Przegapiłam Swoje Przeznaczenie

newsempire24.com 5 dni temu

Pracując na stacji benzynowej, często słyszałam, iż szukanie miłości w pracy nie jest poważnym zajęciem. W moim przypadku to nie ja jej szukałam — to ona znalazła mnie. Nie przyszedł w postaci kolegi z biura z kawą i krawatem, ale w formie milczącego mężczyzny w czarnym aucie, stojącego w kolejce po benzynę.

Na początku po prostu na mnie patrzył. Potem zaczął się uśmiechać. niedługo wyglądało na to, iż nauczył się mojego grafiku i przyjeżdżał tylko wtedy, gdy byłam na zmianie. Nazywałam się Magda. Miałam 33 lata. Byłam kobietą z charakterem: platynową blondynką, bezpośrednią i odważną, zahartowaną w męskim otoczeniu. A on… on był inny. Miał 42 lata, oczy koloru styczniowego nieba, barki jakby mógł nimi przebijać ściany. A uśmiech… ciepły, spokojny, trochę chłopięcy.

Jego imię było Krzysztof. Mieszkał w domu obok stacji, z synem i psem o imieniu Rocky. Syn pochodził z poprzedniego małżeństwa. Żona zostawiła ich obu. Krzysztof nie pracował. Był rentierem — utrzymywał się z dochodów z czterech mieszkań odziedziczonych po babci, i po prostu żył. Podróżował, spacerował, odpoczywał.

Pewnego dnia podjechał do dystrybutora i powiedział: „Chodź, pokażę ci miasto, które pokochasz”. A potem zabrał mnie do kolejnych miast. Piliśmy piwo w półpustych kawiarniach, jeździliśmy nad Bałtyk poza sezonem, spaliśmy przy szumie fal, spacerowaliśmy po targach w Krakowie i Gdańsku, słuchaliśmy jazzu we Wrocławiu.

Zakochałam się. Całkowicie się w nim zanurzyłam. Ja, która zawsze ceniła sobie niezależność i nie wierzyła w formalności, już po trzech miesiącach mieszkałam z nim. Niczego nie formalizowaliśmy, po prostu byliśmy razem.

Z początku mówiłam o dziecku. Marzyłam. Wyobrażałam sobie, jak będziemy spacerować we troje: ja, on i maluszek. Ale Krzysztof był stanowczy. Powiedział, iż „odsiadł już czas” jako ojciec i nie zwiąże się z tym ponownie. I najważniejsze, dzieci przeszkadzają w wolności.

„Nie polecisz do Wilna na weekend z brzuchem, Magda, a potem jeszcze z wózkiem po bruku. To nie będzie życie, tylko więzienie”. Mówił to tak spokojnie i pewnie, iż jakby pod wpływem hipnozy zaczęłam sama bać się przyszłego dziecka.

Tak minęły lata. Stałam się służką jego beztroskiego życia. Gotowałam, prasowałam, kupowałam ulubione serki, śmiałam się w odpowiednich momentach, a on… On coraz więcej oglądał piłkę nożną, leniwie wertował gazetę i mówił, iż jestem „tą jedyną”.

Jego syn dorastał. Najpierw pogardzał mną. Potem zaczął patrzeć z ciekawością. A potem przyprowadził do domu dziewczynę — taką samą, jaką ja byłam sześć lat temu. Młoda, żywa, blondynka. Nocowała u nas, śmiała się z moich żartów, wołała mnie „Magdusiu”.

Patrzyłam na nią i wszystko rozumiałam. Chciałam krzyczeć: „Uciekaj! Nie marnuj życia jak ja! Nie zatracaj się, nie gub swojego głosu, nie porzucaj marzeń. Możesz jeszcze wszystko zmienić!”

A ja? Już nie wierzę. Mam 39 lat. Nie mam dzieci. Rzuciłam pracę, zgubiłam przyjaciół, straciłam rodziców. Zostałam tylko ja, Krzysztof, Rocky i zardzewiała miłość, która dawno stała się czymś w rodzaju nawyku.

On wciąż nie pracuje. Wciąż zbiera czynsze z mieszkań, wciąż pije piwo każdego wieczoru. A ja przez cały czas stawiam przed nim talerz z sałatką i czekam. Czekam, żeby znów poczuć, iż jeszcze nie wszystko stracone. Ale to tylko oszukiwanie samej siebie.

Czasem w nocy, gdy on śpi, wychodzę na balkon i patrzę na niebo. I wydaje mi się, iż wystarczy bardzo chcieć, aby wszystko zmienić. Tylko iż jest już za późno. Zdecydowanie za późno.

Idź do oryginalnego materiału