Przestałam gotować i sprzątać dla dorosłych synów efekt mnie zaskoczył
Mamo, a czemu moja niebieska koszula nie jest wyprasowana? Przecież prosiłem, mam jutro rozmowę o pracę odezwał się z charakterystycznym dla siebie tonem starszy syn, dwudziestopięcioletni Bartek, z głębi swojego pokoju. I jeszcze, skończył się proszek? Skarpetki piętrzą się w łazience jak Tatry.
Zofia Stawiarska zatrzymała się w przedpokoju z ciężkimi siatkami w dłoniach. Pasek od torby wbijał jej się boleśnie w ramię, nogi pulsowały po dziesięciogodzinnej zmianie w Biedronce, a w głowie dudniła jej jedna myśl: Kiedy to się skończy?. Powoli postawiła zakupy na podłodze, westchnęła i spojrzała na swoje odbicie w lustrze: zmęczona kobieta ze smutkiem w oczach, w których było tyle beznadziei.
W kuchni młodszy syn, dwudziestodwuletni Krzysiek, tłukł garnkami.
Mamo, kupiłaś chleb? Bo z Bartkiem zjedliśmy całą kiełbasę na sucho krzyknął, nie wychylając się z kuchni. A i zupa skiśla, wylałem, ale garnek nie domyty, bo się wszystko przykleiło. Zrobisz nową? Najlepiej barszcz, bo twoja kapuśniak już mi bokiem wychodzi.
Zofia zdjęła buty, poukładała je na półce. W środku coś w niej pękło. Cieniutka nitka cierpliwości, na której trzymał się cały ten domowy ład, napięła się i strzeliła z hukiem. Poszła do kuchni. Krzysiek siedział przy stole z nosem w telefonie, wokół okruchy, plamy herbaty i papierki. Zlewozmywak zapełniony górą naczyń przypominał Krzywą Wieżę w Pizie tylko czekać, aż runie.
Cześć synku, powiedziała cicho.
No cześć. Masz ten chleb?
Chleb jest. W sklepie.
Krzysiek oderwał wzrok od ekranu i spojrzał zdziwiony na matkę.
To znaczy nie kupiłaś?
Nie kupiłam. Koszuli Bartka nie wyprasowałam. Proszku nie kupiłam. I barszczu nie będzie.
Do kuchni wszedł Bartek, drapiąc się po brzuchu. Był tylko w bokserkach, choć robiło się już ciemno.
Mamo, nie rób sobie jaj. Serio z tą koszulą nie mam w czym pójść. Wiesz, iż nie ogarniam żelazka, zawsze jakieś fałdy narobię.
Zosia usiadła na taborecie, nie ruszając zakupów. Spojrzała na swoich dorosłych, zdrowych synów. Bartek wysoki, szerokie barki, dwa lata po studiach, pracuje jako sprzedawca, ale całą pensję przepuszcza na elektronikę i imprezy. Krzysiek studiuje zaocznie, dorabia jako kurier, ale w domu nie robi nic.
Siadajcie, powiedziała spokojnie. Trzeba pogadać.
Chłopaki popatrzyli po sobie. W jej głosie było coś, czego nie znali nie biadolenie, nie strofowanie, ale pewność i chłód. Usiadli niechętnie.
Mam pięćdziesiąt dwa lata zaczęła Zosia. Pracuję na pełen etat. Ciągnę całą chatę, rachunki, zakupy. A wy dwoje zdrowych facetów. Facetów, nie dzieci. I zamieniliście mnie w służącą.
O Jezu, znowu się zaczyna przewrócił oczami Bartek. Mamo, my też pracujemy, też się męczymy. Ty jesteś kobietą, ogarniasz dom, to jakoś naturalne jest.
Naturalne to jest prawo do odpoczynku i szacunku przerwała mu Zosia. Od dziś domowy ogień gaśnie. Ogłaszam strajk.
Jaki strajk? zaśmiał się Krzysiek. Nie będziesz jadła?
Jeść będę. Ale tylko to, co sama sobie zrobię. Prać będę swoje rzeczy. Sprzątać w swoim pokoju. Od dziś jesteście samodzielni. Chcecie jeść? Gotujcie. Chcecie czyste rzeczy? Pierzcie. Chcecie wyprasowane? Do żelazka YouTube macie pod ręką.
W kuchni zaległa cisza. Synowie patrzyli na nią jak na ufoludka. Czekali, iż zaraz się uśmiechnie, założy fartuch i zacznie lepić kotlety.
To nie jest śmieszne spoważniał Bartek. Jutro mam rozmowę, potrzebna mi ta koszula.
Żelazko w szafie w przedpokoju, deska za drzwiami. Powodzenia.
Zosia wstała, wyjęła z siatki jogurt, jabłko i twarożek swoją kolację i zamknęła się w swoim pokoju.
Pierwszy wieczór minął spokojnie. Chłopaki uznali, iż matka się obraziła i do rana jej przejdzie. Zamówili pizzę, zostawili kartony na stole i do nocy grali w FIFA. Zosia słyszała ich śmiechy, ale nie wyszła ich strofować. Wzięła gorącą kąpiel z pianą, czytała książkę i po raz pierwszy od lat poczuła dziwne, aż straszne, uczucie ulgi.
Rano zbudził ją rumor.
Gdzie jest to pieprzone żelazko?! darł się Bartek. Mamo! Mamo! Nie mam czasu!
Zosia wyszła z pokoju gotowa do pracy. Wyglądała świeżo: wyspana, uczesana.
Powiedziałam w szafie, dolna półka.
Znalazłem, ale nie grzeje! Zepsułaś je!
Włącz do gniazdka rzuciła, wkładając płaszcz. I nalej wody.
Spóźnię się! No wyprasuj mi, błagam! Tylko raz!
Nie. To twoja rozmowa, twoja odpowiedzialność.
Wyszła, zostawiając syna sam na sam z pogniecioną koszulą i zimnym żelazkiem. Serce ściskało, instynkt matki wrzeszczał: Wróć! Pomóż!. Ale rozum podpowiadał: Pójdziesz na ustępstwa teraz, przegrasz już zawsze.
Po pracy poczuła zapach spalony tłuszcz i lekko kwaskowe coś. W kuchni był sajgon. Patelnia z resztką jajek stała na stole prosto na obrusie, wyżarła w nim dziurę. Stos brudnych naczyń urosła do rozmiaru Wawelu. Podłoga była lepka.
Krzysiek siedział głodny i zły.
To już przesada. Nie ma co jeść. W lodówce tylko twoje jogurty. Mamy zdechnąć z głodu?
W żabce pełno jedzenia: pierogi, makarony, parówki. Macie pieniądze.
Nie umiemy robić pierogów! Zawsze się rozlatują!
Na opakowaniu jest instrukcja. Umiecie czytać przecież.
Zosia spokojnie odsunęła brudną patelnię, przetarła sobie kawałek stołu, wyjęła kupioną w garmażerce sałatkę i zjadła kolację. Synowie kręcili się wokół niej jak dwa rekiny, ale nie zareagowała.
To co, jak nie chcesz być matką, to my się obrażamy! rzucił Bartek, zły po nieudanej rozmowie o pracę. Nie będziemy z tobą gadać!
Proszę bardzo. Macie prawo. A moje obowiązki matki skończyły się, jak stuknęło wam osiemnaście lat. Teraz to tylko dobra wola. A ona się wyczerpała, jak doceniliście ją dopiero, gdy przestało się wam wygodnie żyć.
Egoistka! warknął Krzysiek.
Możliwe. Ale najedzona i spokojna egoistka.
Następne dni to była zimna wojna. Mieszkanie coraz bardziej tonęło w brudzie. W łazience skończył się papier, ale nikt nie kupił. Dopiero gdy Zosia demonstracyjnie przyniosła rolkę dla siebie i zabierała ją po każdym użyciu, chłopaki się zdziwili. Śmieci wyłaziły z kosza i zaczęły śmierdzieć. Chłopaki jedli tylko fast foody, opakowania porzucali wszędzie.
Zosia trzymała się resztkami sił. Było jej naprawdę trudno patrzeć na to, w co zamienił się jej dom. Miała ochotę wszystko posprzątać, nastawić zupę, wywietrzyć, ale wiedziała: leczenie musi być gorzkie.
Czwartek wieczór. Bartek szperał w koszu z brudną bielizną.
Czego szukasz?
Skarpet. Skończyły się. W ogóle wszystkie.
Może wyprać?
Pralka jest zbyt skomplikowana! Kupę guzików. Boję się zepsuć.
Jest guzik „pranie szybkie”. Jedno kliknięcie. I szufladka na proszek.
A nie mamy proszku!
To kup.
Bartek rzucił skarpetą o podłogę.
Kupię nowe! Mam dosyć!
Świetnie. Kupuj. Lepsze marnowanie kasy na nowe skarpety niż nauczyć się prać. Duma polskiego faceta.
W piątek stało się coś nieoczekiwanego. Zosia się rozchorowała. Gorączka, ból gardła, ledwo może mówić. Dzwoni do pracy, bierze wolne.
Chłopaki wstają koło południa, zaglądają do niej.
Mamo, ty chora? pyta Krzysiek.
Chora.
A obiad będzie?
Spojrzała na niego zaczerwienionymi oczami. Chciało jej się ryczeć z żalu i wstydu.
Krzysiek mam 38 stopni. Jaki obiad? Zamknij drzwi, przeciąg.
Chłopaki poszli się naradzać do kuchni.
Ale hardkor mówił Bartek. I co teraz? Jestem głodny.
Może zamówimy coś?
Nie mam już kasy, wszystko poszło na buty.
Ja też, stypendium za tydzień.
Spróbujmy makaronu?
No, dawaj. Gdzie jest sól?
Zosia zasnęła. Obudził ją swąd przypalonego garnka. Wpadła do kuchni w szlafroku.
Scena: makaron na czarno, przyklejony do dna. Woda odparowała dawno temu. Chłopaki stoją w szoku.
Odeszliśmy tylko na szybkie „League of Legends”! tłumaczył Krzysiek.
Otwórzcie okno! chrząknęła Zosia, kaszląc. Spalicie mieszkanie!
Wyłączyła gaz, wrzuciła garnek do zlewu, odkręciła wodę para i smród poszły po całej kuchni.
Zosia usiadła na stole, schowała twarz w dłoniach i rozpłakała się. Głośno, szczerze. Z rozpaczy, z temperatury, z żalu do siebie i do nich.
Chłopaki nieruchomo stali. Nigdy nie widzieli, żeby matka tak płakała. Zawsze była twarda, ogarniała wszystko.
Mamo spokojnie nieśmiało dotknął jej ramienia Bartek. No trudno, spaliło się. Kupi się nowy garnek.
Nie w garnku problem! krzyknęła przez łzy. Wam w niczym nie potraficie! Gdyby mnie zabrakło, zdechlibyście tu z głodu i brudu. Wstyd mi! Że wychowałam takie pasożyty!
Wypłakała się, wytarła oczy rękawem i poszła leżeć. Chłopaki zostali w ciszy. Przez okno uchodził swąd spalenizny.
Wieczorem nie wychodziła już z pokoju. Miała to gdzieś.
Po ósmej cicho zapukały drzwi.
Mamo, śpisz? głos Krzyśka.
Nie.
Słuchaj byliśmy po aptece. Bartek pożyczył od kolegi. Tu masz Theraflu, lizaki na gardło, spray i cytrynę.
Zosia odwróciła się. Krzysiek podał jej siatkę z lekami, za nim przewijał się Bartek z tacą. Na tacy herbata (mocna, aż czarna) i bułka z szynką. Trochę koślawa, ale zrobiona przez nich.
Dzięki, powiedziała cicho.
I jeszcze, mamo Bartek podrapał się w głowę. Posprzątaliśmy na kuchni. Naczynia umyte. Dwie talerze rozbiliśmy, śliskie były. Podłogę zamietliśmy.
Zosia usiadła, napiła się herbaty. Trochę za mocna, ale serce od razu cieplejsze.
Rozbite talerze na szczęście mruknęła przez uśmiech.
Przez kolejne dwa dni chłopaki się starali. Dzwonili co chwila: „Mamo, proszek do którego pojemnika?”, „Mamo, ryż się płucze?”, „Mamo, gdzie jest ścierka?”. Ugotowali choćby zupę coś na kształt rosołku z olbrzymimi kawałkami ziemniaków i półsurową marchewką, ale to była ich własna zupa. Bartek wyprasował sobie T-shirt, zostawiając świecący ślad od żelazka, ale chodził w nim po osiedlu jak król.
Kiedy Zosia wyzdrowiała i wyszła do kuchni, na lodówce wisiała kartka grafik:
„Poniedziałek, środa, piątek: Bartek (naczynia, śmieci). Wtorek, czwartek, sobota: Krzysiek (podłogi, zakupy). Niedziela wspólne sprzątanie”.
Co to? spytała Bartka, gdy jadł kanapkę.
No, grafik. Stwierdziliśmy, iż miałaś rację. Głupio trochę. Jesteśmy dorosłymi chłopami, a wszystko na ciebie zwalamy.
I będziecie się trzymać?
Postaramy się. Krzysiek wczoraj googlował, jak smażyć ziemniaki, żeby miały skórkę. Okazuje się, iż nie można ich ciągle mieszać. Cuda.
Zosia uśmiechnęła się szczerze pierwszy raz od dawna.
Minął miesiąc. Idealnie nie było czasem śmieci zalegały, kłócili się, kto myje podłogę. Ale „niezaradność życiowa” malała z dnia na dzień.
Zosia zauważyła zmianę także w sobie. Czas, który odzyskała poświęciła na siebie. Zapisała się na basen, o którym marzyła od lat. Spotykała się z koleżankami co tydzień, a nie raz na pół roku. Zauważyła nawet, iż mężczyźni zaczęli się za nią oglądać na ulicy.
Pewnego wieczoru wracała po basenie na kuchni ruch: chłopaki kroili coś z przejęciem.
Co się dzieje?
Robimy kolację rzucił Krzysiek, wycierając łzy (kroił cebulę). Bartek dostał dzisiaj pierwszą wypłatę w nowej pracy, świętujemy. Ziemniaki po francusku.
W nowej pracy? spojrzała pytająco na Bartka.
No. Jak szedłem na rozmowę w pogniecionej koszuli, nie przyjęli mnie wyjaśnił. Stwierdzili, iż jestem nieogarnięty. Było mi głupio, wiesz? Potem nauczyłem się prasować, przygotowałem się lepiej. Dostałem się. Pracuję jako logistyk.
Jestem z ciebie dumna, synu.
Siadaj, mamo Bartek pociągnął za krzesło. Chcesz lampkę wina? Kupiłem dobre.
Jasne.
Usiedli razem do stołu. Mięso wyszło lekko suche, cebula w kawałach; ale to była najlepsza kolacja w jej życiu. Patrzyła na swoich facetów i czuła dumę. Zniknęła bierność, pojawiła się odpowiedzialność. Przestali być tylko domownikami. Stawali się jej partnerami.
Wiesz, mamo rzucił nagle Krzysiek, przekłuwając widelec w mięso. Doszliśmy z Bartkiem do wniosku: mieszkanie osobno to syf i drogo, ale mieszkać z matką jak pasożyt wstyd. Będziemy się dorzucać do rachunków i zakupów, po równo. Ok?
Ok, lepiej być nie mogło przytaknęła.
I jeszcze dodał Bartek. Wybacz nam ten chlew. Nie docierało do nas, ile robisz. Myśleliśmy, iż to się robi samo: czyste się pojawia, jedzenie też. Magia.
Magia się skończyła, chłopaki. Zaczęło się życie.
Zdarzały się jeszcze powroty starych nawyków raz znalazła skarpetę pod kanapą. Kiedyś schyliłaby się po nią z westchnieniem. Teraz po prostu zawołała Krzyśka.
Twój zdobycz?
Ojej, zapomniałem. Już zabieram.
I zabrał. Bez szemrania.
Zosia zrozumiała jedno: jej poświęcenie nie dawało synom szczęścia, ale czyniło ich bezradnymi. Jej stanowczość dawała im za to najlepszą lekcję miłości tej, w której wierzysz, iż ktoś poradzi sobie sam.
Teraz, gdy znajome narzekały na „synów na kanapie”, Zosia tylko się uśmiechała i mówiła:
A próbowałaś po prostu przestać być wygodna?
Ale jak to? dziwiły się. Przecież oni zginą!
Nie zginą. Głód motywuje lepiej niż kazania, a brudna koszula skłania do żelazka. Sprawdzone info.
W piątkowy wieczór Zosia szykowała się do teatru. Nowa sukienka, podkreślenie ust szminką.
Mamo, dokąd taka piękna? gwizdnął Krzysiek.
Na randkę mrugnęła. Z samą sobą i sztuką. Obiad to co w lodówce, przepis w sieci znajdziecie. Przeszukajcie Google.
Zamknęła drzwi klatki, wciągnęła w płuca wieczorne powietrze. Poczuła się wolna. Nie była już służącą. Była Kobietą. Miała wspaniałych, dorosłych synów, którzy w końcu zaczęli ją szanować.
Efekt eksperymentu? Zaskoczył ją dał jej nowe życie. Bo żeby w domu zapanował porządek, czasem trzeba po prostu zrobić mały, dobrze zaplanowany chaos.













