obojętnie.
A ty? Spotkałeś się z brutalnością i bezdusznością podczas załatwiania orzeczenia o niepełnosprawności? Dlaczego myślisz, ludzie z odrobiną władzy tak gwałtownie tracą serce czy to system ich do tego zmusza?









