Przepis na szczęście
Cały blok obserwował z ciekawością, jak na drugim piętrze wprowadza się nowa rodzina. Była to familia naczelnika wydziału w zakładach mechanicznych no, prawdziwa persona w naszym małym, prowincjonalnym miasteczku.
Słuchajcie, po co im stare mury? dociekała energiczna emerytka pani Halina Chruściel, plotkując z przyjaciółkami na ławeczce. Przy takich kontaktach to by i w nowym bloku dostali mieszkanie.
A nie oceniaj po sobie, mamo. Po co komu blok z wielkiej płyty, skoro to stara kamienica, tu pokoje ogromne, sufity wysokie, przedpokój jak sala balowa, a balkon większy niż niejedna kawalerka poprawiała ją jej trzydziestoletnia, ciągle niezamężna córka, Wiola, z makijażem jakby wybierała się na wieczorne tango. I jeszcze od razu mieli zamontowany telefon! U nas tylko trzy mieszkania na osiem mają linię!
Tobie tylko rozmawiać przez telefon w głowie skwitowała matka. Sąsiadów już tym zamęczyłaś. Tylko mi nie właź do nich, poważni ludzie, nie mają czasu w pogaduchy
Poważni, niepoważni, ale młodzi są. Mają córeczkę Marysię, lat dziewięć. adekwatnie jak moi rówieśnicy, no może ciut starsi odburknęła Wiola, patrząc z urazą na matkę.
Nowi sąsiedzi okazali się uprzejmi i sympatyczni. Pani Lida pracowała w szkolnej bibliotece, a jej mąż Jarek miał już dziesięć lat na karku w fabryce.
O czym natychmiast zdawała relację Wiola, kiedy wieczorem przysiadała się do ławeczki, gdzie jej matka wymieniała najświeższe plotki.
A skąd ty już tyle wiesz, dziewczyno? Normalnie jakbyś była Panią Prokurator! śmiały się sąsiadki.
Co wy, odwiedzam ich, bo pozwalają dzwonić, w przeciwieństwie do was pod nosem dorzucała Wiola, bo przecież jej rozmowy o niczym nie sąsiadom nie raz przeszkodziły w ulubionym serialu.
I tak Wiola zaprzyjaźniła się z nowymi lokatorami. Coraz częściej wpadała do nich na chwilkę wykonać pilne połączenie raz do przyjaciółki, raz do kolegi z pracy. Nie kryła się z tym wcale przychodziła raz w nowych szpileczkach, raz w domowym szlafroku, wyraźnie szukając zacieśnienia więzi z parą sąsiadów.
Aż pewnego razu zauważyła, jak Jarek ostentacyjnie zamyka drzwi od pokoju, gdy tylko ona siada przy telefonie. Później powtarzało się to coraz częściej. Wiola się uśmiechała do Lidy, dziękowała zawsze przez kuchnię, ale pani domu odpowiadała tylko skinieniem głowy i prosiła, by zatrzasnąć za sobą drzwi.
Zamknąć nie mogę, ciasto mam na rękach tłumaczyła Lida, unosząc dłonie z mąką po łokcie. A zamek nam się sam zatrzaskuje, francuski taki
O, a co znowu pieczesz? Pączki? U was to słodkości non stop jak w cukierni Ja nie umiem piec lamentowała Wiola.
Tak, dzisiaj na śniadanie będą serniczki z twarogiem. Bo rano nie ma czasu piec, to teraz odpowiadała z uśmiechem Lida i znowu odwracała się do ciasta.
Wiola wychodziła niezadowolona, jakby ją wyproszono, bo rozmowy nie kleiły się najlepiej.
Lida, kochanie, zrozum, nie wypada odmawiać jej, ale nasz telefon to wieczorem okupuje ta twoja znajoma, moi kumple nie mogą się do mnie dodzwonić! zauważył w końcu Jarek.
Zauważyłam, już prawie jak domowniczka się poczuła. Trochę jej się w głowie poprzestawiało zgodziła się Lida.
Tego samego wieczoru Wiola, w pełnym makijażu, elegancka jak na randkę, już po raz koleiny rozsiadła się na pufie w przedpokoju i dzwoniła do koleżanki.
Wiola, długo jeszcze będziesz rozmawiać? Czekamy na telefon dała jej sygnał Lida po dziesięciu minutach.
Wiola skinęła głową, odłożyła słuchawkę, ale wyjęła z kieszeni czekoladę i oznajmiła:
Przyszłam ze słodkościami! To co, pijemy herbatkę na zapoznanie?
Sama pomaszerowała do kuchni, trzasnęła na stół tabliczkę Wedla.
Ależ nie, dziękujemy zaprotestowała Lida, przesuwając czekoladę z powrotem. Marysia zobaczy, kusi ją, a nie może jeść słodkiego, bo ma alergię. Więc niestety, nie uda się nam herbatka. Przykro mi. Proszę się nie gniewać, ale u nas czekolada to tabu.
Tabu?! zarumieniła się Wiola. Ale ja chciałam tylko podziękować
Nie trzeba podziękowań, ani częstych wizyt na telefonie. No chyba iż do lekarza, pogotowie albo straż to święta sprawa, choćby w środku nocy. Ale tak na pogaduchy No, wybacz. Mąż ma telefony z pracy, Marysia się rozprasza, bo lekcje robi. Staramy się mieć cicho.
Wiola zabrała tabliczkę z rezygnacją i poszła do domu w minorowym nastroju. Nie mogła pojąć, jak można ją tak traktować! I była już przekonana, iż pani Lida zwyczajnie ją zazdrości o męża.
Bo ona widzi, iż jestem młodsza i ładniejsza tłumaczyła matce. To ją gryzie. Przecież chciałam się po prostu zaprzyjaźnić! choćby herbaty nie zaproponowała, a ja ze swoją czekoladą
Ty to jednak masz łeb jak sklep. Nie można się wtrącać w cudzą rodzinę, cokolwiek się dzieje. Ich twoje telefony nie interesują. Nie ma tam wędrownych gości. Wskazali ci drzwi, to nie pogódź się na fochy i nie mieszaj tu żadnej zazdrości. Lepiej se znajdź chłopa, postaw swój telefon i wtedy zapraszaj sąsiadki na pogaduchy mądrzyła się pani Halina.
Ostatnią próbę zacieśnienia relacji Wiola podjęła, przychodząc z notatnikiem, by spisać przepis na serniczki.
Mam prośbę Może poda mi pani przepis na te serniczki, chciałabym się wreszcie czegoś nauczyć Zapiszę i od razu będę próbować!
Lepiej zapytaj mamę zdziwiła się Lida. Rodzice dużo więcej umieją i wiedzą. A ja wszystko robię na oko, żadnych receptur nie mam Ręce same już wiedzą co i jak śmiała się Lida. Poza tym, spieszę się. Naprawdę, do mamy, do mamy!
Wiola poczerwieniała i wróciła do siebie. Dobrze przecież wiedziała, iż gdzieś w kuchennych szafkach leży ten stary, poplamiony przepiśnik mamy tam zapisane są przepisy na sałatki, kotlety, barszcz, a choćby rybę po grecku. Najwięcej zaś jest o pieczeniu.
Ale pieczenia nie lubiła a mama już dawno sobie odpuściła wypieki, bo walczyła o figurę i niższe ciśnienie.
Mimo wszystko Wiola wyjęła zeszyt i z obojętnością przerzucała kartki aż trafiła na wymarzony przepis, ku niemałemu zaskoczeniu mamy.
Oho, coś upiec planujesz? mrugnęła pani Halina.
A co cię to dziwi? Wiola zamknęła zeszyt, zagięła potrzebną stronę.
Co, może ze Sławkiem się znowu dogadujesz? Myślałam, iż to już koniec, jak z resztą twoich narzeczonych.
Nieee, jeszcze go nie pogoniłam Wiola prychnęła. Jak zechcę, to sam będzie za mną latał.
To zechciej! Czas najwyższy, a w razie czego podpowiem z przepisem zażartowała mama.
Nic nie trzeba, mentalnie się przygotowuję odburknęła córka.
Ale po dwóch dniach, gdy mama wróciła z wieczornego spaceru, po mieszkaniu rozchodził się zapach świeżych wypieków.
O matko, kto tu ciasto piecze?! aż zakrzyknęła. Coś ty, chyba się zakochałaś, bo to do ciebie niepodobne!
Cicho bądź! Lepiej próbuj, póki ciepłe. To nie ciasto, tylko serniczki z twarogiem tradycyjne!
Na stole już czekał zaparzony dzbanuszek herbaty, dwie filiżanki i talerz rumianych jak słońce serniczków.
Ty jednak masz rękę. Chyba nie wszystko zapomniałaś przez te lata pochwaliła mama. Dobre, zjadliwe, córciu.
Nie żartuj. Naprawdę się udały? Nie mów przez grzeczność!
Spróbuj sama rzuciła mama. Mówiłam już: jak twój tata mówił zjadliwe to był komplement!
No to dobrze. Niedługo zaproszę Sławka na herbatę i serniczki. Myślę, iż mu posmakują?
Nie ma się co zastanawiać. Twój ojciec uwielbiał te serniczki i mnie razem z nimi! roześmiała się matka. Piek, zapraszaj. Ja tymczasem skoczę do sąsiadki na serial. W końcu poszłaś po rozum do głowy. Samymi fatałaszkami i lokami chłopa nie poderwiesz!
No i Sławek zaczął bywać u Wioli coraz częściej. Jakoś mniej się kłócili, a mama przywykła, iż córka więcej czasu krząta się w kuchni, a choćby Sławek garnie się do pomocy. Śmiechu było co niemiara.
A kiedy Wiola oznajmiła, iż ze Sławkiem złożyli papiery do urzędu stanu cywilnego, pani Halina się wzruszyła do łez: wreszcie!
Wiola się zmieniła. Schudła, bo chciała lepiej wyglądać w dniu ślubu. A Sławek tylko pytał:
Przestałaś piec serniczki? Ale na wesele upieczesz jakąś blachę?!
Przygotowania do ślubu odbywały się w domu, na trzy kobiece ręce: Wiola, mama Halina i jej siostra ciocia Marysia. Szykowały się dwa dni, choć gości ledwie dwudziestu, sami swoi.
Młodzi zamieszkali w dużym pokoju trzypokojowego mieszkania. Rok później wszystkim w bloku zamontowano telefony Wiola była szczęśliwa. Wprawdzie przez cały czas dzwoniła do wszystkich, ale rozmowy już kończyła szybko.
Oj, Rita, muszę kończyć. Ciasto mi wyrosło, Sławek zaraz z pracy wraca. Pa!
Pędziła do kuchni, gdzie w misce rosło ciasto. Już wtedy była w ciąży, za miesiąc szła na urlop macierzyński, ale nie zwalniała tempa piekła i szykowała smakołyki dla ukochanego. Bo sama uwielbiała serniczki z własnego wyrobu twarogu i za tę domową słodycz Sławek ją kochał nad życie!














