Przesuńcie się trochę, pomieszkamy tu z dziesięć lat

polregion.pl 1 tydzień temu

Teściowa chwilę milczała, po czym powiedziała:

– Oj, Justyno, Wioletta to taka kobieta, co sobie coś ubzdura i musi postawić na swoim. Musisz zrozumieć, ona chce Marysię wykształcić.

– Za moje pieniądze? – Justyna zatrzymała się przy lustrze.

Z odbicia patrzyła na nią blada kobieta z potarganymi włosami.

– Pani Barbaro, proszę ich zatrzymać. Niech wysiądą na najbliższej stacji i wrócą.

– Ale jak ja mam ich zatrzymać? – zapłakała teściowa. – Oni już są w drodze.

– To nie mój problem – odpowiedziała Justyna. – Mieszkania nie udostępnię.

– Wioletta wzięła kredyt na studia. Na mieszkanie nie mają ani grosza. Justyno, no wyrzuć lokatorów, co ci szkodzi?

– Rodzina? Tę waszą Marysię spotkałam dwa razy w życiu!

Z kieszeni odezwał się dźwięk wiadomości. Justyna wyjęła telefon, nie zdejmując płaszcza.

Wiadomość była od Wioletty, siostry teściowej.

„Justyna, hej! Już jedziemy pociągiem. Bilety mamy na 19:40. Spotkaj nas razem z Marysią. Podeślij adres tej swojej kawalerki.”

Justyna przeczytała wiadomość trzy razy. Jaka kawalerka? Jaka Marysia?

– Mamo, czemu tak stoisz? – Zosia wychyliła się z przedpokoju. – Głodna jestem.

– Zaraz, kotku – Justyna pogłaskała córkę po głowie, nie odrywając wzroku od ekranu.

Wybrała numer Wioletty. Odebrano natychmiast, w tle słychać było stukot kół.

– Halo, Justynko! Chciałyśmy zrobić niespodziankę!

– Wiolu, poczekaj. Dokąd jedziecie?

– Jak to dokąd? Do Warszawy! Marysia się dostała na studia, na płatne. Jedziemy urządzać się w twoim mieszkaniu.

– W moim czym? – Justyna oparła się plecami o ścianę. – Do kawalerki, którą wynajmuję od sześciu lat?

– Sześć lat temu, jak babcia ci to mieszkanie zapisała, siedzieliśmy razem przy stole. Powiedziałam: „Marysia będzie miała gdzie mieszkać”. Nie zaprzeczałaś.

– Nie zaprzeczałam, bo uznałam to za idiotyczny żart! – krzyknęła Justyna.

– Tam mieszka rodzina z dzieckiem – dodała. – Płacą czynsz. Z tego utrzymuję rodziców i Zosię.

– Myśleliśmy, iż jesteśmy rodziną! – ryknęła Wioletta. – Chcesz siostrzenicę na dworcu zostawić?

– To moje mieszkanie, Wiolu. Kupiła je babcia, zostawiła mnie. Piotr nie ma z nim nic wspólnego.

– A, to tak teraz mówisz! Marysia, słyszysz? Przyjedziemy, pogadamy osobiście.

W słuchawce odezwały się krótkie sygnały. Justyna zupełnie zgłupiała.

– Zosiu, podgrzej sobie zapiekankę – zawołała do córki i wybrała teściową.

– Pani Barbaro, wiedziała pani, iż pani siostra jedzie z zamiarem wprowadzenia się do mojego mieszkania?

– No… Wioletta coś mówiła. Myślałam, iż się dogadałyście.

– Z kim się dogadałam? Od sześciu lat wynajmuję to mieszkanie. Połowę dochodu daję rodzicom na leki. Czemu nie powiedziała im pani, iż to niemożliwe?

– Nie krzycz na mnie. To nie moja sprawa. Tylko Piotrowi nie dzwoń, nie denerwuj go.

Justyna rzuciła telefon na kanapę. Mąż zawsze trzymał się z boku, ale wobec matki robił się ustępliwy.

– Mają inne pojęcie o życiu – zwykł mawiać. – Łatwiej ustąpić.

Próbowała zadzwonić do męża. „Abonent poza zasięgiem”. Oczywiście.

***

Afera trwała dalej. Wioletta wydzwaniała od piątej rano.

– Zimno tu, przymarzłyśmy! Wstawaj! Masz się tu pojawić za piętnaście minut!

– Odczepcie się ode mnie! Nie pojadę nigdzie – odpowiedziała ostro Justyna.

Po dziesiątym telefonie numer ciotki trafił na czarną listę. Wioletta zaczęła wydzwaniać z numeru córki, więc ten też zablokowała.

Cały dzień męczyła Justynę Barbara – prosiła, przekonywała, straszyła.

Wieczorem wrócił Piotr, mąż, bez zapowiedzi.

– Justyna, co się wydarzyło? – zapytał od progu. – Mama płacze, mówi, iż wyrzuciłaś ciotkę Wiolę na bruk.

– Przyjechały bez zapowiedzi. Zażądały, żebym wyrzuciła lokatorów i wpuściła Marysię na pięć lat, za darmo.

– Czy to normalne? – dodała. – Mam wyrzucić ludzi, bo twoja ciotka tak sobie wymyśliła?

– Bo mama nalegała – westchnął Piotr. – Ciotka Wioletta cały telefon mi zawaliła. Może ustąpimy, zanim znajdą akademik?

– Nie będzie żadnego akademika, Piotr. choćby nie złożyły dokumentów. Jechały po prostu „do swojej kawalerki”.

– Mama mówi, iż kiedyś obiecałaś…

– Sześć lat temu, na stypie. Nie komentowałam tych bredni, bo nie miałam do tego głowy.

– Wioletta już nas nie znają. U mamy nie zostały, przelałem im cztery tysiące, coś wynajęły.

– I chwała Bogu! – Justyna klasnęła w stół. – Nie będę się choćby o te pieniądze kłócić.

Piotr westchnął i spuścił głowę.

– Wynajęły pokój w komunie. Wioletta krzyczy, iż tam robactwo, sąsiedzi pijacy.

– Niech się przyzwyczai. Stolica to nie wakacje.

Justyna poszła do sypialni, mąż za nią.

– Nieprzyjemnie wyszło. Naprawdę rzuciliśmy je na pastwę losu. Nie żal ci Wioletty?

Justyna gwałtownie się odwróciła:

– Mam córkę, mam rodziców, za których jestem odpowiedzialna. Mam mieszkanie, które babcia zdobyła ciężką pracą.

– Dlaczego mam je żałować? Powiedz mi?

Mąż zamilkł, a Justyna dodała:

– Głodny jesteś? Podgrzeję obiad. I koniec tematu.

– Chcesz pomagać – pomagaj ze swojej pensji. Ale mieszkanie jest wynajmowane, nikogo nie wyrzucę.

– Masz rację – odpowiedział Piotr. – Ja też bym nie był szczęśliwy, gdyby twoi rodzice przyjechali na moją działkę i powiedzieli: „Przesuńcie się, pomieszkamy tu z dziesięć lat”.

Po kolacji, gdy Piotr poszedł pod prysznic, Justyna sięgnęła po telefon. Wisiała nieprzeczytana wiadomość od teściowej.

„Justyna, to nie w porządku. Wioletta od nerwów się rozchorowała. Zawieź im jedzenie. Mięso, warzywa, owoce, czekoladki. Konserw nie bierz – Wioletta nie je takich rzeczy.”

Justyna zablokowała też teściową. Niech i ona kilka dni posiedzi na czarnej liście.

***

Noc minęła względnie spokojnie.

Wioletta zjawiła się pod drzwiami punktualnie o siódmej.

Justyna obudziła się od głośnego walenia. Piotr spał, więc musiała sama otworzyć.

Ciotka od progu zaczęła narzekać:

– Spisz sobie pod kocykiem, na czyściutkiej pościeli? A nie chcesz się dowiedzieć, jak z Marysią przetrwałyśmy noc?

– Koszmar! Robaki, zimno, grzyb na ścianach!

Justyna stała w drzwiach i milczała.

– No co tak stoisz? – krzyknęła Wioletta. – Zaprosisz nas w ogóle do środka?

– Nie – odpowiedziała spokojnie Justyna.

– Nie? Tak nam powiesz w oczy?

– Tak. Nie wpuszczę was. Nigdy nie planowałam.

– To jak mamy żyć?

– Jak wszyscy. Pracą, nie cudzym mieszkaniem.

Wioletta otworzyła usta, ale nic z nich nie wyszło.

– Idź, Wiolu – powiedziała Justyna cicho. – Życzę Marysi powodzenia na studiach.

Zamknęła drzwi na klucz.

Na dole ulicy jeszcze długo słychać było kroki i przekleństwa.

Justyna wróciła do kuchni, nalała sobie kawy.

Zosia stała w drzwiach, przecierając oczy.

– Mamo, kto to krzyczał?

– Nikt ważny, kotku – odpowiedziała Justyna. – Idź się ubrać, zaraz zrobię śniadanie.

Telefon leżał na stole, cichy, zablokowany.

Justyna spojrzała na niego i uśmiechnęła się po raz pierwszy od dwóch dni.

Nikt więcej nie wejdzie do jej domu bez pytania.

Idź do oryginalnego materiału