Słuchaj… Muszę ci coś opowiedzieć, bo po dziś dzień nie mogę w to uwierzyć, ile jedna z pozoru głupia sytuacja może zmienić. A więc…
No dobra, wznoszę toast za naszą solenizantkę! Czterdzieści pięć lat a świeżutka jak malina… Chociaż, raczej to już suszona śliwka, ale przez cały czas zdrowa! ryknął Mirek na całą salę w tej małej restauracji Pod Debami, zagłuszając choćby weselną muzykę z głośników.
Goście, skupieni przy długim stole, zamarli. Ktoś zaśmiał się nerwowo, ktoś inny udawał, iż szuka papryki w sałatce jarzynowej. Basia, ubrana w tę granatową sukienkę, na którą odkładała zleceniówki z tłumaczeń, skrzywiła się, czując jak twarz jej blednie. Uśmiech odciśnięty na twarzy od początku wieczoru przeszedł w coś, co bardziej przypominało tik nerwowy.
Mirek, dumny ze swojego dowcipu, polał sobie kieliszek wódki, stuknął nim w stół i wylał na siebie pół łokcia, zanim usiadł jej ciężką ręką obejmując Basię.
No co tak siedzicie, kwaśne śliwki? Basieńka zna się na żartach! Co nie, babeczko? klepnął ją z takim impetem, jakby byli kumplami w saunie. Przynajmniej oszczędna! Patrzcie ten ciuch ile go masz? Ze trzy sezony? A wygląda jak z salonu!
Nieprawda. Sukienka była nowa, kupiona za jej własne, pieczołowicie zbierane złotówki. Ale sprzeczanie się przy wszystkich, w tym przy koleżankach z pracy, rodzinie i sąsiadach, byłoby upokarzające. Odsunęła delikatnie jego rękę i napiła się wody. W środku miała lodowaty ciężar. Zawsze by się jakoś wybroniła żartem, powiedziała: ważne, żebyś ty, kochanie, nie zbutwiał, ale tym razem coś w niej pękło.
Impreza toczyła się dalej, choć już bez atmosfery. Mirek pił jak smok, rozbestwił się, podrywał młodsze koleżanki Basi, rozkminiał przy stole o polityce i jak to baby rozwaliły Polskę. Basia przyjmowała kwiaty, dziękowała za życzenia i ciągle pilnowała, żeby każdemu starczyło rosołu, ale robiła to wszystko jakby automatycznie. W głowie dźwięczała jej głucha pustka, zagłuszająca wszystko wokół. Śmiechy Mirka odbijały się echem i znikały bez śladu.
Do domu wrócili późno. Mirek, ledwo ściągając buty, poleciał do sypialni.
Uff, świetny melanż mamrotał, rozpłaszczając się na łóżku. Ale twój szefek ten… Dziwny typ. Patrzył się na mnie jakby coś kombinował. Chyba zazdrości, iż mam taką żonę… wyrozumiałą. Słyszysz, Basia? Przynieś mi mineralną, bo suszy jak Sahara!
Basia stanęła w przedpokoju, patrząc na swoje odbicie w lustrze zmęczone oczy, rozmazany tusz. Bez słowa zdjęła buty, ustawiła je równo, potem weszła do kuchni. Ale nie sięgnęła po mineralkę dla niego, tylko wlała wodę do własnej szklanki, wypiła spokojnie patrząc w noc przez okno. Później wyszła po koc i poduszkę, rozłożyła wszystko na kanapie w salonie.
Basia, gdzie z tą wodą?! doleciał z sypialni jego głos.
Wyłączyła światło w korytarzu, położyła się na kanapie, nakryła kołdrą po samiutką głowę. Sen nie przychodził. Nie było złości ani pomysłów na zemstę. Pojawiła się tylko jasna myśl: koniec. Limit wyczerpany. Konto się wyzerowało.
Rano dom nie pachniał kawą i jajecznicą. Basia zwykle wstawała pół godziny szybciej, żeby uszykować Mirkowi śniadanie, wyprasować koszulę czy spakować mu obiad do pracy. Tego dnia Mirek zbudził się od dźwięku budzika i ciszy. W powietrzu czuć było tylko chłód.
Zwlókł się do kuchni, drapiąc brzuch. Tam Basia, ubrana już od stóp do głów, czytała coś na tablecie przy pustej filiżance.
A śniadanie gdzie? ziewnął Mirek, grzebiąc w lodówce. Miały być twarożki, a wczoraj jeszcze był twaróg.
Basia choćby nie podniosła wzroku. Przesunęła stronę na ekranie, upiła zimną herbatę i kontynuowała lekturę.
Basia! Ja do ciebie gadam! obrócił się z kawałkiem kiełbasy w ręku. Straciłaś słuch po wczorajszym?
Wstała spokojnie, wzięła torebkę z krzesła, sprawdziła klucze i wyszła do pracy.
Halo? A niebieska koszula? Nie wyprasowana!
Drzwi trzasnęły. Mirek został w samych slipkach, z kiełbasą w dłoni, bez pojęcia, czemu jest sam jak palec.
Eee, przesadza krowa, wymamrotał, krojąc plaster. Pewnie PMS. Obraziła się o żart, wieczorem się odobraża. Wiadomo, kobiety…
Wieczorem wrócił do ciemnego, pustego mieszkania. Basia nie przyszła. To już było podejrzane, zawsze była pierwsza. Zadzwonił nie odbierała. Ogrzał sobie makaron z lodówki, obejrzał jakiś serial i poszedł spać, planując, iż jak wróci, uraczy ją wykładem.
Basia przyszła, gdy już spał. choćby nie usłyszał, jak spała na kanapie. Następnego dnia: powtórka z rozrywki. Zero śniadania, żadnego dzień dobry, sam musiał sobie zapakować kanapkę odchodziła bez słowa, on choćby nie wiedział, czym to się kończy.
Trzeci dzień wręcz kipiał.
Słuchaj, przestań już z tą fochą! No, palnąłem głupio. Komu się nie zdarza? Wypiliśmy, zabawa, luz. Co, królowa Elżbieta z ciebie? Przepraszam, ok? Daj spokój. Gdzie moje czarne skarpety? W szufladzie jakby tornado przeszło!
Basia spojrzała na niego chłodnym wzrokiem, jakby nie patrzyła na męża tylko plamę grzyba na ścianie. Przykro, ale nie tragedia. Zignorowała go, wzięła parasolkę i wyszła.
Pod koniec tygodnia wszystko się zmieniło. Koszule Mirka, kiedyś magicznie wysprzątane i wyprasowane, teraz zaczęły piętrzyć się na fotelach. W lodówce: jajka, masło, ser, ogórek ale nie było już gotowych kotletów, zupy czy jego ulubionej pieczeni z łopatki. Talerze w zlewie zasychały i nikt ich nie ruszał, chyba iż Basia swoje dwa umyła i schowała.
Mirek się uparł poczeka aż Basia zdecyduje się posprzątać, bo sama nie wytrzyma. Nic z tego. Ona dbała tylko o swoje rzeczy, cała reszta pleśniała. On liczył na bunt, a napotkał mur totalnej obojętności.
W sobotę postanowił działać kupił tort i bukiet chryzantem.
No daj już spokój, Basia. Zjem ciastko? Zrobimy herbaty, pogódźmy się położył tort na stole.
Basia spojrzała na niego przez stół pustym wzrokiem, podniosła się i poszła do łazienki. Po chwili usłyszał szum prysznica.
Mirek wkurzony siąknął kwiatami do śmietnika.
Rób, co chcesz! Myślisz, iż sobie nie poradzę? Żyłem sam, jak ty w piaskownicy biegałaś! Manipulantka jedna!
Zamówił pizzę, odpalił browara i oglądał mecz na cały regulator. Basia wyszła z łazienki już w piżamie, wsadziła stopery do uszu i położyła się na kanapie, jakby on nie istniał.
Minął miesiąc. Mirek przechodził wszystkie fazy: od wścieku, przez przekupstwo i ciche dni, aż po bezradność. Obojętność Basi okazała się nie do przebicia to jak grać w ping-ponga ze ścianą. Odbijasz wraca, ale ścianie i tak wszystko jedno.
Zaczął zauważać, iż codzienność zaczyna mu się sypać w rękach. Sam musiał gładzić koszule, a wyglądały, jakby przez nie przejechał traktor. Jedzenie zamawiane przez aplikacje kosztowało majątek i odbijało mu się na żołądku. Basia sprzątała tylko swoje kąty, reszta pokrywała się pyłem. Ale najgorsze miało dopiero nadejść.
We wtorek wracając z pracy, zły po ochrzanie od kierownika, włączył bankowość online, chciał spłacić ratę za samochód ten swój dumny, nowiutki SUV kupiony dwa lata temu.
Na ekranie migało: Brak środków.
Mirek aż przetarł oczy. Jak to? Przedwczoraj była wypłata. Przegląda historię Zwykle przelewał swoją część na wspólne konto, z którego spłacał kredyt, opłaty i zakupy, resztę zostawiał na auto i piwko z ziomkami. Basia zawsze uzupełniała to, czego brakowało czy na opłaty, czy do kredytu, czy na proszek do prania.
A teraz na koncie dokładnie tyle, ile wpłacił Mirek. Ani złotówki więcej. A to nie wystarczało na ratę, bo wydał ostatnio na naprawę zderzaka (sam zarysował) i parę razy zaszalał z kolegami, licząc, iż Basia dołoży.
Wpadł do salonu.
Co to za cyrk?! wrzasnął, wymachując telefonem. Dlaczego nie ma kasy? Jutro rata, rozumiesz?
Basia powoli odłożyła książkę.
Co z twoimi pieniędzmi, Basia? Nie przelałaś! Przez ciebie naliczą karę!
Cisza.
Wtedy znów wyjęła z torby dokument, podała mu.
To był pozew. O rozwód.
Mirek omiótł wzrokiem tekst wszystko świtało w głowie: …wspólne gospodarstwo nieprowadzone…, …zerwane więzi małżeńskie….
Ty… Ty tak na serio? Przez to, iż się zażartowałem przy wszystkich? Basia, zwariowałaś? Dwadzieścia lat poszło na śmietnik przez żart?
Sięgnęła po notatnik, napisała coś i pokazała mu:
*To nie o żart chodzi. Po prostu mnie nie szanujesz i to od dawna. Mieszkanie jest moje odziedziczyłam je po babci. Samochód został kupiony razem, ale kredyt jest na ciebie. Dzielę majątek. Samochód możesz zostawić, ale połowę dotychczasowych spłat mi oddasz. Przenoszę się na działkę do mamy na czas rozwodu. Masz tydzień na wyprowadzkę.*
Mirek czytał to i czuł, jak w głowie nagle robi się pusto. Mieszkanie rzeczywiście, należało do Basi po babci, a jemu tak się wydawało, iż jest jego… Niby zameldowany, ale żadne prawa własności nie ma.
Jaką działkę? Jakie mieszkanie? szepnął, osuwając się na fotel. Basia dokąd ja pójdę? Przecież znamy się jak łyse konie! Z pensji się nie utrzymam, kredyt, alimenty na Kamila jeszcze rok Ja tego nie ogarnę!
Basia patrzyła bez triumfu. Tylko zmęczenie w oczach. Napisała jeszcze jedną notatkę:
*Jesteś dorosłym facetem. Poradzisz sobie. Sam mówiłeś na mojej imprezie, iż już rozklekotana jestem to po co żyć z takim złomem? Znajdź sobie młodszą i energiczną. Ja chcę tylko świętego spokoju.*
Ale ja tylko żartowałem! jęknął. Wszyscy tak żartują! Basia, wybacz głupolowi! Na kolanach chcesz?
Naprawdę uklęknął przed nią na dywanie, łapiąc ją za rękę. Basia tylko odsunęła się, poszła do sypialni i wyjęła walizkę.
I wtedy dopiero dopadła go panika. Ta lepka, lodowata panika, kiedy nie tyle iż traci się żonę, co puszkę, wokół której kręciło się całe życie: kto ugotuje? Kto przypomni o kontroli u dentysty? Kto wysłucha marudzenia po pracy? Kto załata finansowe dziury zachciankami?
Zrozumiał, iż nie ma nikogo. Koledzy do wódki na jeden wieczór, nikt mu nie użyczy własnej kanapy. Matka? Siedzi w bloku z pięcioma kotami i cierpkim językiem dwie ulice od końca miasta.
Wpadł do sypialni, Basia chowała ciuchy gładko i systematycznie.
Basia, nie rób tego, wydusił. Możemy pogadać…? Może do terapeuty pójdziemy, teraz to modne. Zmieniam się, rzucę wódkę Zakoduję się choćby jutro!
Bez słowa zatrzasnęła walizkę. Dźwięk zatrzasku brzmiał jak wystrzał.
Basiu, nie wychodź teraz ustawił się w przejściu. Zostań do rana, wyjaśnijmy na spokojnie Jesteśmy rodziną.
Ona pierwszy raz od miesiąca spojrzała mu w oczy. Tym razem był w nich cień życia. Uczucie: współczucie. Takie, które budzi się wobec rannego gołębia na drodze wiadomo, pomóc się nie da, tylko przykro patrzeć.
Wyjęła telefon, napisała krótką notatkę i pokazała:
*Rodzina nie upokarza publicznie i nie traktuje jak sprzątaczkę. Zniosłam dziesięć lat twojego chamstwa. Myślałam, iż to taki charakter. Ale to słabość, nie charakter. Myślałeś, iż nie odejdę? Pomyliłeś się. Odsuń się.*
Minęła go, przetoczyła walizkę.
Nie oddam auta! Ani złamanego grosza! krzyknął rozpaczliwie za nią.
Zatrzymała się przy drzwiach, narzuciła płaszcz i odparła już na głos pierwszy raz od miesiąca swoim zwykłym, ciut zachrypniętym głosem (aż ciary mu przeszły po plecach):
Oddasz, Mirek. Sąd cię zmusi. I zwrócisz także za prawnika. Za tego, którego opłaciłam z tej premii, co ją chciałeś na nowy kij wędkarski przewalić. Klucze zostaw w skrzynce na listy, jak się wykwaterujesz. Czas masz do niedzieli.
Zatrzasnęła drzwi. Klikł zamek.
Mirek został w pustym korytarzu. Dopiero teraz cisza zaczęła go ogłuszać słyszał buczenie lodówki, kapanie kranu, który od pół roku miał naprawić.
Usiadł przy stole, gdzie zwykle Basia jadła śniadanie. Została tylko kartka z pozwem. Stempel, podpis, data. Zero wątpliwości.
Telefon zabrzęczał: Przypominamy o jutrzejszej racie. Kwota do spłaty…
Zasłonił twarz rękoma. Pierwszy raz w życiu a ma już pięćdziesiąt lat naprawdę się popłakał. Nie dlatego, iż stracił miłość. Ze zwyczajnej litości dla siebie i z przerażenia, jak łatwo można spalić całe życie jednym niewyparzonym językiem.
Reszta tygodnia minęła w mgle. Dzwonił do Basi blokada. Do teściowej? Gdy powszechnie przez lata lubiana pani Zofia odebrała, powiedziała tylko: Sam sobie zgotowałeś ten los. Basi nie denerwuj, ciśnienia jej nie podnoś.
Czwartek zajął się pakowaniem. Okazało się, iż tak naprawdę ma kilka rzeczy. Ubrania, wędki, narzędzia, laptop. Wszystkie te zasłonki, doniczki, zdjęcia, poduszki, kolorowe kubki, koce i świeczki wszystko to kupowała i wybierała Basia. Bez niej mieszkanie zamieniło się w pustą, zimną klatkę.
Znajdując na dnie szuflady stary album, otworzył. Dziesięć lat temu morze w Łebie, Basia śmieje się do aparatu, on zadowolony, dumny ona patrzyła na niego kiedyś z podziwem. Kiedy to się skończyło? Kiedy przestał widzieć w niej kobietę, a zaczął widzieć tylko… obsługę?
Kretyn powiedział głośno w ciemne wnętrze. Ty stary głupcze.
W niedzielę wyniósł ostatnią torbę. Klucze wrzucił do skrzynki. Jeszcze raz spojrzał w górę na ich (jej) okno. Ciemne.
Wsadził się do auta, odpalił benzyny ledwo na żarówkę, oszczędności prawie nie ma. Pozostało mu tylko jechać do matki, gdzie pięć kotów i stare grzechy. Widział już oczami wyobraźni zakurzoną kuchenkę i matkę czekającą z monologiem A nie mówiłam, iż ona nie dla ciebie?. Zawył, uderzając pięścią w kierownicę. Chciał zadzwonić do kogoś do kogo? Nie ma takich ludzi, którzy by tylko wysłuchali, bez dorzucania a nie mówiłem.
Wrzucił bieg i powolutku ruszył spod bloku. Przed nim długie, samotne życie, nauka gotowania zupy, prasowania koszul i może trzymania języka za zębami. Ale najstraszniejsze było to, iż zniszczył własnoręcznie jedyne miejsce na świecie, gdzie był naprawdę kochany.
A Basia w tym czasie siedziała na werandzie działki u mamy. Owinięta w wełniany koc, piła miętową herbatę, patrząc jak ogród pachnie świeżym bzem i wolnością. Było jej pusto, ale spokojnie. Telefon miała wyłączony. Przed nią niepewność, sąd, podział majątku, ale wiedziała, iż da radę. Bo najgorsze, co może być, to żyć z kimś, kto sprawia, iż czujesz się samotnie. Gdzieś w ogrodzie śpiewał drozd, a powietrze było czyste bez śladu męża, bez smrodu alkoholu. Dla pierwszego razu od dawna uśmiechnęła się szczerze, głęboko.
Wiesz co? Gdyby coś cię w tej historii poruszyło i uważasz, iż Basia dobrze zrobiła, daj mi znać w komentarzu. Jestem ciekawa, jak ty byś zareagowała na jej miejscu.








