Przepis na szczęście
Cały blok przyglądał się, jak do mieszkania na drugim piętrze wprowadzała się nowa rodzina. Byli to państwo Kowalscy, on brygadzista w miejscowej fabryce, która zatrudniała pół miasteczka, ona pracowała w szkolnej bibliotece.
No i po co im mieszkanie w tak starym budynku? dopytywała swoje koleżanki emerytka, pani Helena Wierzbicka przy takich znajomościach na pewno dostaliby coś w nowym bloku, tam, gdzie choćby łazienki są dwuosobowe!
Oj mamo, ale nie przesadzaj upominała ją córka, trzydziestoletnia niezamężna Hania, zawsze z mocnym makijażem. Tutaj mamy kamienicę z lat pięćdziesiątych, wysokie sufity, osobne, przestronne pokoje, szeroki korytarz i balkon taki, iż można w nim urządzić pokój letni Poza tym, od razu założyli im telefon stacjonarny. Przecież nie wszyscy w naszym bloku mają telefon tylko trzy wśród dziewięciu mieszkań…
Tylko by ci pogadać przez telefon zrzędziła Helena już wszystkich sąsiadów zanudziłaś tą paplaniną. Tylko nie smuć się do tych nowych, oni są poważni i zapracowani…
Tacy poważni to oni nie są, młodzi przecież, ich córka ma dopiero dziewięć lat, nazywa się Zosia broniła się Hania, zerkając na matkę z cieniem urazy. Są tylko kilka lat starsi ode mnie, no może ze pięć.
Nowi sąsiedzi okazali się wyjątkowo uprzejmi i uśmiechnięci. Lidia Kowalska pracowała w szkolnej bibliotece, a Stefan miał już dziesięć lat na fabryce.
O wszystkim opowiadała Hania, wychodząc wieczorem na ławeczkę przed dom, gdzie jej matka zwykła siadać z sąsiadkami.
Skąd ty wszystko wiesz? dopytywały panie oj, Haniu, ty byś mogła być prokuratorem.
Zaglądam do nich dzwonić. Oni, w odróżnieniu od niektórych, pozwalają puszczała oko Hania, dając do zrozumienia, iż inni lokatorzy zamykają jej drzwi przed nosem, bo wie, iż pół godziny będzie plotkować z koleżanką.
Tak właśnie Hania zaprzyjaźniła się z nowymi lokatorami i coraz częściej korzystała z ich telefonu, dzwoniąc to do przyjaciółek, to do współpracowników, nie zważając na długość rozmowy. Z czasem pojawiała się raz w świeżej sukience, raz w ciepłym szlafroku, wyraźnie szukając sympatii i przyjaźni młodego małżeństwa.
Pewnego dnia zauważyła, jak Stefan wyraźnie zamknął za sobą drzwi, by oglądać telewizję w ciszy, gdy tylko przyszła dzwonić. To powtarzało się coraz częściej. Hania przez cały czas się uśmiechała do Lidki i zawsze dziękowała, zajrzała jeszcze na sekundę do kuchni. Lidia tylko kiwała głową i prosiła, by zamknęła drzwi.
Nie mogę za sobą zamknąć, mam ręce w cieście pokazywała Lidia a zamek mamy taki, co sam wskakuje francuski mechanizm.
Ojej, a znowu piecze pani drożdżówki? U was zawsze jest tyle wypieków A ja nie umiem dodawała trochę z zazdrością Hania.
Dzisiaj będą na śniadanie serniczki z twarogiem. Rano brakuje czasu, więc robię wieczorem Lidia uśmiechała się i znów odwracała do ciasta.
Hania skrzywiła się i wychodziła urażona, iż nie zapraszano jej na dłużej.
Pewnego wieczoru Stefan zauważył do żony:
Wiesz, Lidka, trzeba jej jasno powiedzieć. Przecież przez nią nasz telefon jest wciąż zajęty, koledzy do mnie nie mogą się dodzwonić.
Też to zauważyłam potwierdziła Lidia już wchodzi jak do siebie, przesiaduje przy telefonie bez skrupułów…
Tamtego wieczora Hania znowu, odświętnie ubrana, usiadła na taborecie w korytarzu i zaczęła rozmawiać przez telefon z koleżanką.
Haniu, czy zaraz skończysz rozmowę? Czekamy na istotny telefon po dziesięciu minutach poprosiła ją Lidia.
Hania odłożyła słuchawkę ze zrozumieniem, ale zaraz wyjęła z torebki czekoladę i radośnie oznajmiła:
Przyszłam dziś ze słodkim! Może wypijemy razem herbatę, coby się lepiej poznać?
Wsunęła się do kuchni Lidii i zostawiła na stole czekoladę.
Proszę, nie trzeba. Zosia to zobaczy i zaraz zapragnie, a nie może jeść słodyczy, bo ma alergię. U nas w domu czekolada to tabu. Wybaczy pani, herbaty też nie będzie. Niech się pani nie obraża, u nas taka zasada.
Tabu? obruszyła się Hania chciałam tylko podziękować.
Nie trzeba dziękować. I proszę, nie przychodzić tak często dzwonić, tylko w razie nagłej potrzeby: lekarz, pogotowie czy straż. To rozumiemy zawsze. Mąż czeka na ważne telefony z pracy, a Zosia uczy się właśnie przy biurku i rozprasza ją hałas. Proszę się nie gniewać dodała Lidia.
Hania schowała czekoladę do torebki i wyszła, nie odzywając się słowem. W duchu była przekonana, iż Lidia po prostu jest o nią zazdrosna.
Wiesz, ona chyba boi się, iż jej mąż spojrzy na mnie, bo jestem młodsza i ładniejsza. Chciałam tylko normalnej przyjaźni, przy herbacie i czekoladzie! żaliła się matce.
Oj, dziecko, nie pchaj się na siłę tam, gdzie cię nie chcą. To ich dom, mają prawo bronić spokoju. Kiedyś, jak będziesz miała swój telefon, niech twoi sąsiedzi przychodzą do ciebie dzwonić i wtedy się przyjaźnij! upominała Helena.
Ostatnią próbę zbliżenia się do Lidii Hania podjęła, kiedy pojawiła się z notesem:
Czy mogłaby pani podyktować mi przepis na serniczki? Może wreszcie się czegoś nauczę…
Zapytaj lepiej mamę, nasze matki znały się na takich rzeczach najlepiej odparła ze spokojem Lidia a ja, szczerze mówiąc, wszystko robię na oko. Ręce już same wiedzą, ile czego dosypać. A teraz się spieszę, wybacz, proszę pytać mamę.
Zawstydzona Hania wróciła do siebie. Przecież wiedziała, iż w kuchennej szafce leży obszarpany zeszyt z przepisami, w którym jej mama, Helena, skrupulatnie zapisywała najróżniejsze potrawy: sałatki, zupy, kotlety, a wypieków to już chyba był cały rozdział. Tylko, iż matka piekła ostatnio coraz rzadziej walczyła z nadwagą i wysokim ciśnieniem.
W końcu Hania sięgnęła po zeszyt i przeglądając go z nudów, znalazła dokładnie ten przepis, który jej był potrzebny. Matka aż się zdziwiła.
Co? Ty chcesz coś piec? spytała.
Skąd to zdziwienie? Hania zgięła róg na odpowiedniej stronie i zamknęła zeszyt.
Może znowu coś się układa z Tomkiem? dopytywała matka, zalotnie zerkając. Myślałam, iż znów się rozstaliście, jak ze wszystkimi twoimi znajomymi.
Jeszcze się nie rozstaliśmy! odpysknęła trochę urażona Hania. Jak zechcę, to będzie za mną biegał!
No to zechciej wreszcie. Zamąż pójść już pora. A co tam dokładnie wyczytałaś w zeszycie?
Spokojnie, tylko się przygotowuję odburknęła córka i temat się urwał.
Parę dni później, gdy mama wróciła z popołudniowego spaceru, w domu unosił się aromat świeżych drożdżowych wypieków.
O rety, toż u nas pachnie ciastem! ożywiła się Helena. Chyba się zakochałaś, bo na ciebie to niepodobne!
Cicho, nie gadaj przy wszystkich uśmiechnęła się Hania lepiej chodź i kosztuj. To nie ciasto, tylko tradycyjne drożdżowe serniczki.
Czajnik już bulgotał na kuchence, stół był nakryty, na spodku pyszniły się rumiane, okrągłe serniczki.
No patrz, zawsze myślałam, iż wszystko już zapomniałaś, a tu proszę Nieźle ci wyszło! chwaliła mama.
Ale powiedz szczerze, dobrze? dopytywała Hania.
Sama spróbuj, świetne! i natychmiast przypomniała jej się nieżyjący już ojciec i jego ulubione, pełne uznania stwierdzenie: Bardzo zjadliwe!
W takim razie zaproszę Tomka na herbatę i serniczki. Myślisz, iż mu posmakują?
Na pewno! Twój ojciec dla moich serniczków stracił głowę. Piecz, zapraszaj, a ja pójdę wtedy do sąsiadki na film. W końcu zaczęłaś podejmować dobre decyzje. Samym wyglądem i fryzurą nie utrzyma się chłopa.
I tak zaczął bywać u Hani jej chłopak. Kłótni jakby mniej, mama już przywykła, iż córka spędza więcej czasu w kuchni, a Tomek jej chętnie pomagał. Wspólny śmiech wypełniał mieszkanie.
A kiedy Hania oznajmiła, iż z Tomkiem zgłosili już zamiar ślubu w urzędzie, Helena Wierzbicka się wzruszyła. Ostatecznie doczekała…
Hania się zmieniła zeszczuplała, szykując się do ślubu. A Tomek często dopytywał:
Co, już nie pieczesz serniczków? A na wesele przygotujesz coś specjalnego?
Do skromnego przyjęcia przygotowywały się trzy pokolenia: Hania, mama i ciotka Zosia. Gotowania i pieczenia było na dwa dni, choć gości miało być tylko dwudziestu.
Młodzi zamieszkali razem w dużym pokoju trzypokojowego mieszkania. A niedługo w całym bloku założono telefony. Hania już nie rozmawiała godzinami każda rozmowa była krótka.
Reniu, kończę, ciasto mi rośnie, Tomeczek zaraz wróci z pracy!
Pędziła do kuchni, gdzie w misce pięknie wyrastało ciasto. Hania była już w ciąży, za miesiąc miała iść na urlop macierzyński, ale nie marnowała czasu: gotowała i piekła serniczki, które nie tylko jej smakowały.
Mąż ją uwielbiał za te domowe wypieki i za ciepło. Tak rodziło się szczęście.












