Zegar na słupie przed wejściem do parku wskazywał za sześć czwarta, kiedy stanąłem przy fontannie, ściskając w garści bukiet rumianków i chabrów. Kwiaty wybierała mi starsza kobieta z kwiaciarni przy ulicy Długiej, bo ja sam znam się na nich jak mój ojciec na modzie. Jedyne, co umiem rozpoznać, to róże, które mama od zawsze dostaje na imieniny i na Dzień Kobiet.
— Artur…
Głos za plecami zabrzmiał cicho, ale wyraźnie. Młody, prawie dziewczęcy. Odwróciłem się gwałtownie i bukiet omal nie wylądował na chodniku.
Przede mną stała Kasia. Ciemne, lekko falujące włosy opadały jej na ramiona, a niebieskie oczy patrzyły z lekkim rozbawieniem. Małe dołeczki w kącikach ust sprawiały, iż wyglądała jak ktoś, kto za chwilę roześmieje się z całego serca. Pachniała konwaliami i świeżym praniem.
— Cześć, Artur — powiedziała, podchodząc bliżej.
— Cześć… Kasia, ty jesteś… — urwałem, bo zabrakło mi słów.
— Zamurowało cię? — zaśmiała się, bawiąc się końcem szalika.
— Trochę — przyznałem, podając jej kwiaty. — To dla ciebie.
— Śliczne. Naprawdę. Dziękuję.
Wzięła mnie pod ramię i ruszyliśmy wzdłuż alei wysadzanej starymi kasztanowcami. Park powoli zapełniał się spacerowiczami — para emerytów karmiła gołębie, młoda matka pchała wózek z płaczącym dzieckiem. Czułem na plecach ich spojrzenia i miałem ochotę zapaść się pod ziemię, bo wciąż nie mogłem wydusić z siebie normalnego zdania.
Zwykle na randkach to ja przejmowałem inicjatywę. Opowiadałem anegdoty ze studiów, żartowałem, zabawiałem rozmową. A teraz stałem obok Kasi jak słup soli i jedyne, co słyszałem, to własne serce walące w rytmie nieco szybszym niż rozsądek.
Przystanęliśmy przy starym buku na końcu alei. Kasia wypuściła moje ramię i stanęła naprzeciwko mnie.
— Artur, porozmawiajmy szczerze — zaczęła. — Widzę, co się z tobą dzieje. I nie udaję, iż mi się to nie podoba. Ale nie chcę przyspieszać. Chcę, żeby było normalnie. Powoli. Bez pośpiechu.
Poczułem, jak coś we mnie opada. Zaraz usłyszę, iż jestem miły, ale nie w jej typie. Że spotkamy się za tydzień, za miesiąc, iż zadzwoni, a potem cisza.
Odsunąłem się o krok i dotknąłem palcami chropowatej kory buku. W gardle poczułem dławienie. Dwadzieścia trzy lata, dorosły chłop, a znów gotów się rozkleić jak smarkacz.
— Artur, nie o to mi chodzi — Kasia podeszła i stanęła tuż za mną. — Nie powiedziałam, iż nie chcę się spotykać. Po prostu nie chcę, żebyśmy od razu skakali na głęboką wodę. Rozumiesz?
— Rozumiem — wykrztusiłem, nie odwracając się.
— I jeszcze jedno — dodała ciszej. — Wierzysz mi?
— Wierzę.
Odwróciłem się. Kasia patrzyła na mnie poważnie, bez cienia uśmiechu. Wyciągnęła rękę i poprawiła mi kołnierzyk, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie.
— To dobrze. Bo ja też ci wierzę. Sama nie wiem czemu.
Spacerowaliśmy do zmierzchu. Potem, gdy zrobiło się chłodno, wstąpiliśmy do kawiarni przy ulicy Krzywej, tej, o której wspominał rano Tomek. Zamówiliśmy kawę i sernik. Rozmawialiśmy do zamknięcia — o jej pracy w centrali telefonicznej na Piwnej, o moich studiach na politechnice, o wspólnych znajomych. Kasia śmiała się z moich żartów tak szczerze, iż ludzie przy sąsiednich stolikach odwracali głowy. Na poważne tematy odpowiadała spokojnie, ważąc każde zdanie.
Kiedy odprowadzałem ją do domu, zatrzymała się przy bramie kamienicy.
— Dalej pójdę sama.
— Na pewno? Odprowadzę cię do samej klatki.
— Artur, dziękuję. Naprawdę. Ale nie dzisiaj.
— Zadzwonisz?
— A będziesz czekał?
— Będę. Długo.
— To zadzwonię.
Odwróciła się i ruszyła w głąb podwórka. Stałem i patrzyłem, aż zniknęła w ciemności za trzepakiem. Potem zawróciłem na przystanek, czując, jak powoli dociera do mnie jedna myśl: ta dziewczyna coś ukrywa. Nie podała mi swojego numeru, nie pokazała, gdzie mieszka, a spotkania kończyły się zawsze w tym samym miejscu — dwie ulice dalej niż powinny.
„Może się boi" — myślałem, czekając na nocny autobus. „Albo wstydzi się mieszkania. Albo rodziców. Cokolwiek to jest, nie odpuszczę".
Zamek w drzwiach przekręcił się cicho. W przedpokoju było ciemno, tylko z salonu sączyła się wąska smuga światła. Matka siedziała w fotelu z książką na kolanach. Z sypialni dobiegało równe chrapanie ojca.
— I jak ta randka? — zapytała, nie odrywając wzroku od stronicy.
— Dobrze. Kasia jest… inna. Naprawdę inna.
— To dobrze — odłożyła książkę i spojrzała na mnie znad okularów. — Śpij, synku. Późno już.
— Dobranoc, mamo.
Leżałem w ciemności i wpatrywałem się w sufit, na którym tańczyły cienie gałęzi za oknem. „Zadzwoni" — powtarzałem w myślach. „Na pewno zadzwoni". I z tą myślą zasnąłem.
Osiem na wybawienie
Minął prawie miesiąc. Nasza łączność przypominała operację wywiadowczą, tyle iż zamiast haseł i szyfrów mieliśmy telefon stacjonarny i żelazną zasadę: dzwonić o określonych porach, mówić krótko, nie zdradzać szczegółów. Zaczęło się niewinnie. Po pierwszym spotkaniu dzwoniłem na centralę i prosiłem o połączenie z „dwudziestką dwójką", czyli z Kasią. Robiłem tak codziennie, po kilka razy. I za każdym razem słyszałem to samo: „Nie łączymy z numerami wewnętrznymi". Raz połączyłem się z taką oschłą kobietą, iż o mało nie rzuciłem słuchawką. Zaczynałem podejrzewać, iż ta centrala to nie firma telekomunikacyjna, tylko jakaś tajna komórka rządowa.
Moi rodzice powoli tracili cierpliwość. Telefon był zajęty godzinami, matka nie mogła dodzwonić się do przyjaciółki, ojciec odebrał kilka awantur o to, iż „linia wiecznie głucha". choćby sąsiadka z dołu zapukała kiedyś do drzwi, żeby zapytać, czy mam własny aparat, czy tylko okupuję wspólny.
Wreszcie na jednym z naszych rzadkich spotkań Kasia, dopijając herbatę w kawiarni przy Krzywej, zaproponowała rozwiązanie.
— Artur, tak dalej nie pociągniesz. Wyglądasz gorzej niż ja po nocnej zmianie. Słuchaj. Pamiętasz, coś mi opowiadał, iż macie w domu nowy aparat z możliwością wybierania numerów zewnętrznych?
— No, tak. Ojciec założył miesiąc temu. I co z tego?
Kasia rozejrzała się po sali, jakby ktoś mógł nas podsłuchiwać. Pochyliła się nad stolikiem.
— Na sali operacyjnej mamy telefon serwisowy. Techniczny. Ma bezpośrednie wyjście na sieć miejską, ale to linia jednostronna — służy technikom do przyjmowania zgłoszeń z miasta, nie do wydzwaniania na zewnątrz. Jak ty do mnie zadzwonisz, to zostaje ślad na twoim rachunku, nie na naszym. A jak ja odbiorę, to tylko podnoszę słuchawkę, nic się nie zapisuje. Rozumiesz? To bezpieczne, tylko dla mnie, nie dla ciebie.
— A dla ciebie to na pewno nic nie zostawia?
— Nic. Sprawdzałam. Numeru nie pamiętam, ale mogę sprawdzić na grafiku. Zadzwonię do ciebie dziś w nocy, koło pierwszej, i podyktuję.
— W nocy? O pierwszej?
— Tak — w jej oczach pojawił się ten sam szelmowski błysk, który tak mnie ujmował. — Nie śpisz o tej porze, prawda? Zwłaszcza iż jutro sobota.
— Nie śpię. Będę czekał.
— To słuchaj uważnie. Wybierasz zero, potem numer kierunkowy, potem ten numer. Telefon jest podpięty równolegle do wszystkich stanowisk, więc choćby jak mam klienta, zobaczę lampkę i odbiorę. A jak będzie zajęty, nie panikuj. Znaczy, iż technicy sprawdzają linię. Odczekaj dziesięć minut i próbuj znowu.
Słuchałem jej i czułem, jak napięcie ostatnich tygodni powoli odpływa. Ta dziewczyna potrafiła znaleźć wyjście z każdej matni.
— Kasia, ty jesteś genialna.
— Wiem — uśmiechnęła się, ale zaraz spoważniała. — Tylko to jest poważne naruszenie. Jak się wyda, wylecę z roboty z wpisem do akt. Rozumiesz? Nikt nie może się dowiedzieć. Ani twoi rodzice, ani nasi znajomi. Nikt.
— Rozumiem. Nikomu nie powiem.
Równo o pierwszej zadzwonił telefon. Dźwięk rozdarł ciszę mieszkania jak syrena. Nie spałem — od czterdziestu minut siedziałem w fotelu w salonie, ze słuchawką na kolanach i kartką w dłoni. Zgasiłem górne światło, żeby nie obudzić ojca, który miał czujny sen.
— Jestem — szepnąłem, podnosząc słuchawkę po pierwszym sygnale.
— Pisz — usłyszałem w odpowiedzi.
Kasia podyktowała siedem cyfr, powoli, każdą osobno, jakby przekazywała tajny meldunek. Zapisałem je na skrawku papieru, dwa razy sprawdziłem.
— Tylko nie zapomnij o kodzie — dodała. — Inaczej zamiast mnie usłyszysz panią Halinkę z warzywniaka.
Zachichotałem, ale zaraz ucichłem, bo z sypialni rodziców dobiegł szmer. Przycisnąłem słuchawkę mocniej do ucha i dopiero wtedy usłyszałem coś, co sprawiło, iż serce zabiło mi szybciej: oddech Kasi. Cichy, spokojny, ale tak bliski, jakby siedziała obok.
— Kasia… jesteś tam sama?
— Prawie. Monika drzemie przy drugim stanowisku. Tylko się nie rozgaduj. Została mi jeszcze połowa zmiany.
— Wiem. Tylko… — zerknąłem na kartkę, na której wciąż drżały mi palce. — Jutro masz wolne, prawda? Spotkajmy się. W parku, jak zwykle. O piątej.
— Dobrze. O piątej.
— I Kasia…
— Tak?
— Tęsknię. Chcę cię zobaczyć.
Przez chwilę słyszałem tylko oddech. Potem cichutki śmiech.
— Ja też. Dobranoc, Artur.
— Dobranoc.
Odłożyłem słuchawkę i jeszcze długo siedziałem w ciemności, wpatrując się w kartkę z numerem. Ten numer to było coś więcej niż wyjście z sytuacji. To była furtka, którą otworzyła tylko dla mnie, do jej świata, do nocnych zmian, do zmęczonego głosu o pierwszej w nocy, do Moniki śpiącej na sąsiednim stanowisku i do całej tej firmy, która trzymała ją w garści.
Siedziałem tak, aż za oknem zrobiło się granatowo, a z sypialni rodziców umilkło chrapanie ojca. Wtedy wstałem, schowałem kartkę do kieszeni kurtki i poszedłem do łóżka. Ale zanim zasnąłem, wyobraziłem sobie Kasię w półmroku sali operacyjnej, z kablami przy uszach i zmęczonymi oczami, i pomyślałem: „Nie zawiodę jej. Nie tym razem".
Ślad na billingu
Zaczęło się od drobiazgu. Któregoś wieczoru, tydzień po tym, jak Kasia dała mi numer serwisowy, wybrałem zero, kierunkowy i siedem cyfr. Usłyszałem sygnał. Czekałem. Drugi, trzeci. Wreszcie kliknięcie i jej głos.
— Cześć, Artur. Szybko, bo kierowniczka krąży.
— Cześć. Tylko chciałem usłyszeć twój głos.
— To już go słyszysz. No, mów.
Słuchawka była wilgotna od moich spoconych palców. W tle słyszałem ciche cykanie przełączników, czyjś stłumiony śmiech, odgłosy nocnej zmiany w centrali. Zamknąłem oczy i nagle zobaczyłem ją wyraźnie: pochyloną nad pulpitem, z wpiętym w ucho przewodem, z kosmykiem włosów wypadającym spod opaski. Zobaczyłem numer na kartce, który od tygodnia nosiłem przy sobie i który zdążył wyblaknąć na zgięciach.
— Kasia, czy my… czy to ma przyszłość?
Cisza. Taka długa, iż przez moment pomyślałem, iż zerwało połączenie.
— Artur, nie teraz. Proszę cię. Jak się zobaczymy, pogadamy. Obiecuję.
— A jak się zobaczymy? Kiedy?
— W piątek. U nas, w parku.
— Kasia, ty coś przede mną ukrywasz.
Nie odpowiedziała od razu. W słuchawce słychać było tylko cichy szum, jakby wiatr przeszedł po linii.
— Nie ukrywam. Po prostu nie wszystko jest takie proste, jak ci się wydaje.
— To mi powiedz. Cokolwiek to jest. Ja nie jestem z tych, co uciekają.
— Wiem. Właśnie dlatego dałam ci ten numer. Bo wiem.
I nagle, bez pożegnania, połączenie się urwało. Zostałem w ciemnym salonie, ze słuchawką przy uchu i z sercem, które waliło tak, iż słyszałem własny puls. W końcu odłożyłem słuchawkę i spojrzałem na okno. Noc była jasna, ale we mnie zrobiło się ciemniej.
W piątek, w parku, Kasia czekała na ławce przy fontannie. Miała na sobie ten sam szalik, który bawiła się w dłoniach, i torbę przewieszoną przez ramię. Usiadłem obok. Przez chwilę oboje patrzyliśmy na gołębie brodzące po mokrym bruku.
— Mam coś, co musisz zobaczyć — powiedziała wreszcie.
Sięgnęła do torby i wyjęła złożoną kartkę. Podobną do tej, na której ja zapisałem jej numer. Tylko ta była starsza, pożółkła na brzegach, jakby przeleżała w kieszeni całą zimę. Rozłożyłem ją. Był na niej adres: Morska 17/5.
— Co to?
— Moje mieszkanie. To, w którym naprawdę mieszkam. To, którego nie chciałam ci pokazać. Nie dlatego, iż się wstydzę. Tylko dlatego, iż moja matka… ona wynajmuje pokoje. I zawsze, ale to zawsze, każdego, kogo przyprowadzę, traktuje jak kolejnego lokatora. Bez wyjątku.
— Kasia, co mnie obchodzi, co twoja matka…
— Bo to nie wszystko — przerwała. — Artur, ja nie pracuję na centrali dla kariery. Pracuję, bo spłacam pożyczkę, którą ojciec zostawił, zanim odszedł. Czterdzieści tysięcy złotych. Spłacam co miesiąc, już trzeci rok, odkąd skończyłam siedemnaście lat i musiałam rzucić szkołę wieczorową na rzecz pełnego etatu. I dlatego tak pilnuję tej pracy. Jak ją stracę, zostanę z niczym.
Kartka z jej adresem leżała na moich kolanach, a ja patrzyłem na nią, jakby to był najcenniejszy dokument, jaki widziałem.
— Kasia — odezwałem się, składając kartkę i chowając ją do kieszeni kurtki, tej samej, w której nosiłem jej numer. — Nie zostaniesz z niczym. Bo masz mnie.
Popatrzyła na mnie długo, jakby szukała w mojej twarzy potwierdzenia, iż to nie jest kolejny pusty frazes. Potem zacisnęła dłoń na szaliku i uśmiechnęła się kącikiem ust.
— To chodź. Pokażę ci, gdzie naprawdę mieszkam.
Mieszkanie na czwartym piętrze w starej kamienicy przy Morskiej pachniało kapustą i pastą do podłóg. W wąskim korytarzu stał rząd par butów, a z kuchni dobiegało rytmiczne szuranie kapci. Matka Kasi, niska krępa kobieta w kwiecistym fartuchu, wyszła do przedpokoju i zmierzyła mnie od stóp do głów.
— To ten? — zapytała, nie patrząc na córkę.
— Tak, mamo. To Artur.
— Płaszcz powieś. Kolacja za piętnaście minut.
I zniknęła w kuchni. Kasia spojrzała na mnie, jakby chciała przeprosić za cały świat. Zdjąłem płaszcz, powiesiłem go na haczyku obok reszty, i pomyślałem, iż jeżeli to jest egzamin, to chyba właśnie go zdałem. Zanim wyszliśmy z powrotem na klatkę, zerknąłem przez okno w korytarzu — cztery piętra w dół widać było stąd całą Morską, latarnie i dach kawiarni, do której teraz chodziliśmy prawie co tydzień.
Trzy dni później, w sobotni wieczór, znalazłem kartkę z numerem w kieszeni kurtki, gdy szukałem drobnych na autobus. Wyjąłem ją, spojrzałem na wyblakłe cyfry. Wiedziałem, iż nie powinienem dzwonić bez potrzeby — Kasia prosiła wyraźnie, żeby numer był tylko na wypadek, gdy naprawdę trzeba się skontaktować. Ale tego wieczoru miałem dla niej wiadomość: ojciec załatwił jej kuzynowi robotę w warsztacie, o którą prosiła tydzień wcześniej. Pomyślałem, iż ucieszy się, jak usłyszy to od razu, a nie dopiero w niedzielę.
Podszedłem do budki telefonicznej przy przystanku, wrzuciłem monety i wybrałem zero, kierunkowy i siedem cyfr.
Tym razem, zamiast Kasi, odebrała kobieta o twardym, urzędowym głosie.
— Centrala, słucham. Kto mówi?
— Ja… przepraszam, chciałem rozmawiać z Kasią.
Po drugiej stronie zapadła cisza, a potem usłyszałem, jak kobieta zasłania mikrofon dłonią i mówi coś do kogoś obok. Kiedy znów się odezwała, jej głos był już zimny jak stal.
— Skąd pan ma ten numer? To linia serwisowa, nie do rozmów prywatnych. Proszę się rozłączyć i więcej tu nie dzwonić.
Rozłączyła się, zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć. Stałem w budce ze słuchawką w ręku, czując, jak zimno wchodzi mi pod kurtkę, chociaż noc była ciepła.
Nazajutrz, punktualnie o piątej, przyszedłem do parku. Kasia siedziała na ławce przy fontannie, ale nie wstała, kiedy mnie zobaczyła. Miała czerwone oczy i szalik owinięty tak ciasno wokół szyi, jakby chciała się nim udusić.
— Wiesz, co zrobiłeś? — zapytała, zanim zdążyłem usiąść.
— Kasia, ja tylko chciałem powiedzieć ci o pracy dla twojego kuzyna, myślałem…
— Pani Walczak wezwała mnie dziś rano do gabinetu. Ktoś z technicznego zauważył na billingu połączenie z budki miejskiej na numer serwisowy, dokładnie w porze, kiedy jestem sama na sali. Sprawdzili twój numer domowy — nie ma go na liście, bo dzwoniłeś z automatu. Ale dzień wcześniej dzwoniłeś z domu, pamiętasz? Ten jeden raz, w środę. I to wystarczyło, żeby skojarzyć oba połączenia z tym samym adresem, bo numer twojego ojca widnieje w książce telefonicznej pod tym samym nazwiskiem, co zgłoszenie od sąsiadki o „wiecznie zajętej linii". Zaczęli ciągnąć nitkę i doszli do mnie.
Poczułem, jak grunt usuwa mi się spod nóg.
— A twoje rozmowy? Przecież ty też stamtąd dzwoniłaś, do mnie, w nocy…
— Bo ja nigdy nie wybierałam numeru na zewnątrz. Tylko odbierałam, kiedy ty dzwoniłeś. Odbiór połączenia się nie rejestruje, Artur, zapisuje się tylko to, co wychodzi z linii. Dlatego mówiłam ci, iż to bezpieczne dla mnie. Problem w tym, iż nie pomyślałam, iż ty zrobisz coś głupiego i zadzwonisz jeszcze raz, z innego miejsca, bez uprzedzenia.
— Co ci powiedziała?
— Że to naruszenie regulaminu. Że mogą mnie zwolnić dyscyplinarnie, bez odprawy, z wpisem, który zamknie mi drogę do każdej pracy przy telefonach w tym mieście. Dała mi tydzień, żebym się wytłumaczyła. Tydzień, Artur. A ja spłacam kredyt ojca. Bez tej pracy nie mam z czego żyć, nie mówiąc o spłacie.
— Powiem, iż to moja wina. Pójdę do niej, wytłumaczę, iż sam znalazłem numer, iż nie miałaś z tym nic wspólnego…
— I myślisz, iż ci uwierzy? — Kasia odwróciła się do mnie, a w jej oczach nie było już tego szelmowskiego błysku, tylko zmęczenie, jakiego nie miała, kiedy zaczynaliśmy się spotykać. — Ten numer dała ci osoba z centrali. To ja go dałam. Nie ma innej wersji, która by mnie nie dotyczyła.
Usiadłem obok niej, ale tym razem nie wziąłem jej za rękę. Patrzyłem na fontannę, na gołębie chodzące po mokrym bruku, i czułem, iż wszystko, co zbudowaliśmy przez ten miesiąc, waży teraz mniej niż jeden telefon wykonany bez potrzeby.
— Co mogę zrobić? — zapytałem cicho.
— Nic. — Odpowiedziała bez cienia złości, co bolało bardziej niż krzyk. — Pójdę w poniedziałek do pani Walczak i powiem prawdę. Że dałam numer chłopakowi, bo nie mogliśmy się inaczej dodzwonić. Może się zlituje, bo pracuję tam trzy lata i nigdy nie było żadnej skargi. A może nie.
— A jeżeli się nie zlituje?
Wzruszyła ramionami, ale ten gest wyglądał, jakby kosztował ją całą resztę sił.
— To znajdę inną pracę. Gorszą. I będę spłacać dłużej.
Siedzieliśmy tak w milczeniu, aż zapadł zmierzch i latarnie w alei zapaliły się jedna po drugiej. W końcu wstałem, uklęknąłem przed ławką, tak żeby patrzeć na nią z dołu, i wziąłem jej dłonie w swoje.
— Kasia, pójdę z tobą w poniedziałek. Nie do gabinetu, bo mnie tam nie wpuszczą, ale będę czekał pod centralą. Cokolwiek ona powie, nie zostawię cię z tym samą.
Popatrzyła na mnie, jakby ważyła, czy warto jeszcze komukolwiek wierzyć.
— Nie musisz.
— Wiem, iż nie muszę. Dlatego przyjdę.
W poniedziałek stałem pod budynkiem centrali na Piwnej od wpół do ósmej, z rękami głęboko w kieszeniach kurtki, w której wciąż leżała ta wyblakła kartka z numerem. Kasia weszła do środka kwadrans po ósmej, nie oglądając się za siebie. Czekałem czterdzieści minut, patrząc na drzwi tak uparcie, iż w końcu portier wyszedł zapytać, czy na kogoś czekam.
Kiedy w końcu drzwi się otworzyły i Kasia wyszła, jej twarz nic mi nie mówiła. Podeszła do mnie powoli, jakby ważyła każdy krok.
— No i? — zapytałem.
— Zostaję. Na próbę, na trzy miesiące, bez premii i z pisemnym ostrzeżeniem w aktach. Ale zostaję.
Wypuściłem powietrze, którego chyba nie wypuszczałem od piątku.
— Kasia, ja…
— Nie przepraszaj jeszcze raz. Powiedziałeś to już z dziesięć razy przez telefon do mojej matki, która swoją drogą teraz cię polubiła bardziej niż mnie.
Zaśmiałem się, chociaż w gardle wciąż czułem ciężar tych kilku dni.
— To co teraz?
Wzięła mnie pod ramię, dokładnie tak jak pierwszego dnia przy fontannie.
— Teraz idziemy na kawę. I kupujesz sobie w końcu własny notes na numery telefonów, żebyś nie musiał dzwonić do mnie w środku nocy z pytaniami, które mogą poczekać do rana.
Szliśmy ulicą Piwną w stronę kawiarni, a ja czułem w kieszeni kurtki tę kartkę — już niepotrzebną, bo od tej pory mieliśmy się umawiać jak normalni ludzie, bez szyfrów i tajnych numerów. Wyjąłem ją dopiero wieczorem, w domu, złożyłem na pół, potem jeszcze raz, i wsunąłem do szuflady biurka, między starymi zeszytami ze studiów. Zatrzasnąłem szufladę i poszedłem do kuchni zaparzyć herbatę, jakby to był zwyczajny wieczór — a adekwatnie po raz pierwszy od miesiąca naprawdę taki był.













