Przepis na szczęście… Cała klatka schodowa z ciekawością obserwowała, jak do mieszkania na drugim …

polregion.pl 1 godzina temu

Przepis na szczęście…

Cała klatka patrzyła, jak do mieszkania na drugim piętrze wprowadzają się nowi lokatorzy. To była rodzina kierownika zmiany z miejscowej fabryki znanego zakładu w naszym małym, prowincjonalnym miasteczku.
I po co im takie stare budownictwo? pytała koleżanki emerytka Zofia Kowalska. Przy takich znajomościach to mogli choćby mieszkanie w nowym bloku dostać.
Mama, nie mierz wszystkich swoją miarą odparła trzydziestoletnia, samotna córka Zosia, z mocnym makijażem. Tutaj mamy przecież przedwojenny budynek: wysokie sufity, duże, osobne pokoje, wielki przedpokój, a loggia taka, iż można ją za pokój uznać… Poza tym od razu im linię telefoniczną założyli. W naszym budynku tylko trzy mieszkania na dziewięć mają telefon…
Tobie tylko rozmawiać przez ten telefon! zgasiła ją matka. Sąsiedzi już mają cię dosyć. Nie waż się chodzić do tych ludzi, to poważne osoby, pewnie na nic nie mają czasu…
Oj, aż tacy poważni to nie są. Młodzi, córka ich ma dopiero dziewięć lat, Martynka jej mają na imię odpowiedziała Zosia, robiąc urażoną minę. Są prawie w moim wieku, góra pięć lat starsi…
Nowi sąsiedzi okazali się bardzo uprzejmi i serdeczni. Lidia pracowała w szkolnej bibliotece, a Janek miał już dziesięć lat stażu w fabryce.
O tym wszystkim Zosia opowiadała matce, kiedy wieczorami schodziła na podwórko, by przysiąść się do sąsiadek.
Skąd ty już wszystko wiesz? pytały kobiety. No, dziewczyno, ty to masz ucho…
Bo do nich chodzę zadzwonić. W przeciwieństwie do innych, pozwalają Zosia puszczała oko, aluzja była jasna: sąsiedzi nieraz udawali, iż nie słyszą dzwonka, gdy chciała zadzwonić do przyjaciółki i rozmawiać bez końca.

Tak Zosia zapoznała się z nowymi lokatorami i coraz częściej korzystała z ich telefonu a to do koleżanek, a to do pracy. Niekiedy przychodziła w nowych ciuchach, innym razem w domowym szlafroku, wyraźnie szukając kontaktu z parą.

Pewnego razu zauważyła, jak Janek demonstracyjnie zamyka drzwi do pokoju, gdy tylko przychodziła. Potem sytuacja powtarzała się. Zosia, zawsze usłużna wobec Lidii, po skończonej rozmowie zaglądała do kuchni, ale gospodyni tylko kiwnęła głową, prosząc, by zamknęła za sobą drzwi.
Trudno mi zamknąć, mam ręce w mące, a zamek mamy taki francuski, sam się zatrzaskuje tłumaczyła Lidia.
O, co tam robicie? Znowu pieczecie? Tyle u was wypieków! Ja bym nie potrafiła wyznała Zosia.
Na jutro robię serowe bułeczki, nie mam rano czasu, więc piekę wieczorem uśmiechała się Lidia, zajęta ciastem.

Zosia znów wychodziła z mieszkania z lekko urażoną miną, iż nie chcą bardziej zacieśniać znajomości.
Lidia, widzę, iż ci głupio odmówić jej zauważył któregoś wieczora Janek. Ale wieczorami nasz telefon jest ciągle zajęty przez tę twoją sąsiadkę. Moi koledzy nie mogą się do nas dodzwonić.
Zauważyłam, iż już wcale się nie krępuje. Chodzi i siedzi przy telefonie jak u siebie przytaknęła żona.

Tego wieczoru Zosia tym razem wystrojona znów rozsiadła się w korytarzu z telefonem w ręku i pogrążyła się w pogaduszkach.
Zosiu, długo jeszcze? Czekamy na istotny telefon uprzedziła ją po dziesięciu minutach Lidia.
Zosia skinęła głową, odłożyła słuchawkę i wyciągnęła czekoladę:
Przyszłam dziś ze słodkim! Zróbmy sobie herbatkę na dobry początek znajomości.

Położyła czekoladę na stole w kuchni.
Nie, dziękuję. Proszę schować, Martynka ma alergię i nie może jeść słodyczy. U nas czekolada to tabu. Naprawdę nie możemy. Proszę się nie gniewać.
Oo, rozumiem… Chciałam tylko podziękować Zosia zarumieniła się, skrępowana odmową.
Nie trzeba dziękować, ale proszę nie przychodzić do nas zbyt często zadzwonić. Chyba iż ktoś zachoruje czy zdarzy się pożar wtedy wiadomo, każda pomoc się liczy, choćby w nocy. Rozumiemy dodała Lidia z wymuszonym uśmiechem. Mąż ma telefony z pracy, a Martynka odrabia lekcje i nie powinna się rozpraszać.

Zosia schowała czekoladę i wyszła bez słowa. Nie rozumiała, dlaczego sąsiadka tak ją traktuje, i uznała, iż chyba Lidia jej zazdrości.
Wiesz, iż jestem młodsza i ładniejsza od niej. Pewnie dlatego mnie nie zaprasza. Chciałam z nią normalnie porozmawiać, choćby herbaty nie zaproponowała, chociaż miałam własną czekoladę!
Nie wygłupiaj się i nie pchaj do cudzych domów bez potrzeby zganiła ją matka. Widzisz, wyraźnie cię odprawiła. Nie wszędzie jesteś mile widziana. Przestań się obrażać. Najlepiej znajdź sobie męża, załóż własny telefon, i wtedy sąsiedzi będą przychodzić do ciebie.

Ostatnią próbę zbliżenia Zosia podjęła, gdy przyszła z notesem, chcąc zapisać przepis na bułeczki z serem.
Mam prośbę, podajcie mi przepis na te wasze wypieki. Może czas, żebym i ja czegoś się nauczyła…
Najlepiej spytaj mamę. Mama na pewno zna takie przepisy. Ja robię ciasto na oko, nigdy nie zapisuję proporcji. Ręce same wiedzą uśmiechnęła się Lidia. Poza tym spieszę się, muszę wychodzić. Idź do mamy!

Zosia zarumieniła się i wróciła do domu. Wiedziała, iż w kuchennym kredensie leży gruba, poplamiona zeszyt matki, w którym pełno przepisów na sałatki, kotlety, zupy, a osobny rozdział o ciastach. Mama piekła kiedyś często, ale od dawna tego nie robiła musiała dbać o ciśnienie.

Jednak Zosia sięgnęła po zeszyt i po chwili neutralnego kartkowania znalazła dokładnie ten przepis, którego potrzebowała, czym nieco zaskoczyła matkę.
Naprawdę chcesz piec coś? Zofia Kowalska była zdumiona.
A dlaczego to takie dziwne? Zosia zatrzasnęła zeszyt, zakładając kartkę na odpowiedniej stronie.
Może znowu się z tym swoim Wojtkiem układasz? Myślałam, iż już wszystko skończone i znowu inny kawaler.
Kto wie? Jak będę chciała, to sam zacznie za mną biegać! odpaliła Zosia.
To powinnaś chcieć! Czas ci się ustatkować. A co ty tam wypatrywałaś w tym zeszycie? Może coś ci podpowiem?
Nic nie trzeba. Na razie się psychicznie przygotowuję odparła córka.

Ale parę dni później, gdy matka wróciła z wieczornego spaceru, zapach pieczonego ciasta wypełnił mieszkanie.
O matko, ciasto! Dawno tego nie było! wykrzyknęła. Ty musisz być zakochana!

Cicho, bo cały blok usłyszy uśmiechnęła się Zosia. Lepiej spróbuj. To nie żadne ciasto, tylko tradycyjne polskie drożdżówki z twarogiem!
Zosia postawiła na stole dzbanek z herbatą, filiżanki i talerz pełen gorących drożdżówek rumianych jak słońce.
Masz talent, córko pochwaliła matka. I choćby trochę o mnie pomyślałaś. Kiedyś piekłyśmy razem. Jednak pamiętasz, jak to się robi.
Nie komplementuj, tylko powiedz szczerze, czy dobre.
No pewnie, iż dobre! Sama spróbuj, przecież masz swój język! odparła matka. Zosi przypomniały się słowa ojca: to jest jadalne najwyższa pochwała.

W takim razie zaproszę niedługo Wojtka na takie drożdżówki. Myślisz, iż mu posmakują?
Pewnie, iż tak! Twój ojciec uwielbiał je za mojego panieństwa. Może i do waszego życia wniosą szczęście? Piecz, zapraszaj, a ja pójdę wtedy do sąsiadki na film. Wreszcie bierzesz się za życie z głową. Samym wyglądem i paplaniem mężczyzn się nie przyciąga.

Wkrótce do Zosi zaczął wpadać jej chłopak. Kłótni było jakby mniej, matka przywykła, iż córka siedzi więcej w kuchni, iż Wojtek często jej pomaga i słychać ich wspólny śmiech.
Kiedy wreszcie Zosia oznajmiła, iż z Wojtkiem złożyli papiery do Urzędu Stanu Cywilnego, matce łzy stanęły w oczach: nareszcie…

Zosia się zmieniła. Schudła szykowała się na wesele. Wojtek dopytywał:
Nie pieczesz już tych drożdżówek? Na wesele upieczesz ciasto?

Na domowe przyjęcie przed ślubem piekły już trzy osoby: Zosia, mama i ciotka, siostra Zofii Kowalskiej. Przez dwa dni, choć gości zaproszono może dwadzieścia osób, głównie rodzina.

Po ślubie młodzi zamieszkali w dużym pokoju trzypokojowego mieszkania. Rok później wszystkim lokatorom w bloku zamontowano telefony. Zosia była zadowolona. Na początku wszędzie dzwoniła, ale już nie z takim zapałem jak kiedyś kończyła rozmowy szybko.

Ojej, Reniu, muszę kończyć, ciasto mi wyrasta, a Wojtek zaraz wraca z pracy. Pa!
Śpieszyła się do kuchni ciasto drożdżowe znów puszyło się w misce. Zosia była już w ciąży i szykowała się do urlopu macierzyńskiego. Ale nie przestawała piec i gotować, chcąc dogodzić mężowi. Sama też kochała domowe serowe drożdżówki takie smaki dzieciństwa! Wojtek doceniał jej starania, a ona czuła się szczęśliwa przecież taki jest właśnie przepis na szczęście.

Idź do oryginalnego materiału