Teściowa chwilę milczała, po czym powiedziała:
– Oj, Justyno, Wioletta to taka kobieta, co sobie coś ubzdura i musi postawić na swoim. Musisz zrozumieć, ona chce Marysię wykształcić.
– Za moje pieniądze? – Justyna zatrzymała się przy lustrze.
Z odbicia patrzyła na nią blada kobieta z potarganymi włosami.
– Pani Barbaro, proszę ich zatrzymać. Niech wysiądą na najbliższej stacji i wrócą.
– Ale jak ja mam ich zatrzymać? – zapłakała teściowa. – Oni już są w drodze.
– To nie mój problem – odpowiedziała Justyna. – Mieszkania nie udostępnię.
– Wioletta wzięła kredyt na studia. Na mieszkanie nie mają ani grosza. Justyno, no wyrzuć lokatorów, co ci szkodzi?
– Rodzina? Tę waszą Marysię spotkałam dwa razy w życiu!
Z kieszeni odezwał się dźwięk wiadomości. Justyna wyjęła telefon, nie zdejmując płaszcza.
Wiadomość była od Wioletty, siostry teściowej.
„Justyna, hej! Już jedziemy pociągiem. Bilety mamy na 19:40. Spotkaj nas razem z Marysią. Podeślij adres tej swojej kawalerki.”
Justyna przeczytała wiadomość trzy razy. Jaka kawalerka? Jaka Marysia?
– Mamo, czemu tak stoisz? – Zosia wychyliła się z przedpokoju. – Głodna jestem.
– Zaraz, kotku – Justyna pogłaskała córkę po głowie, nie odrywając wzroku od ekranu.
Wybrała numer Wioletty. Odebrano natychmiast, w tle słychać było stukot kół.
– Halo, Justynko! Chciałyśmy zrobić niespodziankę!
– Wiolu, poczekaj. Dokąd jedziecie?
– Jak to dokąd? Do Warszawy! Marysia się dostała na studia, na płatne. Jedziemy urządzać się w twoim mieszkaniu.
– W moim czym? – Justyna oparła się plecami o ścianę. – Do kawalerki, którą wynajmuję od sześciu lat?
– Sześć lat temu, jak babcia ci to mieszkanie zapisała, siedzieliśmy razem przy stole. Powiedziałam: „Marysia będzie miała gdzie mieszkać”. Nie zaprzeczałaś.
– Nie zaprzeczałam, bo uznałam to za idiotyczny żart! – krzyknęła Justyna.
– Tam mieszka rodzina z dzieckiem – dodała. – Płacą czynsz. Z tego utrzymuję rodziców i Zosię.
– Myśleliśmy, iż jesteśmy rodziną! – ryknęła Wioletta. – Chcesz siostrzenicę na dworcu zostawić?
– To moje mieszkanie, Wiolu. Kupiła je babcia, zostawiła mnie. Piotr nie ma z nim nic wspólnego.
– A, to tak teraz mówisz! Marysia, słyszysz? Przyjedziemy, pogadamy osobiście.
W słuchawce odezwały się krótkie sygnały. Justyna zupełnie zgłupiała.
– Zosiu, podgrzej sobie zapiekankę – zawołała do córki i wybrała teściową.
– Pani Barbaro, wiedziała pani, iż pani siostra jedzie z zamiarem wprowadzenia się do mojego mieszkania?
– No… Wioletta coś mówiła. Myślałam, iż się dogadałyście.
– Z kim się dogadałam? Od sześciu lat wynajmuję to mieszkanie. Połowę dochodu daję rodzicom na leki. Czemu nie powiedziała im pani, iż to niemożliwe?
– Nie krzycz na mnie. To nie moja sprawa. Tylko Piotrowi nie dzwoń, nie denerwuj go.
Justyna rzuciła telefon na kanapę. Mąż zawsze trzymał się z boku, ale wobec matki robił się ustępliwy.
– Mają inne pojęcie o życiu – zwykł mawiać. – Łatwiej ustąpić.
Próbowała zadzwonić do męża. „Abonent poza zasięgiem”. Oczywiście.
***
Afera trwała dalej. Wioletta wydzwaniała od piątej rano.
– Zimno tu, przymarzłyśmy! Wstawaj! Masz się tu pojawić za piętnaście minut!
– Odczepcie się ode mnie! Nie pojadę nigdzie – odpowiedziała ostro Justyna.
Po dziesiątym telefonie numer ciotki trafił na czarną listę. Wioletta zaczęła wydzwaniać z numeru córki, więc ten też zablokowała.
Cały dzień męczyła Justynę Barbara – prosiła, przekonywała, straszyła.
Wieczorem wrócił Piotr, mąż, bez zapowiedzi.
– Justyna, co się wydarzyło? – zapytał od progu. – Mama płacze, mówi, iż wyrzuciłaś ciotkę Wiolę na bruk.
– Przyjechały bez zapowiedzi. Zażądały, żebym wyrzuciła lokatorów i wpuściła Marysię na pięć lat, za darmo.
– Czy to normalne? – dodała. – Mam wyrzucić ludzi, bo twoja ciotka tak sobie wymyśliła?
– Bo mama nalegała – westchnął Piotr. – Ciotka Wioletta cały telefon mi zawaliła. Może ustąpimy, zanim znajdą akademik?
– Nie będzie żadnego akademika, Piotr. choćby nie złożyły dokumentów. Jechały po prostu „do swojej kawalerki”.
– Mama mówi, iż kiedyś obiecałaś…
– Sześć lat temu, na stypie. Nie komentowałam tych bredni, bo nie miałam do tego głowy.
– Wioletta już nas nie znają. U mamy nie zostały, przelałem im cztery tysiące, coś wynajęły.
– I chwała Bogu! – Justyna klasnęła w stół. – Nie będę się choćby o te pieniądze kłócić.
Piotr westchnął i spuścił głowę.
– Wynajęły pokój w komunie. Wioletta krzyczy, iż tam robactwo, sąsiedzi pijacy.
– Niech się przyzwyczai. Stolica to nie wakacje.
Justyna poszła do sypialni, mąż za nią.
– Nieprzyjemnie wyszło. Naprawdę rzuciliśmy je na pastwę losu. Nie żal ci Wioletty?
Justyna gwałtownie się odwróciła:
– Mam córkę, mam rodziców, za których jestem odpowiedzialna. Mam mieszkanie, które babcia zdobyła ciężką pracą.
– Dlaczego mam je żałować? Powiedz mi?
Mąż zamilkł, a Justyna dodała:
– Głodny jesteś? Podgrzeję obiad. I koniec tematu.
– Chcesz pomagać – pomagaj ze swojej pensji. Ale mieszkanie jest wynajmowane, nikogo nie wyrzucę.
– Masz rację – odpowiedział Piotr. – Ja też bym nie był szczęśliwy, gdyby twoi rodzice przyjechali na moją działkę i powiedzieli: „Przesuńcie się, pomieszkamy tu z dziesięć lat”.
Po kolacji, gdy Piotr poszedł pod prysznic, Justyna sięgnęła po telefon. Wisiała nieprzeczytana wiadomość od teściowej.
„Justyna, to nie w porządku. Wioletta od nerwów się rozchorowała. Zawieź im jedzenie. Mięso, warzywa, owoce, czekoladki. Konserw nie bierz – Wioletta nie je takich rzeczy.”
Justyna zablokowała też teściową. Niech i ona kilka dni posiedzi na czarnej liście.
***
Noc minęła względnie spokojnie.
Wioletta zjawiła się pod drzwiami punktualnie o siódmej.
Justyna obudziła się od głośnego walenia. Piotr spał, więc musiała sama otworzyć.
Ciotka od progu zaczęła narzekać:
– Spisz sobie pod kocykiem, na czyściutkiej pościeli? A nie chcesz się dowiedzieć, jak z Marysią przetrwałyśmy noc?
– Koszmar! Robaki, zimno, grzyb na ścianach!
Justyna stała w drzwiach i milczała.
– No co tak stoisz? – krzyknęła Wioletta. – Zaprosisz nas w ogóle do środka?
– Nie – odpowiedziała spokojnie Justyna.
– Nie? Tak nam powiesz w oczy?
– Tak. Nie wpuszczę was. Nigdy nie planowałam.
– To jak mamy żyć?
– Jak wszyscy. Pracą, nie cudzym mieszkaniem.
Wioletta otworzyła usta, ale nic z nich nie wyszło.
– Idź, Wiolu – powiedziała Justyna cicho. – Życzę Marysi powodzenia na studiach.
Zamknęła drzwi na klucz.
Na dole ulicy jeszcze długo słychać było kroki i przekleństwa.
Justyna wróciła do kuchni, nalała sobie kawy.
Zosia stała w drzwiach, przecierając oczy.
– Mamo, kto to krzyczał?
– Nikt ważny, kotku – odpowiedziała Justyna. – Idź się ubrać, zaraz zrobię śniadanie.
Telefon leżał na stole, cichy, zablokowany.
Justyna spojrzała na niego i uśmiechnęła się po raz pierwszy od dwóch dni.
Nikt więcej nie wejdzie do jej domu bez pytania.















